Z okazji dwudziestolecia Teatru Polonia, piętnastolecia Och-Teatru i rocznicy powstania Fundacji Krystyny Jandy na Recz Kultury, w urodzinowym czerwcowym prezencie w Och-Teatrze zaprezentowano spektakl „Biesiada u hrabiny Katłubaj” w reżyserii Magdaleny Piekorz. Adaptacja(łac. adaptare = przystosowywać), przystosowanie utworu li... More opowiadania Gombrowicza jest dziełem Jana Bończy-Szabłowskiego, który przed kilkoma laty pierwszy raz zmierzył się z tym tekstem, który wówczas wyreżyserował dla teatru TVP Robert Gliński.
Spektakl w reżyserii Roberta Glińskiego oglądałam w Gdyńskiej Szkole Filmowej jeszcze przed telewizyjną premierą. Obsada – dla przypomnienia – była doborowa. Hrabiną była Anna Polony, Starą Markizą – Barbara Krafftówna, Baronem Apfelbaumem – Bohdan Łazuka, Kelnerem i Kucharzem Grzegorz Małecki. Gombrowicza grał Piotr Adamczyk, była również Rita Gombrowicz. Z realizacji tamtego przedstawienia z 2017 roku zrealizowano film dokumentalny zatytułowany „Biesiada z Gombrowiczem”.
Oczywiście w opowiadaniu „Biesiada u hrabiny Kotłubaj” najważniejsze są ironia, kpina, sarkazm spleciony z większymi i mniejszymi zaprzeczeniami. Ale liczą się również konteksty, w które „ubierana” jest tocząca się opowieść. Gombrowicz dywaguje i stroi miny. „Biesiada u hrabiny Kotłubaj” to opowiadanie, które z dzisiejszej perspektywy może wydawać się moralizujące i „igrające” z rzeczywistością lat 30. ubiegłego stulecia. Tekst ten wymagał zatem precyzyjnego przykrojenia i swoistego nanizania formalnych chwytów. W kolejnej adaptacji Jan Bończa-Szabłowski wydobył swoją własną grę z Gombrowiczem. I po raz kolejny zrealizował marzenie zgodnie z nazwą swojej Fundacji Republika Marzeń. Zachował w tekście to, co stanowi istotę tej opowiastki, choć niespodzianek też nie brakowało.
Wersja pokazanej w Och-Teatrze na jubileusz teatrów Krystyny Jandy wystawiono została w 2020 roku w Teatrze Powszechnym im. Jana Kochanowskiego w Radomiu w reżyserii Magdaleny Piekorz. Reżyserka gościnną, warszawską wersję lekko przykróciła i biesiada toczyła się niczym kula śnieżna od postaci do postaci. Ale nim odezwali się gombrowiczowscy bohaterowie wybrzmiały dźwięki rzewne wiolonczeli w wykonaniu znakomitego instrumentalisty, profesora Marcina Zdunika. Prowadził on muzycznymi frazami jak swoistym dźwiękowym komentarzem postacie, sytuacje i zdarzenia. To bardzo ciekawy pomył inscenizacyjny i muzyczny stylizowany atut widowiska. Kiedy milkną dźwięki wiolonczeli pierwszym na scenie staje się Jan Peszek w roli Hrabiny Marii Kotłubaj, który włączać będzie w opowieść kolejne persony. Wszystko zaczyna się przy stole w trakcie piątkowej, postnej biesiady. Zatem Hrabina Peszek, Markiza (Jacek Fedorowicz) i Baron Apefelbaum (Jerzy Bralczyk) muszą przetestować smaki podawanych przez Kucharza (Tomasz Jachimek) potraw. Czy marchewka będzie tak samo smakowita jak zupa, w której praktycznie nie ma nic, co stanowiłoby istotę smaku. A kalafior, główne danie, czy zaspokoi wyrafinowane arystokratyczne gusta? Bo ważny jest smak we wszystkim – w potrawach i rozważaniach nad esencją życia arystokratów i plebejuszy. Podobnie ważny jest smak w prowadzonej w salonie hrabiny rozmowie. Rozważania te wszak niosą gombrowiczowską satyryczną gorycz, swoiste zmaganie się z przesądami głoszonymi cynicznie, bez zahamowań. To jest dręczące w tej młodzieńczej opowiastce pisarza.
Hrabina Maria w pomyśle reżyserki i Jana Peszka była niczym magiczna, ale i śmieszna wielkość arystokratyczna w ruchomej peruce, w krynolinie na stelażu, którą łatwo było unosić (a ściślej podciągać), by pokazywać zalotnie nóżkę w buciku na obcasie. Dumna, wyniosła, staroświecka i groteskowa jest taka Hrabina, ale aktorsko porywająca. Rządziła w tym spektaklu. Ta rola Jana Peszka mieni się nastrojami, bowiem Hrabina drażni siebie i biesiadników tematami wzniosłymi, ową „polskością i arystokratycznością”, które były momentami jak rekwizyty w źle umeblowanym salonie. Peszek był uwodzicielski i delikatny, ale też prowokacyjnie zaborczy. On prowokował Markiza, Barona, ale również Gombrowicza, który w tym spektaklu wystąpił w trzech osobach. Zagrali mistrza od „Operetki” Krzysztof Szczepanik, Szczepan Kajfasz i Łukasz Stawowczyk i stworzyli pełen napięć i istotnych komentarzy tercet dla gwiazd specjalnie zaproszonych do tego przedstawienia.
Jacek Fedorowicz jako Stara Markiza tchnął umiarkowanie życie w tę postać, za to w głosie i w ruchach zademonstrował cudowny dystans. Kostyczna, wysoka, bardzo szczupła i jakby mało przystępna była ta Markiza. Smakowała potrawy serwowane przez Kucharza nad wyraz ostrożnie i z pewnym wstrętem. Z taką wyrafinowaną ostrożnością komentowała też tyrady szalejącej i ekspresyjnej Hrabiny. Patrzyła na jej „wybryki” chłodnym okiem. Dzięki temu Baron Apfelbaum mógł nieco cieplej, choć dosadnie i jednoznacznie dopowiadać kwestie w sporze z Hrabiną. W roli Barona profesor Jerzy Bralczyk czuł, że język i słowa są jego siłą. I był przekonywający. To wszystko jednak postacie „uwikłane w tradycyjne role i zasady, które tracą swój autentyczność” uważał Gombrowicz. Ale ostatnia tyrada w tym spektaklu należy do kucharza. To wstrząsający monolog Tomasza Jachimka, który zazwyczaj jest stand uperem i rozśmiesza publiczność. Tym razem jego kucharski „wykład” o wartościach i sensach życia zabrzmiał złowieszczo. I nawet nie przeszkadzały mi pewne kłopoty artykulacyjne wykonawcy w tym wyrazistym fragmencie spektaklu. Zwykły kalafior w zupie przywołany razem z historią Bolka Kalafiora nie jest tylko surrealistycznym skojarzeniem.
Myślę, że taka obsada w kolejnej wersji „Biesiady u hrabiny Kotłubaj” zasługuje na zarejestrowanie przez TVP, bo to nie lada gratka obserwować tak niekonwencjonalną teatralizację. Żywiołowość kolejnej gry z Gombrowiczem zarówno reżyserki Magdaleny Piekorz jak i aktorów o silnych scenicznych charakterach, którzy zagrali w pomysłowych kostiumach Dominik Żłobińskiej, to teatralne zdarzenie warte utrwalenia.
Alina Kietrys
[Fot. Robert Jaworski/ Teatr Polonia]