Księga skarg i zażaleń, czyli co nam zostało z teatralnej rewolucji
A cóż to za nowa komedia dell’arte(wł.), typ komedii powstałej we Włoszech, nazywanej m.in.... More, proszę ja Was, na naszej scenie teatralnej się odgrywa? Po tym całym wrzasku „me too”, po tych lamentach i trybunałach, wreszcie raczyła się ukazać książka pani Dzieciuchowicz, zatytułowana nomen omen „Teatr. Rodzina patologiczna”. Ale, ach, jakiż to figiel. Okazała się taką kastrowaną wersją (dawniej nazywało się toto pulardą), taką popłuczyną (zupa nic?), że pewnie i cenzorzy nieboszczki Polski Ludowej musieliby jeszcze się douczyć, by osiągnąć ten poziom. Mamy oto księgę, którą zamiast wywindować na piedestał schowano pod dywan, wycinając z niej, co tylko było zębate i konkretne – nazwiska, daty, okoliczności…
Ta sytuacja przypomina mi anegdotę z zamierzchłych czasów owego Peerelu, gdy pewien reżyser, duszę mając niepokorną i niespokojną (ach, te odwieczne polskie wady), wystawił sztukę, która miała coś do powiedzenia. Ale przydreptała z Mysiej cenzura i powycinała wszystkie niewygodne frazy. Na premierę przyszło kilka osób i przez godzinę obserwowało aktorów, co to na siebie w milczeniu spoglądali. Zapytany o wrażenia pewien krytyk odparł wtedy: „Nigdy nie słyszałem bardziej wymownego milczenia!”. I proszę, w tej naszej ponoć wolnej od kilkudziesięciu lat Polsce rozległo się znów to samo, najbardziej wymowne milczenie. Cały postęp w tym, że mając już nawet nie epokę teatru postdramatycznego, a teatru postteatralnego, owo widowisko czytamy w druku.
Bilans tej całej teatralnej rewolucji jest więc doprawdy groteskowy, choć niekoniecznie śmieszny dla wszystkich zainteresowanych. Najpierw trzęsienie ziemi, potem jazgot, komisje, śledztwa, a na koniec – cisza jak makiem zasiał i książka, w której miast konkretnych winowajców mamy jakieś mgliste figury retoryczne, a zamiast faktów – aluzje jak z wierszy Norwida. A wszystko to pod szczytnym hasłem ochrony dobrego imienia i domniemania niewinności. Jakże to pięknie brzmi. Tylko czy aby nie jest to ta sama śpiewka, która przez dekady chroniła różnych mataczy i szwindlarzy?
Ten bilans unaocznia nam też przypadłość nad Wisłą nader częstą – zrywny początek, a potem ugrzęźnięcie w bagnie procedur, lęków i układzików. Bo widzicie państwo, u nas rewolucje zawsze zaczynają się z fanfarami, a kończą na cichym kompromisie, który jest niczym innym jak kapitulacją bez wystrzału. Wołano gromko: „niechaj grzesznicy będą znani z imienia i nazwiska!”, a skończyło się na tym, że znamy co najwyżej inicjały i enigmatyczne opisy. Zupełnie jakby nasz teatralny światek był dworem Króla Słońce – wszyscy wiedzą, o kogo chodzi, ale nikt nie śmie tego głośno wypowiedzieć.
Najbardziej jednak w całej tej farsie fascynuje mnie nasza swojska specjalność – potrafiliśmy ruch społeczny przeobrazić w festiwal obłudy. Najpierw wielkie larum, potem potajemne wycofywanie się , a na końcu – powrót do starego ładu, tylko z nową etykietką. Teatry niby to zmieniły regulaminy, dyrektorzy odbyli jakieś tam kursy, ustanowiono wyspecjalizowanych rzeczników (znam przynajmniej jedną, posiadającą przymioty żony cezara, pełną rewolucyjnego zapału rzeczniczkę pewnej instytucji poświęconej edukacji przyszłych gwiazd sceny, która w innej instytucji teatralnej pełniła rolę zarządczą i sama była o niecne czyny oskarżana – cóż za ekonomiczne zarządzanie kadrami (nic tylko opatentować i sprzedać Tesli), ale czy coś się naprawdę zmieniło? Czy zmieniła się ta nasza środowiskowa mentalność, te hierarchie, ten system koterii i zależności? Pozwolę sobie na sceptycyzm.
Znamienne jest również to, że ci najbardziej gorliwi krytycy dawnych praktyk dziś jakoś zamilkli nad ocenzurowaną książką. A przecież to jest właśnie ten moment, kiedy powinni krzyczeć najgłośniej. A może całe szeroko rozlane i podzielone na liczne akty wzmożenie było lekko dęte i wyłożone na stół wymiaru sprawiedliwości karty w pewnej części okazały się napuszonymi blotkami miast asami i jockerami, i stąd owa ostrożność?
Tak więc bilans jest, rzekłbym, mocno ambiwalentny – z jednej strony pewne praktyki zostały nazwane po imieniu i potępione, a nawet tu i ówdzie coś niecoś się podobno zmieniło i złagodniało podczas prób, z drugiej – konkretni sprawcy pozostali anonimowi, a więc i de facto bezkarni. I jak tu nie przywołać słów starego Saliny: „Wszystko musiało się zmienić, żeby wszystko pozostało po staremu” (podobno znów do zobaczenia na Netfliksie i to bez korekty pochodzenia etnicznego sycylijskiego księcia)?
A ja, coraz już starszy tetryk i piernik (już niedługo wiek mój zrobi się całkiem stosowny do przyrodzonego charakteru), siedzę sobie w moim (uszatym!) fotelu i myślę, że może jednak coś tam drgnęło. Bo nawet ta koślawa nieco książka jeszcze dekadę temu nie miałaby szans na publikację.
Konrad Szczebiot
