Cóż to za opowieść! Wsparta precyzyjną narracją, nafaszerowana błyskotliwym dialogiem. Z jednej strony – kolorowe czytadło, z drugiej – świadomie niedomknięty esej.
Takim mistrzowskim rzutem na taśmę wyróżnia się Witkacowska biografia autorstwa Przemysława Pawlaka (Wyd. Iskry 2025). Książka do smaku i do refleksji. Rzecz, która omija Bachtinowsko-Derridowskie repliki, wędrując chronologicznym duktem. Konterfekcik cudownego Anielątka prowadzi wedle porządku dat do Wrześniowych Zaświatów. Ale uwaga, uwaga! Cały ten klarownie wytyczony szlak niesie ze sobą bagaż temporalnych zakrętów.
Dzięki nim śledzimy i następstwo, i materię splotu zdarzeń. Tryb lektury wyznacza nie tyle faktograficzna segmentyzacja, ile współobecne wątki. Drogowskaz wędrówki tędy owędy stanowią tytuły kolejnych odsłon. Z nimi idziemy, przez nie skaczemy. Natomiast pomiędzy tkwią motywy szczególnego formatu, jak np. gorset ojcowski i matczyny parasol. Wspomniane już Anielątko na wichrach rozkręca Szalone wyprawy młodzieńca ubogiego, by mocnym akordem zaznaczyć cezurę: Umiera ojciec, powstaje syn i cienką linią smutku obramować dzień 3 grudnia 1931, kiedy odchodzi Maria Witkiewiczowa – rozdział: Pastelowy biznes w stolicy i w powiecie.
Nota bene portrety rodziców łączą soczysty koloryt, trafiając pospołu w sedno wizerunku Jedynaka Geniusza. Ale, kiedy ”pospołu” się oddala z powodu Tej Trzeciej oraz życiowych fikołków Stasia, ujawniają się rysy. Autor pisze o nich z właściwym całej książce faktograficznym rozmachem. Rzecz warta wielokrotnego czytelniczego grzechu, bo trzeba się cofnąć, coś podsłuchać, gdzieś raz jeszcze zajrzeć. A wszystko dlatego, żebyśmy odkryli nowe horyzonty Witkacowskich rejsów wzdłuż i wszerz eksplorowanych zdarzeń. I tak się właśnie dzieje.
Mama Staśka potrafi grać na wielu instrumentach nie tylko klawiszowych (…) Za swoje projekty zakopiańskich willi Witkiewicz przyjmuje symboliczne tylko honoraria, a najchętniej wykonuje je bez wynagrodzenia. Żona ma na jego podejście do pieniędzy znikomy wpływ. Musi sama gospodarować skromnymi dochodami tak, by mogli związać koniec z końcem. To oczywiście często spędza jej sen z powiek. Z konieczności liczy każdy grosz, wiecznie zajęta jakąś wełnianą robótką albo żywym inwentarzem. Wciąż udziela lekcji gry na pianinie.
Proszę państwa. Jeszcze do obrazu wklejmy sylwetkę Tej Trzeciej (Maria z Sobkiewiczów Dembowska), a zobaczymy Stasia, który żal wobec ojca dzieli z serdecznym uśmiechem dla matki. Oczywiście dociekliwy biograf w żal wplata też odcienie skrywanego uznania, zaś uśmiech maskuje zniecierpliwieniem. Powiem szczerze, że ja bym Stanisława Witkiewicza broniła chociaż w imię powieści Na przełęczy, ale rozumiem szlachetny ton subiektywizowanego obiektywizmu Przemysława Pawlaka. Gromadzony latami przez dociekliwego badacza materiał znakomicie łączy analityczne stop klatki, popularyzatorski zamysł oraz bardzo osobisty przekaz. Myślę sobie, że autor po prostu lubi Wielkoluda od Szewców. Każdy wizerunkowy szczegół fruwa w przymierzu z kalendarzem i emocjonalną baterią.
Cyzelowana topografia spisu rzeczy stosuje mechanizm otwartej chronologii. Zdarzeniowy zawrót głowy trzyma w pionie system cezur. Nie przypadkowych, a równocześnie nie arbitralnych. Po wariactwach Grand Tour księcia Huberta odsłaniają się kadry Nieznośnego lata 1914. Sceny przepołowione Bergsonowskim Élan vital i rozpaczą po samobójczej śmierci narzeczonej Jadwigi Janczewskiej. Epistolarny zapis mówi: „Dalej tylko wleczenie czegoś, co już sens utraciło dawno, zdaje się, że jeszcze przed tym okropnym nieszczęściem… Ściana łez, próg wojny, wyprawa na drugi koniec świata pod antropologicznymi wyzwaniami Bronisława Malinowskiego. Cóż więcej gadać. Gęsta cezura wymaga czytelniczej ciszy.
Zostawiam Państwu lekturową satysfakcję podróży linią różnorakich tropów mądrej, wnikliwej biografii Arcymistrza Witkacego. Książka Przemysława Pawlaka ujmuje strategią bezpośredniego opisu i zadziwia oświetlonym szlakiem znaczeń po wielekroć złożonych. A w dopełnieniu błyszczy świetna edytorska robota oficyny Iskry – projekt graficzny Andrzej Barecki, redakcja Agnieszka Dziewulska.
Jagoda Opalińska
P.S. Tekst się chłonie czytelniczym szusem. Natomiast ciąg dalszy wprowadza perspektywę frapujących powrotów, czego Państwu i sobie życzę.
