Właśnie zdałem sobie sprawę, że wszyscy go lubili. Ale wszyscy.
Gwiazda, charyzma, tytuły, uroda, talent, to się zgadza.
Ale żeby wszyscy? Chyba jednak tak.
Był, nawet kiedy go nie było, a od kilku lat przede wszystkim milczał.
I słusznie, swoje zrobił.
Lubię myśleć o Redfordzie, że był w prostej linii kontynuatorem tego, czego dzisiaj już nie ma i nie będzie.
Tamtego świata, tamtego kina, aktorów.
Złota era kina, nie tylko Hollywoodu.
Clark Gable, Humphrey Bogart, Marlon Brando, jego przyjaciel Paul Newman.
To ta linia.
Trajektoria Redforda to złota linia kina. Całe dekady razem.
Hollywood, mainstream, genialna dla niego dekada lat siedemdziesiątych, ale potem również niejeden raz nasze szczęścia, szczęścia widza.
Amancka uroda, hiperamancka, i potrzeba, konieczność, żeby ją podważyć, unieważnić.
To się udało.
W kapeluszu, z coltem, było mu do twarzy, w tużurku, z swetrze, we wszystkim.
A potem ta twarz, niesamowita, blondas jakich mało, upstrzona oceanem zmarszczek, jeszcze jakby wyrazistsza, mocniejsza. Starzał się jak na ikonę przystało. Z klasą.
Lubię myśleć o nim w kategoriach, przepraszam za określenie, misyjnych.
Traktował to, co robi, poważnie. Życie traktował poważnie. I wiedział, że kredyt zaufania, który otrzymał, sympatia milionów, do czegoś zobowiązuje.
Był osobą publiczną. Nie chował głowy w piasek. Mówił, co myśli, komentował życie publiczne, wspierał wszelkie ruchy wolnościowe.
Tak od lat, od dekad.
I jeszcze Sundance. Dzieło życia. On, człowiek z mainstreamu, wspierający twórców alternatywnych, awangardowych, spoza głównego nurtu, również z Europy, także z Polski.
Był dobrym reżyserem. Jego filmy, najczęściej kameralne, unisono, to były opowieści o ludziach, których zawodzą mechanizmy władzy, albo emocji.
Lubię Redforda za jego filmy: „Butcha Cassidy i Sundance Kida”, „Żądło”, „Wszystkich ludzi prezydenta”, „Pożegnanie z Afryką”, „Trzy dni Kondora”, „Wielkiego Gatsby’ego”…
Lubię go na koniec za to, że pozostał monolitem.
Mit, w który chciało się wierzyć.
