Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

BoyKott (14)

O cnocie trzeźwości w sierpniu i o tym, jak się dawniej piło, czyli rachunek sumienia dla SPATiF-ów

Każdy naród ma swoje coroczne rytuały, jedne wzniosłe, inne po prostu śmieszne. My, Polacy, mamy sierpień – miesiąc, w którym z namaszczeniem i powagą godną lepszej sprawy, wzywa się nas do cnoty trzeźwości. Apeluje Kościół, powołując się na dziedzictwo błogosławionego kardynała Wyszyńskiego i jego hasło „Trzeźwość polską racją stanu”. Apelują działacze z Krucjaty Wyzwolenia Człowieka, dzieła księdza Blachnickiego, którzy wstrzemięźliwość ofiarowują w intencji bliźnich dotkniętych nałogiem. Apeluje nawet Służba Więzienna, co samo w sobie jest pewnym chichotem historii, promując konkursy plastyczne wśród osadzonych w imię motywów religijno-moralnych i patriotycznych. Geneza tej tradycji, jak wiele rzeczy w naszej pokrętnej historii, jest hybrydą sacrum i profanum – zrodziła się w latach 80. z prośby strajkujących stoczniowców, by zachować trzeźwość w intencji Ojczyzny, co Kościół skwapliwie od ponad wieku walczący o „suchy zakon” podchwycił.

Wszystko to dzieje się w sierpniu, miesiącu rolniczego trudu, świąt maryjnych i patriotycznych rocznic. Oficjalna narracja próbuje narzucić nam postawę moralną adekwatną do tej powagi; chce, byśmy przeżywali ten czas w skupieniu i abstynencji. Pięknie, doprawdy. Wzniosłe cele, szlachetne intencje. Tylko co na to wszystko powiedziałyby duchy tych, dla których sierpień, zwłaszcza ten sopocki, był apogeum sezonu towarzyskiego? Tych, dla których alkohol nie był „problemem”, lecz rozwiązaniem, a przynajmniej smarem, bez którego cała ta skrzypiąca maszyna PRL-owskiego życia artystycznego dawno by stanęła?. Czy ktoś w ogóle pytał o zdanie bywalców SPATiF-u?

Niniejszy felieton jest zatem próbą historycznego rachunku sumienia. Nie dla ludzi, bo ci już swoje rachunki, z Bogiem czy z barmanem, dawno uregulowali. To rachunek dla legendarnych instytucji, które ich karmiły, poiły i chroniły: dla klubów Stowarzyszenia Polskich Artystów Teatru i Filmu. Wyruszymy w podróż od warszawskiego „upajającego pozoru wolności” przez krakowskie requiem dla pierogów aż po sopocki bilans dowodzący skali rozpusty, by zobaczyć, co utraciliśmy w przejściu z jednej formy absurdu w drugą.

Warszawa – Upajający pozór wolności w cieniu władzy

Warszawski SPATiF, usytuowany przy Alejach Ujazdowskich 45 , był nerwem i sercem artystycznego PRL-u. Jego lokalizacja stanowiła o istocie paradoksu: azyl w samym środku dzielnicy władzy, wyspa wolności cumująca tuż przy brzegu totalitarnego Lewiatana. Nie była to zwykła knajpa. To była instytucja, towarzyskie, kulturalne i informacyjne centrum stolicy. W czasach, gdy telefon był luksusem, aktorzy czekali tu na propozycje ról, a reżyserzy znajdowali obsady. To tu Hoffman miał zatrudnić Olbrychskiego, a Piwowski z Maklakiewiczem i Głowackim układać dialogi do „Rejsu”. Tu można było „zalać wódką smak porażki” albo „wznieść toasty za sukces”.

Ta enklawa istniała jednak na smyczy władzy. Artyści myśleli, że tworzą sobie swobodną przestrzeń, tymczasem, jak zauważa Aleksandra Szarłat, „władza miała w tym swój cel. Uważała, że jeśli będzie miała wszystkich w jednym miejscu, to łatwiej będzie ich inwigilować”. W efekcie powstał surrealistyczny ekosystem, w którym przy jednym stoliku siedzieli Kalina Jędrusik ze Stanisławem Dygatem, a przy sąsiednim tajniacy, partyjniacy i waluciarze. Cały personel – od legendarnego szatniarza Frania, który decydował, kto w ogóle dostąpi zaszczytu wejścia, po kelnerki-spowiedniczki – był częścią tego teatru, odgrywając role opiekunów, powierników, a czasem donosicieli.

Najlepiej ten klimat oddaje anegdota, która stała się mitem założycielskim. Oto do lokalu wpada zalany jak bela Jan Himilsbach, samorodny talent i ucieleśnienie plebejskiej siły, i wrzeszczy od progu: „Inteligencja wypierdalać!”. Po chwili konsternacji zza stolika wstaje Gustaw Holoubek, arystokrata ducha i sceny, i z niewzruszonym spokojem oświadcza: „Nie wiem, jak wy panowie, ale ja wypierdalam”. Ten krótki dialog to genialna alegoria skomplikowanej, autoironicznej relacji polskiej inteligencji z samą sobą w czasach komuny. Himilsbach, ze swoim „talentem do alkoholu” i awantur, regularnie zresztą otrzymywał od szefa lokalu szlabany, co tylko dowodzi, że nawet pozór wolności miał swoje granice.

A dziś? Dziś pod adresem Aleje Ujazdowskie 45 wciąż jest SPATiF. Ale to już zupełnie inne miejsce. Profesjonalnie zarządzany klub o „awangardowej aranżacji”, z gruntownie odnowionym wnętrzem, gdzie wyeksponowano zabytkowy sufit, a kuchnia jest półotwarta, by goście mogli podziwiać kucharzy przy pracy. Zamiast chaotycznych spotkań mamy precyzyjny program: w środy „JazzState”, w czwartki „Lunateque”, w weekendy „późne śniadania” lub „brunch”. To miejsce „na miarę XXI wieku”, stworzone dla „osób o silnych i niezależnych osobowościach, fanów ambitnej muzyki elektronicznej, ale i jazzu”. Zasada organizująca tę przestrzeń uległa inwersji. Niegdyś o wartości SPATiF-u stanowiła jego treść – ludzie, rozmowy, ryzyko polityczne, które przyciągało uwagę władzy. Dziś o jego wartości stanowi forma – wystrój, karta dań, kuratorowany program muzyczny. Niebezpieczeństwo bycia podsłuchanym przez tajniaka zastąpiło „niebezpieczeństwo” zjedzenia niedobrego dania lub wysłuchania kiepskiego seta DJ-a. „Upajający pozór wolności” zamienił się w doskonale skalkulowany „pozór lifestyle’u”.

Kraków – Requiem dla pierogów i poezji

Krakowski SPATiF miał innego ducha. Jego lokalizacja przy placu Szczepańskim, „tuż przy budynku Starego Teatru”, czyniła go naturalnym zapleczem dla świata Wyspiańskiego, Kantora i krakowskiej profesury. Był to intelektualny i artystyczny matecznik, mniej polityczny, a bardziej poetycki niż jego warszawski odpowiednik. Jego legenda opierała się na filarach prostych i niezawodnych: były to „legendarne ruskie pierogi pani Dzidzi i żurek”. W świecie ideologicznego fałszu te potrawy, podawane od lat według tej samej receptury, stanowiły rękojmię autentyczności. Była to przystań dla artystycznej bohemy, która prowadziła życie na krawędzi. 

Koniec krakowskiego SPATiF-u był definitywny i pozbawiony sentymentów. Nie było tu łagodnego przejścia ani renowacji. Lokal „dotrwał do końca PRL-u i zginął razem z ustrojem”. A ostatecznym policzkiem, dowodem na całkowitą kulturową degradację, jest to, co powstało w jego miejscu. „Dziś jest tu salon gier”. Trudno o bardziej dosadny symbol. Miejsce, gdzie toczyły się zażarte dyskusje o teatrze, poezji i filozofii, zastąpił przybytek samotnej, mechanicznej rozrywki.

To, co stało się z krakowskim SPATiF-em, jest czymś więcej niż zamknięciem knajpy. To anihilacja „trzeciego miejsca” – przestrzeni między domem a pracą, gdzie tworzy się wspólnota, ścierają poglądy i żyje kulturą. Było to miejsce, gdzie „wiadomo było, że jak się wpadnie, to na pewno kogoś się spotka”. Salon gier jest jego absolutnym zaprzeczeniem: to przestrzeń zaprojektowana do izolacji, gdzie interakcja zachodzi nie z drugim człowiekiem, lecz z maszyną. Wspólnotowy, choć podlany alkoholem świat inteligenckiej debaty został zrównany z ziemią, by zrobić miejsce dla zatomizowanego, pasywnego świata elektronicznej rozrywki. To idealny temat na lament w stylu, który tak ceniłem: o triumfie bezmyślnej zabawy nad trudną rozmową.

Ale jest nadzieja – krakowski oddział ZASP przejął knajpę przy jednej z linii Rynku. „Góra” poszła w dzierżawę i jest okupowana przez turystów, ale wystarczy zstąpić do podziemi! Tam ukrywają się jeszcze nieliczni kapłani Melpomeny urządzając od czasu do czasu tajemnicze misteria ku czci Dionizosa i pamięci. Wiem, bo obserwuję profil na Facebooku legendarnego Żuka Opalskiego, a i całkiem niedawno dane mi było złożyć tam pewnego wieczoru kilka ofiar ku czci dawnych teatralnych bogów paroma kieliszkami czystej…

Sopot – Bilans zysków, strat i utraconych biustonoszy

Jeśli Warszawa była mózgiem, a Kraków duszą, to Sopot był bez wątpienia dzikim, sezonowym libido polskiej bohemy. Tutejszy SPATiF, przy Bohaterów Monte Cassino 54 , był miejscem, gdzie napięcia stolicy znajdowały ujście w fali nadmorskiego hedonizmu. To nie był klub, to był „styl życia”. O skali tego zjawiska najlepiej świadczą autoironiczne statystyki, które sam lokal niegdyś opublikował – swoisty bilans otwarcia po 50 latach działalności, który można przedstawić w formie księgowej tabeli.

Tabela: SPATiF Sopot – Bilans 50-lecia (dane przypuszczalne, nie do użytku w Urzędzie Skarbowym):

Konsumpcja:

Wódka (kieliszki) – 2 500 000 

Piwo (kufle) – 10 000 000 

Pierogi ruskie (sztuki) – 720 000 

Papierosy (sztuki) – 10 000 000

Działalność Niepożądana: 

Interwencje MO/Policji – 5 300 

Spadnięcia ze schodów – 14 000 

Stosunki w toalecie – 5 250 

Skutki Społeczne:

Spowodowane rozwody i awantury – 15 000

Wszczepienia Esperalu klientom – 2 343 

Mienie Utracone: 

Biustonosze – 112 

Akty notarialne – 1

Granaty ręczne – 4 

Legitymacje ORMO – 2 

Te liczby to poezja sama w sobie. Opowiadają historię miejsca, gdzie wszystko było możliwe. Potwierdzają to anegdoty. Opowieść o Agnieszce Osieckiej, której szatniarz odmówił wejścia ze słowami: „Pani już jest trzecią Osiecką dzisiaj. A poza tym nie ma pani karty wstępu”, po czym poetka obraziła się i poszła, pokazuje, że klub tworzył własny, hermetyczny wszechświat z własną hierarchią. Z kolei historia o aktorach, którzy po zejściu z planu filmowego, wciąż w mundurach oficerów SS, wdali się w bójkę na schodach, oddaje karnawałową atmosferę, gdzie granice między fikcją a rzeczywistością niebezpiecznie się zacierały.

Dzisiejszy SPATiF to już tylko echo tamtych czasów. Oryginalny budynek zburzono i postawiono na nowo pod koniec lat 90. Klub świadomie gra swoją legendą, reklamując się jako „legenda, która trwa” i organizując wydarzenia kulturalne. Jednak jego kontekst uległ radykalnej zmianie. Jest teraz częścią sopockiego Krzywego Domku, który przechodzi transformację w „pierwszy food hall w Sopocie”. Jego sąsiadami są komercyjne marki, a on sam stał się jedną z atrakcji w nowoczesnym kompleksie rozrywkowym. To ilustruje ostatni etap życia ikony kultury w warunkach kapitalizmu: komodyfikację autentyczności. Surowy, nieprzewidywalny i organiczny „styl życia” został opakowany i jest sprzedawany jako bezpieczny, wystylizowany produkt. Klub stał się eksponatem w parku tematycznym pod tytułem „Bohema PRL-u”.

Trzeźwość z wyboru, trzeźwość z konieczności

Wracamy zatem do punktu wyjścia – do cnotliwego apelu o sierpniową trzeźwość. Ta podróż po trzech widmowych SPATiF-ach była na swój sposób doświadczeniem otrzeźwiającym. Okazuje się, że żyjemy dziś w epoce głęboko „trzeźwej”, lecz nie w tym sensie, o jaki chodzi Kościołowi i działaczom.

Chaotyczne, ryzykowne, ale intensywnie wspólnotowe życie tamtych klubów zostało zastąpione przez nowy porządek – porządek komercji, bezpieczeństwa i indywidualizmu. Tętniącą życiem, nieprzewidywalną ludzką gromadę zastąpiła, jak celnie zauważyła Aleksandra Szarłat, nowa „Wyspa Wolności”: laptop. To świat „samotników spotykających się na platformach społecznościowych”, gdzie „Zamiast anegdot – memy. Albo hejt”.

Kiedyś, w tamtej siermiężnej, absurdalnej komunie, ludzie pokroju Himilsbacha czy Cybulskiego upijali się, bo, jak mawiał patronujący stylowi tej rubryki klasyk, byliśmy w dupie. Ale przynajmniej mieli tego bolesną świadomość. Był to bunt, krzyk, ucieczka. Dziś, w naszym lśniącym, nowym świecie, urządziliśmy się w niej tak wygodnie – z wegańskim menu, weekendowym brunchem i nienagannym event managementem – że przestaliśmy czuć otaczający nas wątpliwy zapach. I to jest dopiero prawdziwa, beznadziejna, ostateczna trzeźwość. Trzeźwość ducha.

Konrad Szczebiot

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.