Autoryzowane fragmenty wykładu Tomasza Miłkowskiego o Antonim Słonimskim – krytyku teatralnym, wygłoszonego podczas otwartego spotkania Klubu Krytyki Teatralnej w ramach 39. Spotkań Teatrów Jednego Aktora w Toruniu:
Kiedy się zaczyna rozmawiać o Antonim Słonimski jako krytyku teatralnym, od razu pamięć podsuwa dziesiątki bon motów, które ukuł, celnych i trudnych do podrobienia ciosów, które zadawał miernotom, choć przy okazji zdarzało mu się czasem ugodzić boleśnie tych, których po prostu nie cenił albo nie doceniał.
Czytano i czekano na recenzje Słonimskiego z nadzieją, że komuś przyłoży. I z ciekawością, w jaki sposób złoi mu skórę. Niektórzy dziwili się, że wciąż tak uporczywie zjeżdża przedsięwzięcia, których nie akceptuje, przestrzegając, że to tylko mu przysparza wrogów. A przykładał już w latach 1913-1919 w tygodniku „Sowizdrzał”, a następnie w latach 1924-1939 w „Wiadomościach Literackich”.
Dlaczego przykładał, objaśnił w jednej ze swoich „Kronik tygodniowych” [1929], publikowanych na łamach „Wiadomości Literackich”, notabene należących do tekstów, na które Czytelnicy czekali z niesłabnącym zainteresowaniem, poniekąd flagowych – obok publicystyki Boya – dokonań tygodnika. Otóż swoją skłonność do zjeżdżania krytyk objaśniał w taki sposób:
„Nie mam w tym żadnej kalkulacji, ale nawet z punktu widzenia interesu lepiej się opłaca zjechać niż pochwalić. Pochwalę np. sztukę pana X. Zyskam sobie przez to wrogów we wszystkich jego kolegach i konkurentach, a on sam będzie miał pretensję, że go nie dość jeszcze pochwaliłem. Natomiast gdy zerżnę pana X., ucieszę tym wszystkich jego przyjaciół, rozraduję konkurentów, a wroga mieć będę tylkow jednym panu X„.
Trudno odmówić logiki temu rozumowaniu, chociaż warto się mieć na baczności. Słowa te wyszły spod pióra zawodowego kpiarza, autora tekstów kabaretowych, poety, malarza, dramaturga, artysty, który z lekkością prestidigitatora stąpał po cienkim lodzie środowiskowych porachunków. Jeśli się bowiem trochę zastanowić nad owym wyjaśnieniem powodów „rżnięcia”, to łacno zauważyć, że autor wymigał się od odpowiedzi (na pytanie, które sam sobie zadał), a przy okazji przyłożył autorom dramatycznym ryczałtem. Nie dziwota: współczesnych autorów sztuk wysoko nie cenił, z niewielkimi wyjątkami, choć dla literatury miał poważanie, a osobliwie do klasyki. Tak więc do powodów czujności krytycznej Antoniego Słonimskiego przyjdzie nam jeszcze wrócić.
Kiedyś próbowałem ułożyć typologię krytyki w Polsce i wtedy Antoni Słonimski wydał mi się nader wdzięcznym formatem, tak jak Boy czy Irzykowski. Dowodziłem bowiem, że w przyrodzie społecznej spotykamy cztery formaty krytyków: treserów, higienistów, imażynistów i amatorów. Kim są, do czego zmierzają?
Treserzy są śledziennikami, mającymi w ogólności za złe. Czerpią satysfakcję z wytykania błędów i demonstrowania ogólnego niezadowolenia. Uważają się za ludzi dowcipnych i nieprzejednanych. Zadanie recenzenta upatrują w tresurze. Im bardziej dokuczliwa, tym skuteczniejsza. Oczywiście, jak to w tresurze, niekiedy należy się nie tylko kij, ale i marchewka. Jednak kija używają częściej i chętniej. Ich gwiazdą przewodnią jest Antoni Słonimski.
Higieniści mają treserów za nic. Sami uważają się za sól ziemi, wyposażeni są bowiem w niezawodne wzorce i idee. To właśnie z punktu widzenia owych ideałów badają wytwory ducha, ich czystość. Jak panie higienistki w szkole sprawdzają, czy sztuka (polityka itp.) ma czyste ręce. I wedle tego kryterium wystawiają stopnie. Są choleryczni, łatwo wybuchają złością i obrażają się o byle co. Ale grzeje ich poczucie misji i nieprzekupność. Ich niedoścignionym wzorcem jest Karol Irzykowski.
Ani treserzy, ani higieniści nie znajdują uznania w oczach imażynistów. Obca jest im zarówno ortodoksja ideowców jak skłonność do natrętnego pouczania. Poszukują nowych bodźców dla swej marzycielskiej, poetyzującej wyobraźni – sztuka jest dla nich punktem wyjścia do wyrafinowanej gry skojarzeń, snucia własnych refleksji. Jeśli należą do ludzi utalentowanych, są po prostu artystami ukrywającymi się w przebraniu recenzenta. Jeśli natura talentu im poskąpiła, osuwają się nieuchronnie w czeluść grafomanii. Przewodzi im król słowa, Kazimierz Wierzyński.
Z dala od sporów treserów, higienistów i imażynistów lokują się amatorzy. Życzliwi twierdzą, że są franciszkanizmem podszyci, dobrze do świata usposobieni, muchy by nie skrzywdzili. Złośliwcy utrzymują, że brak im gustu, zadowolą się byle czym, słowem, że wprowadzają zamęt swymi westchnieniami do sztuki. W rzeczy samej lubią oni sztukę, ale nie każdą. Szukają odpowiedzi najpierw, o czym to jest, a dopiero potem, jak to jest zrobione. Starają się zrozumieć nawet błędy, ale kiedy naruszona zostanie granica dopuszczalności (tzn. sens przechodzi w bezsens) i oni potrafią zagrzmieć oburzeniem. Ich natchnieniem jest Tadeusz Żeleński Boy.
Tacy recenzenci, jacy słuchacze, widzowie, czytelnicy. Powiedz mi, kto jest Twoim ulubionym recenzentem, a powiem Ci, kim jesteś.
Dzisiaj jednak, choć z pewnym zadowoleniem przywołując ten wyidealizowany model krytyki, dostrzegam, że w wielu punktach okazuje się zawodny, a nawet niesprawiedliwy. Utwierdziło mnie w tym przekonaniu porównanie recenzji Boya i Słonimskiego. które podjęli (a działo się to prawie 15 lat temu) moi studenci z kursu „pisania o teatrze” w Akademii Teatralnej w Warszawie (wtedy jeszcze zwanej PWST).
Okazało się, że ich postawy były zbliżone, choć obierane sposoby ich wyrażania odmienne. Kiedyś prof. Eleonora Udalska wskazywała na wspólnotę pozycji Boya i Słonimskiego, zaliczając ich dokonania do nurtu impresjonizmu krytycznego. Warto od razu zauważyć, że urodzeni polemiści, często nieprzebierający w słowach, właściwie nigdy nie wchodzili sobie w drogę, co więcej, Słonimski niejednokrotnie podtrzymywał Boya w jego kampaniach publicystycznych, i co najwyżej pozwalał sobie na niewinne żarty z Boyem w roli głównego bohatera. Największą karierę zrobiła jego uwaga o planowanym pobycie Boya we francuskiej miejscowości Cognac. Najwyraźniej rozbawiony wiadomością o odczycie, który Boy wygłosił w mieście Cognac. „Boy w Cognacu to zaiste coś nowego” – pisał Słonimski. „Jak dotąd, koniak bywał w Boyu. Ma to wszelkie cechy rewizyty”.
Nietrudno wskazać na podobne doświadczenia biograficzne Słonimskiego i Boya. Obaj sposobili się do innych zawodów od potem wykonywanego (a właściwie wykonywanych), Żeleński miał zostać (i przez pewien czas był) lekarzem, Słonimski – malarzem, obaj przeszli przez szkołę kabaretu, obaj uprawiali (namiętnie!) publicystykę. O ile jednak Boy, pisał dość rozlewnie, wdając się w analizę społecznych i obyczajowych kontekstów tak dalece, że Jan Kott nazwał jego zbiór recenzji najważniejszą powieścią obyczajową międzywojnia, o tyle Słonimski skłaniał się do lapidarności.
Od Antoniego Słonimskiego trzeba się uczyć, bo warto. I to nie tylko zjadliwej lapidarności, jaką zademonstrował, recenzując komedię „Ćwiartka papieru” Victoriana Sardou na deskach Teatru Letniego w październiku 1936: „To nie była ćwiartka papieru. To była rolka”.
Trzeba się od mistrza Słonimskiego uczyć przede wszystkim prawdomówności albo wierności własnemu gustowi (bo bywał mistrz i niesprawiedliwy, łając bez pardonu na przykład Jerzego Szaniawskiego).
W tym duchu, a więc odkrywczo, do oceny dorobku recenzenckiego Antoniego Słonimskiego, uznawanego dość powszechnie za kpiarza, gotowego oddać ostatni grosz za udatny kalambur, podeszła Małgorzata Szpakowska (w poświęconym mu szkicu zamieszczonym w książce „Teatr i bruk”, 2006). Jak dowodzi autorka, Słonimski okazuje się moralistą, o w miarę postępowych zapatrywaniach (pacyfizm, sprzeciw wobec nietolerancji, racjonalizm), charakterystycznych dla kręgu „Wiadomości Literackich”. Owszem, szydził nierzadko, ale z miernot, wyznając program małych, ważnych cnót: „w społeczeństwie wyjątkowo zdeprawowanym i schamiałym należy bronić prymitywnych cnót”. Nic dodać, nic ująć – program minimum i na dziś sposobny. Słonimski zwykł drwić z głupich fars i dętych sztuczydeł, ale znacznie oględniej pisywał o tych, których cenił – o Schillerze czy Jaraczu, mniej życzliwie o Osterwie, którego nie cierpiał. Jedno jest pewne: nie brakowało mu samodzielności (czasem nawet arogancji) w sądach, nie podpierał się protezami autorytetów, dzięki czemu był czytany.
Czasem w niezwykle oryginalny sposób odkrywał istotę aktorstwa wybitnych twórców. Tak było w przypadku Jaracza, o którym w „Alfabecie wspomnień” pisał: „Jaracz(1883-1945), wybitny polski aktor; debiutował w 1904 w krak... More był aktorem gorącym, żywiołowym i takim też był w życiu”. Jaracza sławił nie tylko za majsterskie role, ale i za to, że nie stawiał na teatr gwiazdorski – jego Ateneum nie było teatrem jednej gwiazdy, ale jak to zachwalał Słonimski: „Jaracz umiał zdobyć i wychować zespół mocny i różnorodny”.
Przy okazji kreślenia sylwetki Słonimskiego autorka szkiców sięga po ciekawy zabieg – porównuje recenzje Boya, Irzykowskiego i Słonimskiego, wykazując dowodnie, jak w gruncie rzeczy niewiele z nich można się dowiedzieć o kształcie spektaklu. To zresztą wiecznie żywe zmartwienie historyków teatru. I chociaż zasadne, to nie oni są głównymi adresatami recenzji.
W języku Słonimskiego ujawniała się jego maestria, nawet jeśli nie wdawał się w zbyt dokładne dowodzenie swojej racji. Pewnie dlatego Stanisław Ignacy Witkiewicz napisał kiedyś o Słonimskim, że choć nie powinien uprawiać krytyki teatralnej, bo nie ma żadnych ugruntowanych kryteriów estetyczno-filozoficznych, to najbardziej go irytuje to, że „jeszcze do tego często ma rację”. Witkacego Słonimski nadmiernie nie cenił, ale doceniał jego kreacyjną siłę na pograniczu geniuszu, zaznaczając, że w Zakopanem był on zjawiskiem na miarę Giewontu i Morskiego Oka.
Nie wiadomo, co sprawiło, że Antoni Słonimski zajął się recenzjami teatralnymi, choć nigdy nie była to najważniejsza część jego twórczości. Boy recenzentem został całkiem z przypadku, zadecydowało o tym podjęte nagłe zastępstwo i utknął w teatrze po uszy.
Sam Słonimski we wstępie do autorskiego wyboru swoich recenzji, zatytułowanego „Gwałt na Melpomenie” (wybór przygotowany został przez poetę w roku 1974) nazywał się felietonistą teatralnym, a nie recenzentem. Ostrość swoich sądów tak uzasadniał;
„Autor nigdy nie pretendował do obiektywizmu, a zbytnią ostrość niektórych krytyk oraz emfazę pochwał,zwłaszcza w początkowym okresie, tłumaczy młodość autora i pasja bronienia praw literatury w teatrze. Stąd walka z merkantylizmem dyrektorów i dostawców repertuaru, ostre ataki na subwencjonowane teatry orazobrona Schillera i Teatru Jaracza jako pozycji ambitnych i służącychliteraturze„.
W tym samookreśleniu swojej roli jako recenzenta-felietonisty Antoni Słonimski był szczery. Tak właśnie postępował – boleśnie godził w tandetę, wynosił, czasem nad poziomy, artystyczny sukces.
Swoje poglądy pośrednio ujawnił w debiutanckiej powieści „Teatr w więzieniu” (niewznawianej od roku 1921), w której główny bohater, malarz Anatol tak określa swój stosunek do teatru:
„Anatol nie lubił widowisk teatralnych. Wielu przyjaciół jego, młodych pisarzy lub malarzy, zanurzało się po uszy w towarzystwo aktorskie, pragnąc błyszczeć w ten sposób choć słabym refleksem tych słońc, rozsiewających popularność wśród publiczności ówczesnej. Anatol sądził zupełnie szczerze, że dobre dzieło literackie jest dostatecznie pełne i zrozumiałe w książce: teatr nawet najlepszy brutalizuje zawsze obrazy poetyckie, patrzenie zaś na złe utwory, grane nawet jak najlepiej, jest zwykłą zabawą towarzyską (…)”.
Jakkolwiek nie należy traktować bohatera literackiego jako uosobienie autora (nawet uznając go za porte-parole), to jednak warto zauważyć, że bohatera „Teatru w więzieniu” recenzenci międzywojenni przyrównywali do Słonimskiego jako autora dramatów, utożsamiając ich poglądy. Jedno niewątpliwie rzuca się w oczy: przywiązanie Słonimskiego do prymatu literatury i traktowania literatury jako kośćca pacierzowego spektaklu. Może to się wydawać dzisiaj staroświeckim poglądem, ale adoracja literatury, w pełni zrozumiała u poety, Skamandryty, leżała u podstaw jego ostrej, niekiedy brutalnej krytyki. W jednej z jego recenzji można znaleźć zdanie:
„Pisząc o teatrze, uważać będę za swój obowiązek zatrzymywanie się tylko przed dziełami literackimi, negując prawie wszystkie preparowane dla teatru wytwory ubogiej fantazji członków Związku Utworów Dramatycznych”.
Nie ukrywał też swojego radykalnego krytycyzmu wobec tzw. łagodnej krytyki spod znaku „Nie trzeba przesadzać” – z bezkompromisową krytyką oczywiście. A ponieważ zapowiadałem, że „do powodów czujności krytycznej Antoniego Słonimskiego przyjdzie nam jeszcze wrócić”, zacytujmy więc jedną z najważniejszych deklaracji programowych Antoniego Słonimskiego-recenzenta:
„Często słyszy się na premierze różne zdania padające z ust recenzentów. Próżno by potem szukać tych opinii w sprawozdaniach. Atmosfera kłamstwa, politykowania i przymykania oczu na krzewiącą się tandetę jest w sferze literatury odbiciem w ogóle panujących u nas stosunków. Hasłem dnia dzisiejszego jest: „Nie trzeba przesadzać”.
Zły kierownik, redaktor nieuczciwy, płatny recenzent, głupi krytyk, marny reżyser – no to co? „Nie trzeba przesadzać. Wszędzie jest podobnie”.
Nie ma żadnych autorytetów w sztuce, niedobitki poważnej literatury wstydliwie chowają się po kątach. Państwo neguje potrzeby literatury, w różnych klubach rozsiadają się i przewodniczą próżniaki nałogowe – no to co? „Nie trzeba przesadzać”.
Oczywiście nie trzebaprzesadzać i nikt nie żąda od Boya, aby był rewolucjonistą i zajmował się sytuacją zabagnionych spraw literackich. Ale nie trzeba też przesadzać w apatii i tolerancji. Kto wie, może przyjdzie niebawem do głosu nowe pokolenie ludzi, których wszystko naprawdę obchodzi, którzy w zetknięciu się z ludem pracującym nie zatracili świeżości odczuwania, którzy nie cenią nade wszystko wygody – ludzi, którzy będą przesadzali, którzy zażądają zdania rachunku za pohańbienie odwago i czystości słowa mówionego i drukowanego. Mało wtedy znajdą na swoją obronę nasi twórcy, tworzyciele opinii i inni „ludzie tymczasowi„.
Słowa te pisał poeta 9 maja 1926 roku. Trzy dni przed przewrotem majowym.
Tomasz Miłkowski
PS. „Słonimski zawsze wiedział, że to on ma rację, zawsze chciał mieć rację i nikomu ze swoich przeciwników nigdy żadnej racji nie był gotowy przyznać. I miał rację!„ [Kazimierz Koźniewski]
