Jak dla kogo, jak dla kogo – dla mnie nie, Kożuchowska nie zaskoczyła mnie w „Anieli”, bo też nigdy nie miałem wątpliwości.
To jeszcze jeden bonus z dzielenia krytycznej dzielni z teatrem. Raz film, raz teatr, najchętniej jedno i drugie, a im częściej czytałem haftowane nieszczególnie frymuśnym ściegiem ścieki na temat aktorstwa MK, tym chętniej wysyłałbym wszystkich do teatru.
Obejrzyjcie sobie, proszę, „Matkę Joannę,..”, „Dekalog” w Narodowym, albo „Szelę” na wiołdi (o „Miłości na Krymie”, „Kosmosie”, „Błądzeniu” nie wspominając), zanim znowu napiszecie o beztalenciu, jednej minie, czy takie tam.
To jest aktorzyca po prostu.
Może sobie być ikoną mody, perfum, high life’u, torebek i podróży. Bardzo dobrze, chyba Gośka to lubi, ale dla mnie przede wszystkim aktorzyca.
Wiedział to Demirski, wyczuł to; dowiedziała się Małgośka.
Może przez chwilę nawet się przestraszyła, mogła przestraszyć, ale to fighterka.
No i zawalczyła. No i wygrała.
W eko futerku z eko witkaca (kostiumy, świetne, Arek Ślesiński), we fryzurze cokolwiek przesterowanej, z jej głosem, z jej pazurem. Pazurem, a nie tipsem, Aniela-Kożuchowska tworzy jedną z ciekawszych kreacji serialowych sezonu.
Bo to jest w końcu rola, rólsko ojejku jejku.
Dziewczyna, która przechodzi swoją własną pop-dramę. Dużo w tym serialu nie tylko szlachetnych schematów, zapożyczeń, w sumie bajeczka, ale jeżeli ogląda się jako bajkę, nie ma wstydu. Tak bym radził: nie społeczne tło, ale bracia Grimm śmigający w bejsbolówce z orzełkiem NIKE po Grochowie. Tak to oglądałem, i tak mi dopiero kliknęło.
Ale kliknęło przede wszystkim dzięki Gośce (chociaż i Muskała, i Poniedziałek, i Pławiak, i Frajczyk na bdb).
Zapamiętamy tę Anielę, naiwną cwaniarę, przymuloną divę, dowcipną, czasem seksi, czasem maxi.
Aniela: można przegrać wszystko, ale nie zostać przegrywem.
Kożuch przegrywem nie będzie nigdy.
Łukasz Maciejewski
