BACCHUS W BUFECIE TEATRALNYM, CZYLI O TYM, ŻE NIE WSZYSTKO SIĘ ZMIENIŁO
Czyli o raporcie naukowym, który odkrył, że w teatrze piją.
Przeczytałem ostatnio raport naukowy o alkoholu w polskim teatrze (copyright by Instytut Teatralny) i pomyślałem sobie, że gdyby ten sam zespół badaczy zajął się odkrywaniem, że woda jest mokra, prawdopodobnie otrzymaliby na to grant z Ministerstwa Nauki. Trzysta pięćdziesiąt cztery strony o tym, że w teatrze piją alkohol! Kto by się tego spodziewał!
Ale żarty na stronę. Raport ten, choć odkrywa oczywistości z precyzją chirurga operującego słonia, ma w sobie coś fascynującego. Bo pokazuje, jak bardzo zmieniło się podejście do rzeczy, które kiedyś były po prostu częścią teatralnego folkloru.
Pamiętam czasy, kiedy butelka w garderobie była tak naturalna jak pudełko z pudrem (czy dziś jeszcze puder jest w garderobach oczywisty?). Nikt nie robił z tego problemu, a już na pewno nikt nie prowadził badań na temat „funkcji społeczno-integracyjnych alkoholu w środowisku artystycznym”. Po prostu czasem się piło – po premierze, po udanym spektaklu, po nieudanym spektaklu, w święta, w żałobie, dla rozgrzewki, dla ochłody. I jakoś świat się nie walił. A nawet od czasu do czasu powstawały jakieś sceniczne pamiętane do dziś arcydzieła. Sam nawet dziecięciem będąc uczęszczałem regularnie z powodów rodzinnych do niezgorszej szkoły picia w mieście B. Później z prolongatą na wystawienia oficjalnych dokumentów (finis coronat opus) kilka ładnych lat uczęszczałem sumiennie do innej szkoły (wyższej!) w mieście W, mającej specjalny „wydział” na ulicy Podwale poświęcony tylko temu zagadnieniu („uczył Marcin Marcina”), więc coś tam (historycznie, bo zdrowie już nie pierwsze) na temat poruszany w raporcie wiem…
Teraz, jak czytam, 62% respondentów przyznaje, że widuje w pracy osoby pod wpływem alkoholu. Tylko 62%! Pozostałe 38% albo pracuje w innych teatrach niż ja kiedyś, albo ma problemy ze wzrokiem. Albo – co najbardziej prawdopodobne – nie wie, co to znaczy „być pod wpływem alkoholu” w kontekście teatralnym.
Bo widzicie Państwo, w teatrze zawsze obowiązywała inna matematyka niż w urzędzie skarbowym. Kieliszek wina po premierze to nie to samo co kieliszek wina w biurze księgowym. Koniak przed wyjściem na scenę z tremą to nie to samo co koniak przed spotkaniem z klientem. W teatrze alkohol był częścią rytuału, atmosfery, sposobem na przełamanie lodów między ludźmi, którzy jutro mieli razem płakać, śmiać się i umierać na scenie.
Oczywiście, były też te gorsze strony. Raport wymienia przypadki molestowania seksualnego, przemocy, nadużyć. I tu trzeba powiedzieć jasno: to nie jest wina alkoholu. To wina ludzi, którzy używają alkoholu jako wymówki dla swojej podłości. Alkohol nie czyni nikogo gwałcicielem – najwyżej ujawnia, kim ktoś naprawdę jest.
Ale co mnie fascynuje w tym raporcie, to jak bardzo zmienił się język opisu. Kiedyś mówiono: „Kowalski znowu przesadził na bankiecie”. Teraz pisze się: „Zaobserwowano przypadek nadmiernej konsumpcji substancji psychoaktywnych w kontekście wydarzenia towarzysko-zawodowego”. Kiedyś: „Nie wychodź na scenę, bo śmierdzisz wódką”. Teraz: „Zidentyfikowano przypadek potencjalnego zagrożenia bezpieczeństwa związanego z funkcjonowaniem pod wpływem alkoholu w czasie wykonywania obowiązków zawodowych”.
To, co było ludzkie, stało się naukowe. To, co było problemem do rozwiązania między ludźmi, stało się przedmiotem badań i raportów. I nie mówię, że to źle – przeciwnie! Może rzeczywiście trzeba było kiedyś więcej mówić o tym, że nie wszystko, co artystyczne, jest dozwolone. Że artysta też ma swoje granice i obowiązki.
Ale jest w tym wszystkim jakaś ironia. Bo raport, chcąc pomóc środowisku teatralnemu, równocześnie je demitologizuje. Pokazuje, że teatr to nie jakiś magiczny świat, gdzie inne reguły obowiązują, tylko zwykłe miejsce pracy, gdzie ludzie mają swoje problemy, słabości i gdzie czasem się dzieje źle.
Z jednej strony to dobrze – bo może wreszcie ktoś pomoże tym, którzy tej pomocy potrzebują. Z drugiej strony – czy teatr, który będzie funkcjonował według zasad BHP i kodeksu postępowania, będzie jeszcze teatrem?
39% badanych wie o nadużyciach pod wpływem alkoholu. To znaczy, że 61% nie wie albo nie chce wiedzieć. I może w tym jest jakaś mądrość? Może czasem lepiej nie wiedzieć wszystkiego, nie wszystko nazywać, nie wszystko problematyzować?
Ale dziś żyjemy w czasach, kiedy wszystko musi być nazwane, skategoryzowane, poddane analizie. Nawet to, że aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More wypije kieliszek wina przed spektaklem, żeby uspokoić nerwy. Teraz to już nie jest „sposób na tremę”, tylko „używanie substancji psychoaktywnych w celu regulacji napięcia emocjonalnego związanego z ekspozycją sceniczną”.
Ciekawe, co by się stało, gdyby ten zespół badaczy zajął się innymi aspektami teatralnego życia. Pewnie dowiedliby naukowo, że aktorzy się czasem kłócą („zjawisko konfliktów interpersonalnych w zespołach artystycznych”), że reżyserzy bywają wymagający („autorytarny styl zarządzania w procesie twórczym”) i że teatr to miejsce, gdzie emocje sięgają zenitu („podwyższony poziom afektywności w środowisku pracy artystycznej”).
Ale może też właśnie dzięki takim raportom młode pokolenie aktorów będzie miało łatwiej. Może będą wiedzieć, że nie muszą pić, żeby być częścią zespołu. Że nie muszą tolerować molestowania, bo „w teatrze takie rzeczy się dzieją”. Że mogą żądać normalnego traktowania, nawet jeśli są artystami.
I może w tym jest sens tego całego naukowego przedsięwzięcia. Nie w odkrywaniu, że w teatrze piją – bo to wiedzieliśmy od czasów Dionizosa. Ale w pokazaniu, że można o tym mówić, że można to zmieniać, że można zachować magię teatru, rezygnując z jego ciemnych stron.
Choć wciąż mam wrażenie, że gdyby Fredro żył i przeczytał ten raport, napisałby nową komedię. O zespole badaczy, który przez rok obserwuje teatr, żeby odkryć, że ludzie tam czasem piją wino. Przecież i czwarty (czy tam piąty) Wieszcz pisał: „Chopin, gdyby jeszcze żył, to by pił!”.
Konrad Szczebiot
PS. Namnożyło się ostatnimi laty wydziałów teatrologii jak królików. Podrzucam tedy licznym badaczom teatru temat wciąż jeszcze niezbadany – o wpływie różnorodnych wpływów na estetykę teatu (badania te, ale w innych dziedzinach sztuki, podjął wiek temu nieodżałowany Witkacy i z wiadomych powodów musiał porzucić). Podczas jednej z okołofestiwalowych rozmów z nieaktywnym już zawodowo genialnym reżyserem i pedagogiem W.S. z owego rodzinnego miasta B. rozmowa nasza zeszła na chaotyczność i mętność spektakli tworzonych przez najmłodsze pokolenie reżyserów. Mój rozmówca wtedy westchnął – wystarczyło wypić setkę czy dwie i każdy nasz spektakl stawał się zrozumiały, ale teraz młodzi już nie piją, a nadużywają zupełnie czego innego, więc i ich spektakli nie mamy jak zrozumieć.
