Bastylia przy Alejach
Człowiek, proszę ja Państwa, lubi rewolucje. Zwłaszcza gdy są bezkrwawe i odbywają się w ciepłych salach, przy kawie i ciasteczkach. A już najbardziej, gdy rewolucjonistami są aktorzy, którzy z grania przewrotów uczynili swój zawód. Doprawdy, cóż za urocza tautologia! Oglądać bunt w wykonaniu profesjonalistów od buntu to jak słuchać wykładu o budowie fortepianu w wykonaniu samego Steinwaya. Czysta, esencjonalna forma.
I oto mamy naszą małą, warszawską, artystowską Rewolucję Francuską. Związek Artystów Scen Polskich, ten nasz poczciwy, od dekad trzeszczący w szwach biurokratyczny gmach, przeżył swój własny 1789 rok. Walne Zebranie Delegatów, niczym Stany Generalne zwołane przez Ludwika, który nieco stracił kontakt z ludem, zebrało się i orzekło, że basta. Koniec z ancien régime’em!
Trzeba sobie wyobrazić ten dwór. Nie w Wersalu, a w Alejach Ujazdowskich. Peruki może i inne, ale dworskie maniery, szeptanki w kuluarach, poczucie niezmienności i boskiego niemal namaszczenia władzy – te same. Zarząd, niczym rada królewska, trwał w przekonaniu o słuszności swojej linii, podczas gdy z dołu, od tego „stanu trzeciego” polskiej sceny, dobiegał coraz głośniejszy pomruk niezadowolenia. Bo przecież, w gruncie rzeczy, o co chodzi w każdej rewolucji? O to, że ci na górze przestają rozumieć, czego chcą ci na dole. A najczęściej chcą po prostu, by ktoś ich wreszcie wysłuchał.
I stało się. Bastylia została zdobyta. Nie za pomocą pik i muszkietów, ale kart do głosowania. Gilotyna, w tym wypadku statutowa, poszła w ruch i ścięła głowy niemal całemu Zarządowi. A żeby było sprawiedliwiej, pod ten sam nóż trafiła cała Komisja Rewizyjna – taki nasz Komitet Ocalenia Publicznego, który najwyraźniej sam wymagał ocalenia przed samym sobą. Zaiste, piękny to w swej prostocie mechanizm.
Na gruzach starego porządku wybrano nowego przywódcę. Naszego Robespierre’a, który – jak każdy rewolucyjny lider – obiecuje teraz zaprowadzenie porządku, cnoty i transparentności. Zamiast Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela będziemy mieli nowe regulaminy i uchwały. Zamiast kultu Istoty Najwyższej – kult „dobra wspólnego” i „interesu środowiska”. Brzmi znajomo, prawda? Zawsze tak brzmi.
Cała ta heca jest oczywiście fascynująca. Oto artyści, istoty z definicji indywidualistyczne, anarchiczne wręcz, wzięli się za zbiorowe działanie. Tyle że, jak uczy historia, każda rewolucja pożera własne dzieci. Faza radykalizmu jakobinów nieuchronnie prowadzi do termidoriańskiego przesilenia, a potem zjawia się jakiś Bonaparte, który robi porządek, wprowadza Kodeks i na koniec koronuje się na cesarza. Czekam więc z niecierpliwością na dalszy rozwój wypadków w naszym małym, teatralnym świecie.
Bo co jest prawdziwym wrogiem? Prawdziwym, nieśmiertelnym wrogiem jest biurokratyczna hydra. Można jej odcinać głowy, a one i tak odrastają, często jeszcze potężniejsze. Walka z nią to nie sprint, to wieczna, syzyfowa praca. Nowy Zarząd, pełen zapału i wiary, stanie teraz przed tą samą machiną, co stary. Przed tymi samymi papierami, statutami, konfliktami interesów i, co najgorsze, przed ludzką naturą, która wcale się nie zmienia od jednego głosowania.
Patrzę więc na tę naszą rewolucję z rozbawieniem i – a jakże – z odrobiną sympatii. Aktorzy odegrali wspaniały spektakl pod tytułem „Przewrót”. Owacje na stojąco. Teraz jednak kurtyna opadła i trzeba zacząć sprzątać scenę, a to już praca nudna, niewdzięczna i pozbawiona dramaturgii. I to będzie prawdziwy test dla zwycięzców tej rewolucji. Czy potrafią być nie tylko Kordianem na Mont Blanc, ale i zwykłym administratorem kamienicy?
Konrad Szczebiot

Pingback: Gilotyna ścięła głowy niemal całemu Zarządowi! - BLOG Grzegorza Kempinsky'ego | BLOG Grzegorza Kempinsky'ego