Nieprawdopodobny sukces kryminałów prawniczych Grishama, których nakład przekroczył 300 milionów egzemplarzy, budzi zrozumiałe zaciekawienie. Na czym właściwie to polega, że te powieści, za które biorą się potem słynni reżyserzy filmowi, cieszą się tak wielkim powodzeniem? Dość przypomnieć takie tytuły jak: Raport Pelikana (reż. Alan Pakula, 1993), Firma (reż. Sidney Pollock, 1993) czy Fałszywa ofiara (reż. Robert Altman, 1998). Wprawdzie Król pozwów nie trafił na ekran, ale należy do tego samego gatunku utworów, utrzymanych w podobnej konwencji.
Najpierw warto sprawdzić powieść Grishama metodą amerykańską, to jest przeczytać pierwsze zdanie, potem wybrane na chybił trafił i jako trzecie zdanie ostatnie. Podobno niewzruszona zasada literackich taksatorów w USA głosi, że jeśli tak wyłuskane zdania nie zainteresują czytającego, książka nie nadaje sie do druku. To znaczy, wydrukować wszystko można, ale niewielu czytelników po taką książkę sięgnie. Tak też postąpił Yorick. Czyta zatem.
Zdanie inauguracyjne:
„Strzały, które podziurawiły głowę Dyni, słyszało co najmniej osiem osób”.
Zdanie na chybił trafił:
„Wyprawa dookoła wyspy zajęła prawie cały dzień”.
I zdanie ostatnie:
„Gdzieś nad Nową Funlandią rozłożyli kanapę, wyciągnęli się pod kocem i smacznie zasnęli”.
I rzeczywiście, zdanie pierwsze zaciekawia, od razu wprowadza w świszcącą kulami akcję. Drugie zdanie sprawia, że czytelnik łapie oddech, a ostatnie pozwala z zadowoleniem zamknąć książkę.
A więc wszystko sie zgadza, wszystko zgodnie z regułami. Opowieść o absolwencie renomowanej uczelni, najpierw robiącym karierę w kancelarii ojca, a potem więdnącym jako obrońca z urzędu, króry nagle przeistacza się w rekina pozwów zbiorowych intryguje, choć przecież tylko potwierdza po raz kolejny, że mit amerykańskiego marzenia, od pucybuta (no, nie przesadzajmy, to jednak chłopak z elity) do milionera (nawet multi) ma się dobrze. Okazuje się, że pieniadze leżą na ulicy, a utalentowani, a przy tym dobrze poinformowani prawnicy potrafią zrobić użytek z ukrytych wad produktów albo skutków ubocznych leków, przypuszczając szturm na zasoby ich producentów, którymi dzielą się z pozyskanymi klientami w postaci wynegocjonowanych odszkodowań.
Opowieść podlana nienastrętną moralistyką, że pieniądze szczęścia nie dają, a miłość jest najważniejsza, toczy się wartko. Może specjalnie odkrywcze to nie jest, ale napisane sprawnie, intelibgentnie powiązane, z należnym odcieniem ironii, a nawet sarkazmu. Czesem tylko Grishamowi zdarza się przynudzać, wszak prawnikowi z wykształcenia i pierwszego zawodu, kiedy nie może się powściągnąć w opisywaniu zawiłości stosowanych sztuczek i procedur w dochodzeniu do fortun zdobywanych, co tu kryć, niekoniecznie czystymi metodami.
Tak czy owak, wciąż czyta się to chętnie i szybko, pytajac samego siebie: i co dalej?
Cóż, Grisham nadal pisze.
Yorick
KRÓL POZWÓW Johna Grishama, tłum. Andrzej Leszczyński, Świat Książki 2004.

Wybierajcie starsze wydanie Amber, Jan Kraśko jako tłumacz to cymelium czytelnicze…! Wiem, wiem – internet
albo antykwariat. Frajda z obcowania z doskonałym przekładem jest bezcenna