Sobotni felieton Konrada Szczebiota
Teatralny absurd konkursowo-bezkonkursowy
Ach, ta nasza władza (mam na myśli ostatnie kilkadziesiąt lat – podkreślam asekuracyjnie)! Zawsze potrafi zadziwić, szczególnie gdy zabiera się za sprawy kultury. Czyż nie jest to urocze zjawisko – ogłasza się konkursy na dyrektorów teatrów, by zaraz potem, gdy wiatr zmieni kierunek, mianować kogoś „z teczki”, bez konkursu? I wszystko to podobno w imię dobra kultury narodowej.
Obserwuję ten teatr (i to nie na scenie, lecz w gabinetach marszałkowskich, rajcowskich i ministerialnych) z mieszaniną rozbawienia i irytacji. Logika? Ależ skąd! Logika w tych decyzjach jest równie obecna, co trzeźwość na imieninach u wuja Stanisława. Dziś konkurs jest święty (bo wolność, równość i braterstwo), jutro zaś niepotrzebny, bo akurat „sytuacja nadzwyczajna” wymaga natychmiastowej nominacji. A co to za sytuacja? Ano taka, że jest ktoś, komu trzeba dać stołek.
A cóż to za osobliwe zjawisko te „konkursy zamknięte”? Określenie to jest wyjątkowym okazem nowomowy urzędniczej, bo w naszym prawodawstwie nie istnieje. Jest to wynalazek równie absurdalny, co kwadratowe koło. Tyle tylko, że poręczniejszy, bo daleko na nim można zajechać. Konkurs z definicji jest otwarty, bo inaczej jaki to konkurs? Ale nasza władza, w swojej nieograniczonej kreatywności, potrafi nawet to, co niemożliwe – organizować konkursy, których nikt nie widział na oczy, do których nikt się nie mógł zgłosić, a które podobno się odbyły. Mamy na to oczywiście dowody na papierze, ale jak mawiają w sąsiednim siole: papier przyjmie więcej niż X (ten portal, nie promienie odkryte przez Roentgena). Te tajemnicze procedury przebiegają za zamkniętymi drzwiami, bez ogłoszeń, bez komisji znanej (przed) opinii publicznej. Istny teatr cieni, gdzie zwycięzcą zostaje ten, kto już na początku miał wygrać (wszak olbrzymie szanse mieli wszyscy starannie wyselekcjonowani zaproszeni).
Władza naszej udręczonej ojczyzny ma doprawdy niesamowity talent do tworzenia z procedur demokratycznych jakiejś dziwacznej gry w kotka i myszkę. Ogłaszają konkursy z pompą i fanfarami, by potem, gdy wynik nie pasuje do planów, znaleźć genialny w swej prostocie powód, dla którego akurat w danym przypadku konkursu organizować nie trzeba. Albo jeszcze lepiej – ogłosić, że konkurs nie powiódł się „z przyczyn formalnych”. Jakie to przyczyny? Raz te, raz inne, niemniej dlaczego te, a nie inne akurat tym razem tak, a wczoraj jeszcze nie, to już tajemnica równie głęboka, co sens wielu współczesnych inscenizacji teatralnych.
Ale największy absurd polega na tym, że to wszystko dzieje się pod sztandarem transparentności i uczciwości. Czysta groteska, której nawet Mrożek by lepiej nie wymyślił. Nominacje bez konkursu są przedstawiane jako akt(łac. actus = czyn) część dramatu, będąca względnie s... More odwagi i wyraz troski o instytucję, „konkursy zamknięte” jako forma sprawiedliwości i merytokracji, a konkursy otwarte – jako dowód demokratycznego podejścia. I tak w kółko, zależnie od tego, kto ma być beneficjentem.
Ta teatralna szopka kadrowa świetnie obrazuje stosunek władzy do obywateli – jesteśmy publicznością, która ma bić brawo, gdy kurtyna opada, niezależnie od tego, jak fatalny był spektakl. Tymczasem prawdziwy teatr cierpi, bo zamiast dyskutować o sztuce, dyskutujemy o tym, kto i jak został dyrektorem.
Cóż, pozostaje śmiać się przez łzy i czekać na następny akt tej tragifarsy. Bo jak mawiał pewien znajomy reżyser – najgorsze spektakle to te, które dzieją się nie na scenie, lecz za kulisami.
Konrad Szczebiot
