Żyję życiem moich bohaterek. Na wojnie jestem od pięciu lat i nic mnie już nie dziwi. Z Agnieszką Przepiórską rozmawia Tomasz Miłkowski w „Przeglądzie”.
„Nikt się nie dowie, jaką nam przyszłość zgotują bogowie”, pisał Horacy. Carpe diem, chwytaj dzień. Idziesz jego śladami?
– Mówisz pewnie o Festiwalu Sztuki Carpe Diem. Otóż byłam kiedyś w Czarnolesie ze spektaklem „Simona”. Zobaczyłam wtedy ogromny, wielohektarowy park, ze starodrzewem, z amfiteatrem, i pomyślałam, że to doskonałe miejsce, aby stworzyć tam festiwal. Muzeum kieruje Ireneusz Domański, bardzo otwarty, uważny gospodarz. Podchwycił ten pomysł z entuzjazmem i dołożył do niego swoją inwencję oraz głęboką znajomość regionu i historii. Dzięki temu pomysł zyskał nowe życie – i tak właśnie narodził się ten festiwal w cieniu czarnoleskiej lipy.
Lipa nadal rośnie?
– Tam jest dużo pięknych i starych lip, drzew naprawdę sędziwych. Panuje niezwykły klimat – to jakaś enklawa w środku niczego. Dojazd jest bardzo trudny, dlatego ludzie pytają, jak dojechać, ale zainteresowani znajdują drogę – w tym roku na festiwalu było 1,5 tys. osób.
W Czarnolesie zachęcasz do życia czasem teraźniejszym, z kolei w swoich monodramach próbujesz się uporać z przeszłością.
– Festiwal jest czymś odrębnym, innym od tego, czym się zajmuję na co dzień. Jest dla mnie rodzajem ulgi. Potrzebuję tego, żeby zyskać uważność na każdego widza, każdego gościa, żeby zająć się innymi, a nie sobą i moimi bohaterkami. To ja chwytam się tego dnia w niezwykłej przestrzeni Czarnolasu.
Mówisz o duchu miejsca – do takich miejsc lgniesz. Grałaś Simone w puszczy, Ginczankę na Mikołajewskiej w Krakowie, przedstawiałaś historię ocalonej Ireny K. w szkole im. Kołłątaja na warszawskiej Ochocie. Czy spektakle w takich miejscach naznaczonych gra się inaczej?
– Towarzyszy temu uczucie podłączenia się pod energię takiego miejsca. Jadwiga Stańczakowa, bohaterka mojego ostatniego spektaklu, mówiła, że każda rzecz ma swoją pamięć. Mam wrażenie, że te miejsca zachowały taką szczególną pamięć. Granie w nich uaktywnia tę energię, mogę czerpać z tego źródła. To dla mnie bardzo mocne granie, czasem niezwykle trudne. Także dla widza, bo nie ma wówczas bezpiecznego układu: widz–aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More, światło–scena–widownia. Wszystko ulega wymieszaniu, scena i życie przenikają się.
Kto wie, może poezja pomaga się w tym odnaleźć. Zauważyłem, że w ostatnich latach bohaterkami twojego teatru biograficznego są poetki: Ginczanka, Sadowska, Stańczakowa, a po drodze zagrałaś jeszcze kameralny spektakl o Szymborskiej. Przypadek czy wybór?
– To bardzo dziwne. W poezję wciągnęła mnie Ania Gryszkówna, która czuje poezję, umie ją wypowiadać. Kończyłam szkołę aktorską w Petersburgu i w ogóle nie miałam do czynienia z polską poezją poza liceum, gdzie poezja była traktowana po macoszemu, na maturze nikt nie wybierał wiersza do analizy. Powoli otwierał się przede mną świat słów, metafor, myśli zawartych w wersach. I może też pod wpływem przytłaczającej codzienności poezja stała się dla mnie nowo odkrytą przestrzenią, przynoszącą rodzaj ulgi. Tak to się stało i rzeczywiście zaczęłam robić spektakle o poetkach, co już się układa w jakiś cykl. Nawet mam już nazwę: „Nieobecne obecne”.
Najbardziej zaskakująca w tym gronie jest obecność Jadwigi Stańczakowej, uważanej za „panią od Mirona Białoszewskiego”. Tymczasem ty ją przywracasz jako poetkę.
– Przełamała to wcześniej wspaniałą biografią Stańczakowej Justyna Sobolewska.
Prywatnie wnuczka poetki.
– Kiedy przeczytałam jej książkę, od razu pomyślałam, że to moja bohaterka, spełnia wszystkie wymogi: jest na drugim planie, fokus jest na niego, a nie na nią, okazuje też niesamowitą dzielność i determinację. Poczułam, że to jest historia warta opowiedzenia. A w jaki sposób bohaterki twoich monodramów do ciebie przychodzą, skąd one się biorą? Czy szukasz ich nerwowo, polujesz na nie?
– Nie ma reguły, jak to się rodzi. Na pewno nie jest tak, że czytam biografie w poszukiwaniu bohaterki. Nic z tych rzeczy. Zwykle to one już są tutaj i dobijają się do mnie. Czasem zdarza się taka sytuacja, że gram jakiś spektakl, a już pojawia się myśl o innej bohaterce. To nie są czary-mary, ale pewien proces. Jak się gra spektakle, podczas których następuje zatrata emocjonalna, to wchodzi się w jakiś podziemny prąd, który nie towarzyszy nam na co dzień. To są szczególne energie i moce w tych zaklętych słowach, coś innego niż potoczna rzeczywistość. Dużo się otwiera takich skojarzeń podczas grania spektakli. Miałam taką sytuację, kiedy grałam Irenkę w „Ocalonych”, a już poczułam, że obok stoi i tupie nogą Pola Nireńska. Te bohaterki do mnie przychodzą, z jakiegoś powodu mnie wybierają i męczą od rana do nocy. Intuicyjnie mi się pojawiają. W przypadku Jadwigi Stanczakowej przeczytałam biografię, Ginczankę zaproponował mi Piotr Rowicki…
…ale jak zawsze weszłaś w postać z impetem.
– Tak było i jest. Niedawno grałam po przerwie „Ginczankę” i przypomniała się w tym spektaklu z taką siłą, że aż nie mogłam nad nią zapanować. Widocznie była zniecierpliwiona, że tak dawno nie była na scenie, i rozszarpała mnie na kawałki. Widownię też. Tak więc rozmaicie bywa z tymi inspiracjami – przeczytam jakąś książkę albo artykuł, jak wywiad Cezarego Łazarewicza z Hanną Krall, wiele lat temu. Wtedy po raz pierwszy pojawiła się myśl o zbliżeniu do Barbary Sadowskiej, matki Grzegorza Przemyka.
To było jeszcze przed spektaklem w Polonii, „Żeby nie było śladów”, w którym grałaś jej postać?
– Wiele lat wcześniej. Bohaterki się pojawiają, a kiedy to jakoś się skleja, przychodzi czas na opowieść. To bardzo zbalansowana wymiana. Ja daję swoim bohaterkom głos, znowu są czytane, słuchane, zaczynają istnieć w przestrzeni publicznej, a one pozwalają mi korzystać z ich wspaniałości. Powstaje takie nieoczekiwane siostrzeństwo.
Pracujesz niezwykle intensywnie. Kiedy Katarzyna Flader–Rzeszowska zaczynała pisać książkę „Bioteatr Agnieszki Przepiórskiej”, miałaś za sobą osiem monodramów. Podczas jej tworzenia powstał dziewiąty, a kiedy książka była gotowa, zdążyłaś dać premierę 10. monodramu „Jadwiga” podczas Festiwalu Persona w Mazowieckim Instytucie Kultury. Trudno za tobą nadążyć.
– Trochę tak, ja sama za sobą nie nadążam.
Co cię tak napędza?
– To pewnie motyw na długą rozmowę z terapeutą. Czy to jest lęk, czy raczej nieprzeparta chęć opowiadania historii? Poczucie, że pół świata jest nieopowiedziane. Mam wielką determinację, żeby te historie kobiece opowiadać. Zwłaszcza teraz, kiedy następuje odwrót od spraw ważnych dla kobiet. I kluczowych, jeśli chcemy żyć w społeczeństwie, które jest równoprawne. To mój sposób na dołożenie cegiełki do walki o prawa kobiet. Dlatego przywołuję te kobiety, stawiam je w świetle, opowiadam tę nieopowiedzianą część świata.
Można mówić o rodzaju misji, którą wypełniasz?
– To coś większego ode mnie. Często stoję z tyłu za moimi bohaterkami. Chcę, żeby to one były w świetle, żeby o nich mówiono. Mam poczucie, że ja, Agnieszka, wobec tych wszystkich bohaterek nie mam nic takiego ważnego do powiedzenia. Nie umiałabym stanąć na scenie i powiedzieć: teraz proszę patrzeć i słuchać, Agnieszka Przepiórska robi monodram o sobie i swoich przemyśleniach.
To byłoby „Moje życie w sztuce”.
– No nie, one są milion razy bardziej interesujące ode mnie. Ja się trochę pod nie „podpinam”.
Rodzaj wampiryzmu?
– Tak, bo one są takie utalentowane i dzielne, i wiersze piszą. Może coś na mnie spłynie?
Czasem jednak twoja bohaterka, choć ma imię, bywa ulepiona z losów wielu postaci. Tak było w „Ocalonych”, wyjątkowym monodramie, przywracającym pamięć o kobietach – bohaterkach, ofiarach bestialskich gwałtów i mordów na ochockim Zieleniaku podczas powstania warszawskiego, dokonanych przez zwyrodnialców z oddziału RONA SS. Odnoszę wrażenie, że część widzów boi się tego monodramu.
– Tak, „Ocalone” bywają wykluczane. Powody są różne, czasem także polityczne. Ale nie chcę poświęcać temu swojej energii. Z mojego doświadczenia wynika, że tematy związane z krzywdą kobiet, z przemocą, z pamięcią trudną i niewygodną często budzą opór. To chyba naturalna reakcja na sytuacje, z którymi trudno się oswoić. Tak postępuje też Irenka, bohaterka spektaklu, która ocalała z rzezi, ale żeby żyć, musiała od przeszłości się odciąć. To się udziela widzom.
To cię nie dziwi?
– Nie dziwi. Pod koniec spektaklu wzywam do apelu pamięci. Rzadko się zdarza, że widzowie nie wstają – tak było może raz czy dwa. I w Hiszpanii, bo tam w ogóle nie ma zwyczaju apelu poległych. Kiedy widownia nie wstaje, część widzów ma potem poczucie winy, niestosowności zachowania. Tymczasem najważniejsze dla mnie, dla nas, którzy ten spektakl przygotowywaliśmy, dla reżyserki Mai Kleczewskiej i dramaturga Piotra Rowickiego, jest to, że ta historia zostaje wysłuchana. I nie potrzebujemy niczego więcej. Nie potrzebujemy, żeby ktoś stał na baczność, żeby przeżywał traumę. Nie, najważniejsze, że ta historia zostaje wysłuchana. To jest nasz cel i marzenie. A wszystko, co się dzieje dalej, jakie emocje wywołuje w widzach, to rzecz mniej istotna. Najważniejsze, że Irenka, reprezentantka wszystkich kobiet z Zieleniaka, zostaje zakorzeniona w naszej rzeczywistości i obok bohaterów powstańców, małych powstańców i kultu wokół powstania robi się wreszcie miejsce na opowieść o tych bohaterskich kobietach.
Zależało ci, żeby w okresie rocznicy powstania pojawić się na Ochocie z tym monodramem?
– Bardzo mi zależało, żeby w tym roku też tam być, i udało się dzięki Kasi Puchalskiej z Domu Spotkań z Historią i dzięki Ośrodkowi Kultury Ochota. 14 sierpnia, w rocznicę wydarzeń na Zieleniaku, zagram w Liceum Kołłątaja. Już czuję przejmujący dreszcz.
Krążysz ze swoimi monodramami po całym kraju, tak jak wcześniej, grając w różnych spektaklach wieloobsadowych, od Wałbrzycha po Szczecin. Całe życie tak krążysz. Masz poczucie, że jesteś aktorką wędrowną?
–Tak, mam takie poczucie. I przyznam się, że po tylu latach odczuwam zmęczenie. Ciągle pokonuję setki kilometrów. Najtrudniejsze są te podróże, bo satysfakcja grania zawsze jest ogromna, ale potem trzeba znowu jechać. Zaczęło mi to ciążyć. Teraz, kiedy mam swoją przestrzeń na Saskiej Kępie, mogę tam przeżywać swoje carpe diem. Myślę również o narzuceniu sobie limitów, żeby np. grać pięć spektakli na wyjeździe w ciągu miesiąca, a nie 25.
Chcesz trochę zwolnić?
– Trochę tak, ale nie przestać. Trochę też zadbać o siebie. Cały czas żyję życiem moich bohaterek. Na wojnie jestem od pięciu lat i nic mnie już nie dziwi. Czytam książki o wojnie i traumie, o Holokauście, Zieleniaku, powstaniu, to są moje lektury na wakacje.
Raczej nierozrywkowe.
– No tak, ale pomyślałam: spokojnie, przecież jeszcze nie ma wojny.
Nie zawsze tak z tobą było, że przypomnę kilka lat twoich związków z kabaretem Pożar w Burdelu. To był oddech wolny od tragizmu.
– Ciągle o tym zapominam, to było wiele lat.
35 premier!
– Fakt. I za każdym razem był to dwugodzinny show. Z piosenkami, z tańcami.
Roboty huk, ale i dopływ innej energii.
– Brak mi jeszcze dostatecznego dystansu do tego doświadczenia. Wszystko działo się tak szybko, że nie było czasu na zastanowienie. Z Pożaru w Burdelu od razu wpadłam w ramiona moich bohaterek, ale to był wspaniały okres. Tego mi bardzo brakuje, tej fenomenalnej reakcji: to, co się dzisiaj dzieje, od razu jest na scenie. Z ironicznym komentarzem. To było momentalne przetwarzanie rzeczywistości. I zarazem ogromne poczucie ulgi i sprawczości.
Oraz świadectwo, że drzemią w tobie ogromne pokłady komizmu, czego dowiodłaś także w spektaklu „Kocham Bałtyk”, jedynym twoim monodramie komediowym.
– Wracam teraz do niego.
W sam raz na wakacje.
– Nie grałam go chyba od trzech lat. Myślałam, że muszę się uczyć tekstu od początku, ale nie, okazało się, że pamiętam dużo. Jestem na etapie przygotowań.
Na scenie leżały jakieś dmuchane ryby, potwory…
– …krokodyle! I ta wkurzona matka, gofry, kapiąca bita śmietana.
Sama prawda. Niby banały, a życie. – Taka codzienność wakacji, które miały być wymarzone, a stają się udręką.
Życzę ci takich chwil oderwania od ważnych rzeczy, które robisz. I żeby w tej ważności był wentyl bezpieczeństwa.
– Bardzo potrzebne są takie chwile oderwania.
Twoje spektakle kosztują wiele wysiłku psychicznego. To bolesne przeżycia. Wiem, że to aktorstwo, dystans, ale jesteś tak głęboko wessana w opowiadane historie, że czasem bierze strach. Czy pilnujesz się?
– Zupełnie się nie pilnuję. Wchodzę w postać i nie daję sobie żadnych kół ratunkowych. Czekam, co się wydarzy. A jednocześnie technicznie ogarniam spektakl: gdzie światło, gdzie wyjście, nie tracę poczucia, że jestem aktorką i jestem w teatrze. Nie tracę kontaktu z rzeczywistością, ale czuję, że oddaję siebie w pełni. Bo też nie da się technicznie przespacerować przez żaden z moich spektakli. Ale mam taki dar, że kiedy wracam do domu, może trochę zakręcona, funkcjonuję normalnie. Moja rodzina się trzyma, idę na spacer z psem, rozmawiam o obiedzie, mam zdolność radzenia sobie z takimi sytuacjami. Chyba opanowałam to do perfekcji przez uporczywe powtarzanie trudnych sytuacji.
Jak coś się powtarza, to łatwiej.
– Już masz wydeptane ścieżki, wiesz, jak wrócić. Zupełnie inaczej pracuję ze swoimi studentami, bo oni mają dużo oporu przed wchodzeniem zbyt głęboko w postacie. Nie chcą, to nowe pokolenie. Uczę ich zasady: wchodź i zaraz wracaj. Wchodzisz do kostek do morza i wracasz. Potem do kolan i wracasz, potem do połowy ud i wracasz. Żeby cały czas mieć ścieżkę powrotu. A ja po prostu skaczę na główkę i nawet nie sprawdzam, jaki jest poziom wody. Wiem, że i tak wypłynę. To dla mnie ciekawa konfrontacja.
Dzisiejszy teatr ucieka od postaci. Monodram pozostał niemal ostatnią enklawą, gdzie postacie mogą działać bezkarnie.
– Jednak Maja Kleczewska uprawia teatr wcieleniowy. Tam są role, relacje, pewnie dlatego tak mnie przyciąga. Bo tam jest budowany świat, jak choćby w jej „Weselu”. I Krystian Lupa, u niego też są te przestrzenie, w których pojawiają się napięcia między postaciami.
Ale u młodszych już nie.
– U młodszych jest inaczej, często nie ma gotowych ról, zbudowanego świata, który trzeba utrzymać. Ale wciąż jest otwartość, poruszenie, ciekawość. Może młodzi widzowie tego właśnie potrzebują. Życzliwie się temu przyglądam, choć sama wolę grać w spektaklach, w których są role i są relacje, mocno osadzony świat. Ale rozumiem, że teatr musi się zmieniać: są rozmaite fale, rewolucje i zapewne tego trzeba, aby teatr wciąż trzymał rękę na pulsie.
Puls ten czuje się w zespole, w którym jesteś od kilku sezonów, w Teatrze Słowackiego.
– To świetny okres tego teatru. Powstały „Dziady”, „Wesele”, musical „1989″. Aktorzy błyszczą, są usatysfakcjonowani, bilety wyprzedane na pniu. Jesteśmy jednocześnie sceną narodową, więc i gratyfikacje wzrosły. Do tego czas solidarności z dyrektorem Krzysztofem Głuchowskim, który przez 800 dni pozostawał w stanie bliskim odwołania, scementował ten zespół niebywale. To była wspólna walka o wolność słowa, o wolność wypowiedzi, a dla mnie lekcja obywatelskiego myślenia, chyba najważniejsza lekcja teatralna. Krzysztof Głuchowski jest dla mnie ucieleśnieniem idealnego szefa z niewzruszonym spokojem w sobie, nawet w najbardziej stresujących sytuacjach. Była taka bardzo nerwowa sytuacja podczas próby „Dziadów”, kiedy podest jechał w górę i nie zatrzymywał się, a to było naprawdę niebezpieczne –dyrektor działał wówczas jak oliwa na wzburzone fale. Jeśli masz lidera obdarzonego takim rodzajem spokoju i pewności, że wie, w jakim kierunku idzie, to twój zespół jest spokojny. Słowacki to dla mnie bardzo szczęśliwe spotkanie, także spotkanie z Mają Kleczewska i Agatą Dudą-Gracz o bardzo wyrazistym własnym języku. Musiałam się nauczyć być zdyscyplinowanym instrumentem w orkiestrze.
Choć zwykle bywasz bardzo spontaniczna, jak podczas premiery „Jadwigi”, a było to w dniu drugiej tury wyborów, kiedy podczas oklasków dramaturg1. autor dramatu (-tów); 2. w teatrze rosyjskim stanowisko ... More Piotr Rowicki powiedział ci, że wygrał Rafał Trzaskowski.
– Nie przypominaj mi o tym, wpadłam wtedy w dziką euforię, zwłaszcza że miałam złe przeczucia.
Miałaś rację.
– Tym większe okazało się rozczarowanie. Zawsze jestem zbyt emocjonalna. Mój mąż jest oazą spokoju. Zawodowo trzyma rytm (jest świetnym perkusistą), prywatnie utrzymuje nas wszystkich w równowadze. Nie chciałam grać w dniu wyborów, myślałam, że nikt nie przyjdzie, ale przekonano mnie, że wybierają się ludzie, którzy chcą ten czas przeżyć inaczej. Ja sama bym w taki dzień nie poszła do teatru. Niepotrzebnie się dowiedziałam o tej „wygranej”, na widowni przecież mogli być ludzie o rozmaitych poglądach, chociaż Krzysztof Głuchowski uważa, że brawa są dla aktorów. Dlatego mają prawo wychodzić z flagami, np. ukraińskimi dla poparcia walki Ukrainy, albo z bliskimi im hasłami. To jest czas dla nas. To daje nam poczucie sprawczości i ważności, wyrażenia siebie i tego, że nie jesteśmy tylko instrumentami, ale mamy prawo do własnej wypowiedzi.
***
AGNIESZKA PRZEPIÓRSKA – aktorka filmowa i teatralna. Obecnie w Teatrze Słowackiego w Krakowie; w latach 2006–2008 występowała w Teatrze im. Szaniawskiego w Wałbrzychu. Współpracowała m.in. z warszawskimi teatrami: IMKA, WARSawy, Powszechnym, Polonia, Żydowskim, a także z kabaretem Pożar w Burdelu.[„Przegląd” nr 3, 13.08.2025]
