Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Układanka

Zawsze lubiłem klasyczne, zamknięte kryminały: odosobniony zamek, wyspa odcięta od reszty świata przez sztorm, zamknięta rezydencja, a w nich kilka, co najwyżej kilkanaście osób, a wśród nich ofiara lub ofiary, morderca lub mordercy i detektyw. Agata Christie i przede wszystkim najlepszy w tej branży: Joe Alex, czyli Maciej Słomczyński, autor kilku znakomitych powieści, w tym dzieła number one w tej dziedzinie: Jesteś tylko diabłem. Nie czytaliście? To nic nie wiecie o doskonałych kryminałach.

Na współczesnym rynku czytelniczym dominują kryminały otwarte, w których albo od początku wiemy kto zabił, a detektyw po prostu tropi mordercę, albo szuka go, mając do sprawdzenia cały świat.

Ale książka, o której dziś opowiadam, jest poniekąd odwrotnością klasycznego kryminału: do wyśledzenia jest nie ten, kto zabił, ale ten, kto urodził.

Akcja powieści Stowarzyszenie Miłośników Zagadek rozgrywa się w Londynie i jego okolicach i jest tak bardzo british, że w pierwszych rozdziałach odnosiłem wrażenie, iż czytam tylko lekko uwspółcześnionego Dickensa. Ale niekoniecznie przychodził mi na myśl Klub Pickwicka, raczej Dawid Cooperfield. Aha, uwaga: nie chodzi mi o popularnego niedawno magika. Powieść zaczyna się od tego, że 64-letnia kobieta o wdzięcznym imieniu Pippa znajduje sześciokątne pudło na kapelusze, w którym okropnie drze się podrzucone jej niemowlę. Chłopczyk. Otrzyma imię Clayton. Pudło na kapelusze ktoś podłożył przed drzwiami, na których widnieje – zaszyfrowany – napis Witamy w Stowarzyszeniu Miłośników Zagadek.

Kilka stron dalej i przeszło dwadzieścia lat później jesteśmy świadkami czuwania przy trumnie głównej bohaterki będącej do niedawna prezeską stowarzyszenia, zrzeszającego autorów krzyżówek, szarad, puzzli, szyfrów, labiryntów, anagramów, kostek do układania i rozmaitych gier, które pozwalają na przyjemne i ciekawe spędzenie samotnych, zimnych i deszczowych wieczorów, jakich w Zjednoczonym Królestwie nie brakuje oraz – jeśli się jest członkiem organizacji – na przyjemne towarzyskie imprezy, z wypitkiem i zagrychą w zaprzyjaźnionym barze, a z czasem – nawet na wspólne zamieszkanie w swoistym domu spokojnej starości, w jaki powoli zmienia się rezydencja, zakupiona dla zagadkowiczów przez Pippę Allsbrook. Organizatorem czuwania przy zmarłej prezesce jest wychowany przez Pippę Clayton.

I dalej powieść toczy się niejako dwoma nurtami, opowiedzianymi w rozdziałach, które się przemiennie wymieniają: pierwszy nurt pokazuje jak bohaterka wpadła na pomysł Stowarzyszenia, jak zebrała wokół siebie starszawe towarzystwo, spotykające się najpierw w barze, którego właściciel lubił zagadki i zapraszał do siebie innych miłośników rozrywek umysłowych, jak dzięki spadkowi kupiła swój dawny rodzinny dwór Creighton Hall w hrabstwie Bedfordshire, niecałe 60 km na północny zachód od Londynu, który stał się siedzibą Stowarzyszenia i jakie towarzystwo zamieszkało tam wraz z nią. Te rozdziały doprowadzają do momentu, w którym Pippa znajduje pudło z niemowlęciem.

Równolegle toczy się akcja usytuowana po śmierci Pippy. Clayton otrzymuje od niej w spadku cały cykl szyfrów i zagadek, które mają go doprowadzić do rozwiązania największej zagadki: kim są jego biologiczni rodzice, kto go podrzucił przed drzwi Creighton Hall.

Trwa to wszystko trochę, akcja – także i przez pokawałkowany sposób jej przedstawienia – toczy się dość niemrawo (jak na dzisiejsze normy, można by ją ścisnąć do kilkudziesięciu stron) i może byłoby to wszystko nudnawe, gdyby nie kapitalna galeria postaci, z którymi powiązani są Pippa i Clayton. Łączy ich, co prawda, wspólna miłość do zagadek i sympatia wobec głównych bohaterów, ale te zagadki są różnorodne, sposób dochodzenia do rozwiązań mocno niekonwencjonalny, a i relacje z Pippą i Claytonem też mają dziwaczne meandry. Żeby nie powiedzieć: labirynty, w których budowaniu specjalizuje się jeden z sympatyczniejszych członków Stowarzyszenia. Nieoczekiwanie, zagadka za zagadką, powieść utrzymana w konwencji kryminału, powoli przekształca się w dość skomplikowany romans, mający chyba ilustrować beatelsowski przebój All You Need Is Love. Przebój jest co prawda z końca lat 60., a akcja powieści usytuowana jest na przełomie XX i XXI wieku, ale miłość pokonuje wszystkie przeszkody, choć jest ich niemało, a i miłość wieloaspektowa. Najważniejsze romanse mniej więcej się równoważą – taka sama jest liczba relacji hetero-, jak i homoseksualnych. No, nie – heteroseksualne prowadzą jednym punktem.

Stowarzyszenie Miłośników Zagadek zyskało w Wielkiej Brytanii i USA wiele bardzo pochlebnych recenzji, a dzieło jej młodego autora okrzyknięto najlepszym debiutem ostatnich lat. Wydana w Anglii w 2024 r., do dziś podbiła – jak to mawiają na okładkach książek – serca czytelników w kilkunastu krajach. Autor książki, Samuel Burr, jest dość młody, ale zdecydowanie nie jest nastoletnim debiutantem, jednak jego wieku jak dotąd nie zdołałem ustalić. Z kilku wywiadów z nim, jakie przeczytałem, wnioskuję, że bohater jego powieści, Clayton Stumper (stumper to po angielsku łamigłówka) to alter ego Burra: ma 25 lat (na tyle też wygląda Burr na zdjęciu zamieszczonym w jego biografii, z której wynika, że już dawno minął trzydziestkę), jest gejem, lubi koty i cukierki, a w głębi duszy czuje się młodym staruszkiem. Urodził się w Londynie, studiował w Westminster Film School, jest z zawodu filmowcem-dokumentalistą, pracował m.in. dla BBC, teraz jest niezależnym reżyserem i scenarzystą.

Najnudniejsze w książce o miłośnikach zagadek są same zagadki, zwłaszcza te, które prowadzą Claytona do rozwiązania tajemnicy własnego pochodzenia. Ta zagadka zresztą nie jest trudna, w przeciwieństwie do krzyżówek i szyfrów oraz gier słownych, które jako drogowskazy pozostawiła mu jego patronka, Pippa. Podziwiam pracę tłumaczki, Marii Jaszurowskiej, która te zabawy spolszczyła prawie idealnie.

Nie umiem tylko rozwiązać jednej zagadki: po jaką cholerę prezeska Stowarzyszenia Miłośników Zagadek (w polskim przekładzie tytuł książki jest lepszy niż w angielskim oryginale: The Fellowship of Puzzlemakers) zamiast pozostawić Claytonowi zalakowaną kopertę (albo – pójdźmy za Danem Brownem – krypteks) z rozwiązaniem zagadki, na łożu śmierci tworzy mnóstwo trudności, żeby tę, w końcu nie jakąś szczególnie tajemniczą, tajemnicę jej wychowanek poznał. Powiem tylko, że nie okazuje się on nieślubnym synem księcia Harrego, ani nie podrzuciła go pod drzwi siedziby Stowarzyszenia Angelina Jolie. Ale w sumie, niektóre zagadki muszą pozostać zagadkami – tej nie zdołałem rozwiązać. A innych nie próbowałem, podążając – nie przeczę, że z przyjemnością, za akcją i obserwując poczynania interesujących Brytoli. Dzień, góra dwa przeznaczycie na lekturę, pozwalającą na odejście od zagadek, jakie niesie nam codzienne życie, meandry polskiej (i nie tylko polskiej) polityki i kolejne puzzle, jakie w swej biegunce słownej rozrzucają niektórzy prezydenci i prezesi. Inna rzecz, że i w tych sprawach wspaniale byłoby móc kierować się rzymskim mottem Stowarzyszenia Miłośników Zagadek: Veni, vidi, solvi: przyszedłem, zobaczyłem, rozwiązałem.

Maciej Pinkwart

——————————

Samuel Burr, Stowarzyszenie Miłośników Zagadek, tłumaczenie Maria Jaszczurowska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025, 422 strony.

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.