Czytam i oczom nie wierzę, choć w moim wieku mało co jest w stanie człowieka zadziwić. Oto donoszą, że na jedno miejsce w warszawskiej szkole teatralnej przypada, bagatela, siedemdziesięciu czterech kandydatów (podobne liczby są już któryś rok z rzędu!). Siedemdziesiąt cztery młode istoty, pełne zapału i, jak mniemam, złudzeń, gotowe są stawać na głowie, recytować, śpiewać i fikać koziołki, byle tylko dostać się do tej fabryki aniołków z dyplomem. Prawdziwy szturm na Parnas, istne oblężenie Jasnej Góry, tyle że w wersji laickiej i, ośmielę się rzec, nieco bardziej komicznej.
Człowiek, który swoje przeżył i niejedno widział, zadaje sobie w takiej chwili proste, acz fundamentalne pytanie: po co? Po co im to wszystko? Czyżby nie wiedzieli, że rynek dla aktorów jest, delikatnie mówiąc, nasycony? Że na jednego Englerta czy innego Malajkata przypada setka bezrobotnych absolwentów, którzy zasilają szeregi kelnerów, sprzedawców i wszelkiej maści prekariatu? A może właśnie wiedzą i to jest ta nowa forma patriotyzmu – świadome męczeństwo w imię Sztuki przez duże „S”? Doprawdy, trudno o większy absurd, no, chyba że weźmiemy pod uwagę naszą codzienną politykę, ale to już temat na osobny, grubszy tom.
Patrzę na te liczby i widzę nie tyle potęgę mitu szkoły teatralnej, co raczej dowód na zbiorowe, radosne samobójstwo. Oto społeczeństwo, które zamiast produkować inżynierów, lekarzy i rzemieślników, z uporem maniaka kształci kolejne zastępy deklamatorów. Cóż za wspaniała perspektywa! Będziemy mieli naród poetów i aktorów, którzy nie będą mieli gdzie grać ani dla kogo, bo publiczność też będzie właśnie kończyła szkołę aktorską. Toż to perpetuum mobile absurdu, system, który sam się nakręca i prowadzi prosto w przepaść, ale za to z jaką gracją i nienaganną dykcją!
Mówią, że to prestiż, że kadra wybitna. Nie przeczę, nazwiska robią wrażenie. Ale cóż z tego, że uczyć będzie sam arcymistrz, skoro na końcu drogi czeka tylko gorzkie rozczarowanie? To tak, jakby uczyć skazanych na dożywocie zasad savoir-vivre’u na królewskich dworach. Piękny gest, owszem, ale cokolwiek niepraktyczny.
Cała ta sytuacja to dla mnie kolejny dowód na to, w jak cudownie irracjonalnym kraju żyjemy. Kraju, gdzie pchać się drzwiami i oknami do zawodu o delikatnie mówiąc wątpliwej dla większości absolwentów przyszłości uchodzi za szczyt ambicji. Gdzie marzenie o byciu na scenie jest silniejsze niż instynkt samozachowawczy. A może ja się mylę? Może to jest właśnie ta nasza polska specjalność, ten nasz wkład w cywilizację – hodowla pięknych, kolorowych motyli, które żyją jeden dzień, ale za to jakże efektownie! Cóż, pozostaje mi tylko usiąść w fotelu, wziąć do ręki szklaneczkę Jasia Wędrowniczka („Potwory filmowcy – wszystko wiedzą!”) i z ironicznym uśmiechem obserwować ten coroczny spektakl. Bo w gruncie rzeczy, jest to teatr w najczystszej postaci. Teatr absurdu, rzecz jasna.
Konrad Szczebiot
