Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Małe i duże, dla koneserów

Szalenie cenię pracę prowincjonalnych (w dobrym znaczeniu tego słowa) historyków, geografów i socjologów, publikujących nieraz bardzo szczegółowe, a zawsze ciekawe książki o własnych miejscach zamieszkania czy choćby urodzenia, przekazując nam niedostępną niekiedy w inny sposób wiedzę, a także miłość do swoich małych ojczyzn. Na półkach lokalnej części mojej biblioteki pełno jest interesujących prac traktujących o Czarnym i Białym Dunajcu, Nowym Targu, Rabie Wyżnej, Bukowinie Tatrzańskiej, Witowie, Dzianiszu, Jabłonce czy Poroninie, z których korzystam i wciąż dowiaduję się czegoś nowego. Z drugiej strony jednak czasami owe lokalności chciałoby się osadzić w nieco szerszym kontekście – dużej czy bardzo dużej ojczyzny. Stąd fascynujące mnie lektury o średniowiecznej czy współczesnej Europie, o tajemnicach Azji czy Ameryki, zwłaszcza Południowej.

Tak się złożyło, że w tym samym czasie na moim biurku znalazły się obok siebie dwie książki – licząca 163 strony niewielkiego formatu Kronika pewnego miasta Pandelisa Prevelakisa oraz Zmienne losy Afryki Martina Mereditha – 652 strony dużego formatu. Obie publikacje dzieli w zasadzie wszystko – z jednym wyjątkiem: dawno nie widziałem tak banalnych tytułów. I jeszcze jedno wydaje się wspólne: obie są dla koneserów, nie dla popularnego czytelnika.

Pandelis Prevelakis (1909-1986) to po Nikosie Kazandzakisie (Grek ZorbaOstatnie kuszenie Chrystusa) najbardziej znany i najczęściej tłumaczony pisarz współczesnej Grecji, choć jego dorobek jest w Polsce mało znany. Kronika… to jego pierwsza książka prozatorska, wydana w 1938 roku i poświęcona miastu, w którym się urodził i wychował: położonemu na Krecie Retymnie. Właśnie od jednego z miłośników tego miasta dostałem tę książkę i z przyjemnością przeczytałem, choć Retymna, prawdę mówiąc, nie bardzo lubię. Pewno dlatego, że w ogóle nie lubię na Krecie dużych miast, bo na tej wspaniałej wyspie najciekawsze są małe miasteczka i wioski, gdzie życie od stuleci toczy się między starymi, niewielkimi kościółkami a zacienionymi kafenionami, gdzie mieszkańcy żyją spokojnie i skromnie, turystów cenią, ale nie usiłują ich kupić za wszelką cenę, a gdzieś w okolicy starannie ułożone kamienie, powalone przez czas i siły przyrody kolumny, półokręgi tysiącletnich teatrów i równe im wiekiem, poskręcane przez wiatry oliwki przypominają, że tu zaczynała się historia naszej cywilizacji. Zawsze też w takich miejscach z jednej strony wzrok zatrzymują dzikie góry, a z drugiej spojrzenie napotyka bezkresny pozornie przestwór morza. Niewielkie tawerny w niedużych portach i w nieoczywistych miejscach przy górskich drogach oferują wzmocnienie ciała, a duch ulata, kędy chce, nad oceanami historii, pogody (nie koniecznie zawsze pięknej, ale zawsze życiowo istotnej) i zdystansowanego spokoju miejsca, świadomego naszej nicości wobec czasu. W dużych miastach oczywiście także są porty, stare świątynie i zamki, teatry i restauracje, ale by z nich się cieszyć, musimy wykrzesać w sobie aprobatę dla faktu, że nasze zachwyty podziela w tym samym miejscu tysiąc turystów, którzy właśnie zaliczają kolejne słitfocie na tle kolejnych zabytków czy pięknych krajobrazów.

Miasto Prevelakisa leży na północy wyspy, mniej więcej w połowie drogi między dwiema starymi stolicami Krety: między usytuowaną na zachodzie Chanią i na wschodzie – Iraklionem. Retymno jest z nich najmłodsze – choć osadnictwo pojawiło się tu w okresie późnominojskim (ok. 1200 r. p.n.e.), czyli mniej więcej w czasach, na które datowana jest Wojna Trojańska, to jednak okres swej względnej świetności miasto zawdzięcza Wenecjanom, okupującym północną część Krety od XIII w. Z przełomu XVI i XVII w. pochodzi największy zabytek Retymna – twierdza La Fortezza i położony pod nią stary port z latarnią morską. Pod koniec pierwszej połowy XVII w. miasto zostało zdobyte przez osmańskich Turków, którzy okupowali Kretę do 1897 roku, potem wyspa formalnie była przez kilkanaście lat państwem niezależnym, a w 1913 roku została przyłączona do Grecji. W 1923 roku z Krety wysiedlono muzułmanów – Turków i tych Greków, którzy przeszli na islam, wymieniając ich niejako na prawosławnych mieszkańców zachodniej Turcji.

Kronika… Prevelakisa opisuje dzieje miasta w końcowej fazie koegzystencji grecko-tureckiej. Właśnie: koegzystencji. To nieco inne spojrzenie na ten problem niż opowieści, które znałem przedtem, o ciągłej i heroicznej walce na śmierć i życie między Turkami a Kreteńczykami, między prawosławnymi ortodoksami a muzułmanami. Dwa i pół wieku zaborów, wynaradawianie, islamizacja, niszczenie kościołów lub przekształcanie ich w meczety, z drugiej strony heroiczne walki powstańcze, górskie klasztory jako ośrodki myśli i działań patriotycznych… A tu koegzystencja. I szczery żal pisarza, wyrażany wobec osadzonych w kreteńskiej rzeczywistości Turków, którzy przez kilka pokoleń stali się lokalnymi patriotami Retymna i których nagle przymusza się do emigracji nawet nie dlatego, że są Turkami, tylko dlatego, że wyznają inną wiarę. I, uwaga: ten kreteńsko-turecki islam niewiele ma wspólnego z tym islamem, jaki znamy dziś, a w zasadzie z tym zjawiskiem, jakiemu gombrowiczowską gębę dorobiła polityka, literatura i głupota terrorystycznych watażków.

A tak, na marginesie: jestem bardzo ciekaw, jak społeczność Warszawy i okolic, którą historia zmusiła do koegzystencji z rosyjskimi zaborcami, przedstawiona zostanie w nowo filmowanej Lalce Prusa. Czy będą to dożylni patrioci, oczekujący, jak Rzecki, nowego Napoleona czy po prostu nowej hekatomby narodowej, podejmowanej nie po to, żeby wyzwolić kraj, tylko by pokazać światu, jacyśmy to, panie, odważni i chętni do umierania z imieniem Ojczyzny na ustach, czy przeciwnie, kolaboracyjni biznesmeni, jak Wokulski, którzy z rosyjskim oligarchą panem Siuzę będą robić deale w wielkim formacie, dla dobra, panie, ojczystej substancji finansowej. Prevelakis w Retymnie w przedstawicielach okupantów widzi przede wszystkim ludzi, sąsiadów, z którymi żyje się – jak to z sąsiadami – w zgodzie i w kłótni, razem i obok siebie. A potem żal, że ich już nie ma i niechęć do tych, słusznych religijnie, których przeflancowano z Turcji, z terenów – przypomnijmy – które przez parę tysiącleci były kolonizowane przez ludzi, reprezentujących kulturę i obyczajowość greckich polis, które dały nam Talesa z Miletu, Anaksymandra i Heraklita, Herodota i Ezopa. I Mauzolosa, Midasa i Krezusa. Którzy mieszkając w Azji, współtworzyli naszą, europejską kulturę w niemniejszym stopniu, co kontynentalni Perykles, Solon, Sokrates, Platon i Homer. W końcu – pamiętamy, przynajmniej niektórzy z nas – jak nazywała się księżniczka fenickiego Tyru, którą porwał Zeus zmieniony w byka i uwiózł na Kretę, gdzie była jedną z pierwszych królowych? Europa się nazywała…

Takich kulturowych i obyczajowych spraw próżno szukać w pracy Mereditha o Afryce. Książka to niewątpliwie wybitna, ale nie do czytania. Oczywiście, nie jest łatwo pisać o całej Afryce, która jest bądź co bądź po Azji największym kontynentem Ziemi, gdzie w zasadzie wszystkie obecnie obowiązujące granice są sztucznie wytyczone przez okupantów (europejskich kolonizatorów i tych, którzy podbili lokalne plemiona przed Europejczykami), gdzie jest najwięcej odrębnych języków i najwięcej wierzeń i kultur. My, tutaj w środkowej Europie, nadal nie przerobiliśmy trudnej lekcji o tym, że tam, między Słupami Heraklesa a Przylądkiem Dobrej Nadziei leży ziemia, z której się wszyscy wywodzimy i która stworzyła ludziom więcej tak problemów, jak i możliwości, niż jakikolwiek inny ląd. Tutaj, nad Bugiem, Wisłą, Dunajcem i Odrą wciąż podświadomie zapewne myślimy o Afrykanach w kategoriach Tuwimowskiego Murzynka Bambo i Sienkiewiczowskiego cwanego Kalego, by od czasu do czasu przeskoczyć do heroizmu Nelsona Mandeli i masakry międzyplemiennej w Rwandzie. Oczywiście, spora część moich rodaków (rumienię się za te słowa) za idola afrykańskiego ma zakopiańczyka Janusza Walusia, który w 1993 roku koło Pretorii zastrzelił lidera południowoafrykańskiej Partii Komunistycznej i działacza Afrykańskiego Kongresu Narodowego Chrisa Haniego i został tam skazany na dożywocie, ale ostatnio przekazano go Polsce. Jednym z opiekunów politycznych i promotorów mordercy jest uwielbiany na Podhalu Grzegorz Braun, a działacze prawicy usprawiedliwiają jego czyn tym, że ponieważ zastrzelił Murzyna i komunistę, to nie była zbrodnia, tylko święta egzekucja. No cóż, taki mamy klimat, że na grobie Eligiusza Niewiadomskiego, mordercy pierwszego prezydenta Polski Gabriela Narutowicza, do dziś składane są świeże kwiaty…

Historia Afryki w ujęciu Mereditha to historia podbojów, rabunków, handlu surowcami i żywym towarem. I niewolnictwa, rzecz jasna. Chyba niewolnictwo właśnie najbardziej kojarzy się z Afryką. A przecież handlem ludźmi stały wszystkie wczesnoeuropejskie państwa, dawnej Polski nie wyłączając. Niewiele wiem o Afryce z własnych doświadczeń, a studia skierowały moje zainteresowania w tej dziedzinie w stronę północno-wschodniej afrykańskiej cywilizacji. Egiptu konkretnie. W dawnych czasach uważałem, że nie tylko obecne, arabskie panowanie w Egipcie (który kiedyś po chwilowym w latach 1958-1961 połączeniu się z Syrią nosił nazwę Zjednoczona Republika Arabska) jest bezczelną uzurpacją, ale także wcześniej biedny kraj nad Nilem był ciemiężony przez Rzymian, a przedtem Greków i Persów. Ale jak się nad tym głębiej zastanowić – w zasadzie cała licząca ponad pięć tysięcy lat historia Egiptu to siłowanie się na rękę rozmaitych potęg, które w stosunku do miejscowych miedzianoskórych mieszkańców, zawsze były najeźdźcami – Narmer z Górnego Egiptu najechał Dolny Egipt, czyli deltę Nilu, od wschodu napadali Egipcjan, a nawet tworzyli osobne dynastie faraonów Libijczycy, od południa Kuszyci i Nubijczycy, od wschodu Hyksosi i Asyryjczycy… Jeden z najsłynniejszych władców Egiptu z XIX wieku, Muhammad Ali, był Albańczykiem… Podobnie było po sąsiedzku – nieopodal w krajach Maghrebu Arabowie podbijali Berberów, którzy niebawem stali się bardziej islamscy niż ich najeźdźcy…

Ale w książce o Afryce szukałem czego innego, czegoś, co przemknęło gdzieś – kiedyś – przez moje lektury o wczesnośredniowiecznych, a nawet prehistorycznych mocarstwach w południowo-zachodniej części kontynentu, o wspaniałych dziełach sztuki, tworzonych w miejscach, które potem zarosła dżungla, o tajemniczym plemieniu Dogonów, których mitologia wiązała się z Syriuszem – o tej Psiej Gwieździe wiedzieli sporo Egipcjanie, bo to ona jakoby regulowała życiodajne wylewy Nilu, ale tylko Dogonowie – plemię, zamieszkałe w rejonie dzisiejszego Mali – wiedzieli o tym, że Syriusz jest gwiazdą podwójną, o czym wiedzieć nie mieli prawa, jako że amerykański astronom Alvin Clark odkrył Syriusza B dopiero w 1862 roku. A możemy być pewni, że publikacje uczonych astronomów nie były ulubionymi lekturami niepiśmiennych szamanów z Mali… Co więcej, jednym z kłopotów w poznawaniu dziejów Afryki jest to, że dla ich przedkolonialnych stadiów nie ma źródeł pisanych, jako że z wyjątkiem sfery arabskiej lokalne języki nie znały pisma.

Tego wszystkiego w grubaśnej księdze o losach Afryki nie ma. Dowiedziałem się jednak mnóstwa rzeczy, szczególnie o środkowej i południowej Afryce i wiedza ta jest interesująca. Ale przebrnięcie przez setki nazwisk, miejsc bitew, omówień aktów prawnych i niełatwych do zapamiętania zwrotów akcji jest dziełem ponad siły jednego starego człowieka. Nie oczekuję od książek naukowych, żeby ich lektura była lekka, łatwa i przyjemna, choć bywają i takie książki i tacy autorzy. Ale oczekuję od nich, żeby panował w nich wyraźnie zdefiniowany porządek. Tutaj go nie znalazłem.

Niewątpliwie jednak, obie książki, z którymi przyszło mi się zmierzyć pod koniec tego lata, są dziełami ważnymi w swoich dziedzinach, ale z ręką na sercu mogę je polecić tylko mocno zdeterminowanym koneserom.

Maciej Pinkwart

—————–

Pandelis Prevelakis, Kronika pewnego miasta, tłumaczenie Janusz Strasburger, posłowie Bartosz Barszczewski, Wydawnictwo „Książkowe Klimaty”, Wrocław 2013, 163 strony.

Martin Meredith, Zmienne losy Afryki. Pięć tysięcy lat bogactwa, chciwości i pracy, tłumaczenie Julita Mastalerz i Klaudyna Michałowicz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2025, 652 strony.

Małe i duże, dla koneserów

Szalenie cenię pracę prowincjonalnych (w dobrym znaczeniu tego słowa) historyków, geografów i socjologów, publikujących nieraz bardzo szczegółowe, a zawsze ciekawe książki o własnych miejscach zamieszkania czy choćby urodzenia, przekazując nam niedostępną niekiedy w inny sposób wiedzę, a także miłość do swoich małych ojczyzn. Na półkach lokalnej części mojej biblioteki pełno jest interesujących prac traktujących o Czarnym i Białym Dunajcu, Nowym Targu, Rabie Wyżnej, Bukowinie Tatrzańskiej, Witowie, Dzianiszu, Jabłonce czy Poroninie, z których korzystam i wciąż dowiaduję się czegoś nowego. Z drugiej strony jednak czasami owe lokalności chciałoby się osadzić w nieco szerszym kontekście – dużej czy bardzo dużej ojczyzny. Stąd fascynujące mnie lektury o średniowiecznej czy współczesnej Europie, o tajemnicach Azji czy Ameryki, zwłaszcza Południowej.

Tak się złożyło, że w tym samym czasie na moim biurku znalazły się obok siebie dwie książki – licząca 163 strony niewielkiego formatu Kronika pewnego miasta Pandelisa Prevelakisa oraz Zmienne losy Afryki Martina Mereditha – 652 strony dużego formatu. Obie publikacje dzieli w zasadzie wszystko – z jednym wyjątkiem: dawno nie widziałem tak banalnych tytułów. I jeszcze jedno wydaje się wspólne: obie są dla koneserów, nie dla popularnego czytelnika.

Pandelis Prevelakis (1909-1986) to po Nikosie Kazandzakisie (Grek ZorbaOstatnie kuszenie Chrystusa) najbardziej znany i najczęściej tłumaczony pisarz współczesnej Grecji, choć jego dorobek jest w Polsce mało znany. Kronika… to jego pierwsza książka prozatorska, wydana w 1938 roku i poświęcona miastu, w którym się urodził i wychował: położonemu na Krecie Retymnie. Właśnie od jednego z miłośników tego miasta dostałem tę książkę i z przyjemnością przeczytałem, choć Retymna, prawdę mówiąc, nie bardzo lubię. Pewno dlatego, że w ogóle nie lubię na Krecie dużych miast, bo na tej wspaniałej wyspie najciekawsze są małe miasteczka i wioski, gdzie życie od stuleci toczy się między starymi, niewielkimi kościółkami a zacienionymi kafenionami, gdzie mieszkańcy żyją spokojnie i skromnie, turystów cenią, ale nie usiłują ich kupić za wszelką cenę, a gdzieś w okolicy starannie ułożone kamienie, powalone przez czas i siły przyrody kolumny, półokręgi tysiącletnich teatrów i równe im wiekiem, poskręcane przez wiatry oliwki przypominają, że tu zaczynała się historia naszej cywilizacji. Zawsze też w takich miejscach z jednej strony wzrok zatrzymują dzikie góry, a z drugiej spojrzenie napotyka bezkresny pozornie przestwór morza. Niewielkie tawerny w niedużych portach i w nieoczywistych miejscach przy górskich drogach oferują wzmocnienie ciała, a duch ulata, kędy chce, nad oceanami historii, pogody (nie koniecznie zawsze pięknej, ale zawsze życiowo istotnej) i zdystansowanego spokoju miejsca, świadomego naszej nicości wobec czasu. W dużych miastach oczywiście także są porty, stare świątynie i zamki, teatry i restauracje, ale by z nich się cieszyć, musimy wykrzesać w sobie aprobatę dla faktu, że nasze zachwyty podziela w tym samym miejscu tysiąc turystów, którzy właśnie zaliczają kolejne słitfocie na tle kolejnych zabytków czy pięknych krajobrazów.

Miasto Prevelakisa leży na północy wyspy, mniej więcej w połowie drogi między dwiema starymi stolicami Krety: między usytuowaną na zachodzie Chanią i na wschodzie – Iraklionem. Retymno jest z nich najmłodsze – choć osadnictwo pojawiło się tu w okresie późnominojskim (ok. 1200 r. p.n.e.), czyli mniej więcej w czasach, na które datowana jest Wojna Trojańska, to jednak okres swej względnej świetności miasto zawdzięcza Wenecjanom, okupującym północną część Krety od XIII w. Z przełomu XVI i XVII w. pochodzi największy zabytek Retymna – twierdza La Fortezza i położony pod nią stary port z latarnią morską. Pod koniec pierwszej połowy XVII w. miasto zostało zdobyte przez osmańskich Turków, którzy okupowali Kretę do 1897 roku, potem wyspa formalnie była przez kilkanaście lat państwem niezależnym, a w 1913 roku została przyłączona do Grecji. W 1923 roku z Krety wysiedlono muzułmanów – Turków i tych Greków, którzy przeszli na islam, wymieniając ich niejako na prawosławnych mieszkańców zachodniej Turcji.

Kronika… Prevelakisa opisuje dzieje miasta w końcowej fazie koegzystencji grecko-tureckiej. Właśnie: koegzystencji. To nieco inne spojrzenie na ten problem niż opowieści, które znałem przedtem, o ciągłej i heroicznej walce na śmierć i życie między Turkami a Kreteńczykami, między prawosławnymi ortodoksami a muzułmanami. Dwa i pół wieku zaborów, wynaradawianie, islamizacja, niszczenie kościołów lub przekształcanie ich w meczety, z drugiej strony heroiczne walki powstańcze, górskie klasztory jako ośrodki myśli i działań patriotycznych… A tu koegzystencja. I szczery żal pisarza, wyrażany wobec osadzonych w kreteńskiej rzeczywistości Turków, którzy przez kilka pokoleń stali się lokalnymi patriotami Retymna i których nagle przymusza się do emigracji nawet nie dlatego, że są Turkami, tylko dlatego, że wyznają inną wiarę. I, uwaga: ten kreteńsko-turecki islam niewiele ma wspólnego z tym islamem, jaki znamy dziś, a w zasadzie z tym zjawiskiem, jakiemu gombrowiczowską gębę dorobiła polityka, literatura i głupota terrorystycznych watażków.

A tak, na marginesie: jestem bardzo ciekaw, jak społeczność Warszawy i okolic, którą historia zmusiła do koegzystencji z rosyjskimi zaborcami, przedstawiona zostanie w nowo filmowanej Lalce Prusa. Czy będą to dożylni patrioci, oczekujący, jak Rzecki, nowego Napoleona czy po prostu nowej hekatomby narodowej, podejmowanej nie po to, żeby wyzwolić kraj, tylko by pokazać światu, jacyśmy to, panie, odważni i chętni do umierania z imieniem Ojczyzny na ustach, czy przeciwnie, kolaboracyjni biznesmeni, jak Wokulski, którzy z rosyjskim oligarchą panem Siuzę będą robić deale w wielkim formacie, dla dobra, panie, ojczystej substancji finansowej. Prevelakis w Retymnie w przedstawicielach okupantów widzi przede wszystkim ludzi, sąsiadów, z którymi żyje się – jak to z sąsiadami – w zgodzie i w kłótni, razem i obok siebie. A potem żal, że ich już nie ma i niechęć do tych, słusznych religijnie, których przeflancowano z Turcji, z terenów – przypomnijmy – które przez parę tysiącleci były kolonizowane przez ludzi, reprezentujących kulturę i obyczajowość greckich polis, które dały nam Talesa z Miletu, Anaksymandra i Heraklita, Herodota i Ezopa. I Mauzolosa, Midasa i Krezusa. Którzy mieszkając w Azji, współtworzyli naszą, europejską kulturę w niemniejszym stopniu, co kontynentalni Perykles, Solon, Sokrates, Platon i Homer. W końcu – pamiętamy, przynajmniej niektórzy z nas – jak nazywała się księżniczka fenickiego Tyru, którą porwał Zeus zmieniony w byka i uwiózł na Kretę, gdzie była jedną z pierwszych królowych? Europa się nazywała…

Takich kulturowych i obyczajowych spraw próżno szukać w pracy Mereditha o Afryce. Książka to niewątpliwie wybitna, ale nie do czytania. Oczywiście, nie jest łatwo pisać o całej Afryce, która jest bądź co bądź po Azji największym kontynentem Ziemi, gdzie w zasadzie wszystkie obecnie obowiązujące granice są sztucznie wytyczone przez okupantów (europejskich kolonizatorów i tych, którzy podbili lokalne plemiona przed Europejczykami), gdzie jest najwięcej odrębnych języków i najwięcej wierzeń i kultur. My, tutaj w środkowej Europie, nadal nie przerobiliśmy trudnej lekcji o tym, że tam, między Słupami Heraklesa a Przylądkiem Dobrej Nadziei leży ziemia, z której się wszyscy wywodzimy i która stworzyła ludziom więcej tak problemów, jak i możliwości, niż jakikolwiek inny ląd. Tutaj, nad Bugiem, Wisłą, Dunajcem i Odrą wciąż podświadomie zapewne myślimy o Afrykanach w kategoriach Tuwimowskiego Murzynka Bambo i Sienkiewiczowskiego cwanego Kalego, by od czasu do czasu przeskoczyć do heroizmu Nelsona Mandeli i masakry międzyplemiennej w Rwandzie. Oczywiście, spora część moich rodaków (rumienię się za te słowa) za idola afrykańskiego ma zakopiańczyka Janusza Walusia, który w 1993 roku koło Pretorii zastrzelił lidera południowoafrykańskiej Partii Komunistycznej i działacza Afrykańskiego Kongresu Narodowego Chrisa Haniego i został tam skazany na dożywocie, ale ostatnio przekazano go Polsce. Jednym z opiekunów politycznych i promotorów mordercy jest uwielbiany na Podhalu Grzegorz Braun, a działacze prawicy usprawiedliwiają jego czyn tym, że ponieważ zastrzelił Murzyna i komunistę, to nie była zbrodnia, tylko święta egzekucja. No cóż, taki mamy klimat, że na grobie Eligiusza Niewiadomskiego, mordercy pierwszego prezydenta Polski Gabriela Narutowicza, do dziś składane są świeże kwiaty…

Historia Afryki w ujęciu Mereditha to historia podbojów, rabunków, handlu surowcami i żywym towarem. I niewolnictwa, rzecz jasna. Chyba niewolnictwo właśnie najbardziej kojarzy się z Afryką. A przecież handlem ludźmi stały wszystkie wczesnoeuropejskie państwa, dawnej Polski nie wyłączając. Niewiele wiem o Afryce z własnych doświadczeń, a studia skierowały moje zainteresowania w tej dziedzinie w stronę północno-wschodniej afrykańskiej cywilizacji. Egiptu konkretnie. W dawnych czasach uważałem, że nie tylko obecne, arabskie panowanie w Egipcie (który kiedyś po chwilowym w latach 1958-1961 połączeniu się z Syrią nosił nazwę Zjednoczona Republika Arabska) jest bezczelną uzurpacją, ale także wcześniej biedny kraj nad Nilem był ciemiężony przez Rzymian, a przedtem Greków i Persów. Ale jak się nad tym głębiej zastanowić – w zasadzie cała licząca ponad pięć tysięcy lat historia Egiptu to siłowanie się na rękę rozmaitych potęg, które w stosunku do miejscowych miedzianoskórych mieszkańców, zawsze były najeźdźcami – Narmer z Górnego Egiptu najechał Dolny Egipt, czyli deltę Nilu, od wschodu napadali Egipcjan, a nawet tworzyli osobne dynastie faraonów Libijczycy, od południa Kuszyci i Nubijczycy, od wschodu Hyksosi i Asyryjczycy… Jeden z najsłynniejszych władców Egiptu z XIX wieku, Muhammad Ali, był Albańczykiem… Podobnie było po sąsiedzku – nieopodal w krajach Maghrebu Arabowie podbijali Berberów, którzy niebawem stali się bardziej islamscy niż ich najeźdźcy…

Ale w książce o Afryce szukałem czego innego, czegoś, co przemknęło gdzieś – kiedyś – przez moje lektury o wczesnośredniowiecznych, a nawet prehistorycznych mocarstwach w południowo-zachodniej części kontynentu, o wspaniałych dziełach sztuki, tworzonych w miejscach, które potem zarosła dżungla, o tajemniczym plemieniu Dogonów, których mitologia wiązała się z Syriuszem – o tej Psiej Gwieździe wiedzieli sporo Egipcjanie, bo to ona jakoby regulowała życiodajne wylewy Nilu, ale tylko Dogonowie – plemię, zamieszkałe w rejonie dzisiejszego Mali – wiedzieli o tym, że Syriusz jest gwiazdą podwójną, o czym wiedzieć nie mieli prawa, jako że amerykański astronom Alvin Clark odkrył Syriusza B dopiero w 1862 roku. A możemy być pewni, że publikacje uczonych astronomów nie były ulubionymi lekturami niepiśmiennych szamanów z Mali… Co więcej, jednym z kłopotów w poznawaniu dziejów Afryki jest to, że dla ich przedkolonialnych stadiów nie ma źródeł pisanych, jako że z wyjątkiem sfery arabskiej lokalne języki nie znały pisma.

Tego wszystkiego w grubaśnej księdze o losach Afryki nie ma. Dowiedziałem się jednak mnóstwa rzeczy, szczególnie o środkowej i południowej Afryce i wiedza ta jest interesująca. Ale przebrnięcie przez setki nazwisk, miejsc bitew, omówień aktów prawnych i niełatwych do zapamiętania zwrotów akcji jest dziełem ponad siły jednego starego człowieka. Nie oczekuję od książek naukowych, żeby ich lektura była lekka, łatwa i przyjemna, choć bywają i takie książki i tacy autorzy. Ale oczekuję od nich, żeby panował w nich wyraźnie zdefiniowany porządek. Tutaj go nie znalazłem.

Niewątpliwie jednak, obie książki, z którymi przyszło mi się zmierzyć pod koniec tego lata, są dziełami ważnymi w swoich dziedzinach, ale z ręką na sercu mogę je polecić tylko mocno zdeterminowanym koneserom.

Maciej Pinkwart

—————–

Pandelis Prevelakis, Kronika pewnego miasta, tłumaczenie Janusz Strasburger, posłowie Bartosz Barszczewski, Wydawnictwo „Książkowe Klimaty”, Wrocław 2013, 163 strony.

Martin Meredith, Zmienne losy Afryki. Pięć tysięcy lat bogactwa, chciwości i pracy, tłumaczenie Julita Mastalerz i Klaudyna Michałowicz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2025, 652 strony.

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.