Cztery spotkania w ramach „Krakowskich Miniatur Teatralnych”.
Cały prawie teatralny tydzień w Krakowie.
Kolejny rok miałem przyjemność być gospodarzem tej imprezy, zapowiadać spektakle, prowadzić spotkania z twórcami.
Spektakli było w tym roku pięć, niestety nie mogłem obejrzeć monodramu Grażyny Barszczewskiej opartego na tekstach Myśliwskiego, „Kochany, najukochańszy…”, z całego serca dziękuję za zastępstwo drogiej Alinie Kamińskiej.
To, co obejrzałem jednak wystarczy.
„Jeszcze Polska nie zginęła, dopóki się śmiejemy” – mawiała Hanka Bielicka, bohaterka sztuki „Hallo, tu Bielecka” w reżyserii (i w wykonaniu) Aldony Jankowskiej.
Potrzeba uśmiechu (refleksji i wzruszenia).
Sądząc z reakcji widzów wypełniających każdego wieczora liczącą aż sześćset miejsc salę widowiskową Nowohuckiego Centrum Kultury, ten festiwal jest Krakowowi potrzebny.
Potrzeba uśmiechu.
Dobrze to zostało wymyślone. Przed laty przegląd funkcjonował rzeczywiście jako prezentacje „miniatur”, monodramów, dzisiaj pokazywane są także duże, wieloobsadowe spektakle. Widzowie wiedzą, czego można się po „Miniaturach” spodziewać, i to także jest klucz do sukcesu.
Ta impreza wie, czego chce. Chodzi o pokazanie w Krakowie najlepszego teatru rozrywkowego (spoza Krakowa). I o udowodnienie, że epitet „rozrywkowy” jest komplementem, nie zniewagą.
„Pułapka na myszy” Aghaty Christie z Teatru Ateneum, „Bajo Bongo” – opowieść o Nataszy Zylskiej z Teatru Roma, wspomniana „Bielicka” z Kamienicy, wreszcie „Gra w randki”, nowa sztuka Petera Quiltera (od „Boskiej!” i „Na końcu tęczy”) z Teatru Kwadrat [na zdj.].
Praca pracą, ale byłem także widzem, po prostu.
I jestem wdzięczny Izie Biniek, że przed laty pomyślała o mnie w aspekcie tej przygody teatralnej.
Wierzę, że Twoje, Izo, dzieło będzie mądrze kontynuowane.
Powtórzę raz jeszcze: ten festiwal jest Krakowowi potrzebny.
Łukasz Maciejewski
