Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Zachodzenie

Maciej Pinkwart poleca Nikczemnego narratora Juliusza Machulskiego.

Może jest ktoś, kogo nie bardzo lubicie, a będzie u Was na Wigilii i wypada dać mu prezent? Najlepiej żeby był to kinoman, miłośnik Seksmisji, Vabanku, Kingsajzu, Killerów, Vinci, Volty i innych doskonałych filmów. I może też twórczości Olgi Tokarczuk, koniecznie naraz. To kupcie mu najnowszą powieść Juliusza Machulskiego Nikczemny narrator.

Ale jeśli spodziewacie się, że będzie u Was na Wigilii ktoś, kogo lubicie i kto też jest miłośnikiem wspomnianych dzieł – najnowsza powieść Machulskiego też będzie dobrym prezentem.

Bo Nikczemny narrator (dość czytelne przeciwstawienie się wykładowi noblowskiemu Olgi Tokarczuk, która tam namawiała ludzi, by stali się czułymi narratorami) jest zarazem kiczem, jak i pastiszem, powieścią kryminalną i erotykiem, interesującym spojrzeniem od wewnątrz na środowisko polskich filmowców, jak i wspomnieniem z szalonych lat 90-tych, kiedy to powstawał polski kapitalizm… A jeśli w swojej książce pisarz chce zawrzeć wszystko, zwykle takie wszystkoistyczne dzieło będąc dla wszystkich zazwyczaj będzie dla nikogo. Ale tym przypadku jednak jest inaczej.

Przyznaję się do tego, że o Machulskim-pisarzu dowiedziałem się stosunkowo niedawno. Lubiąc i znając niemal na pamięć wiele jego filmów z wielkim zainteresowaniem sięgnąłem po Nikczemnego narratora, choć tytuł mocno mnie zniechęcał przez swoją sztuczność i poniekąd archaiczność: kto dziś jeszcze używa słowa nikczemny? Poza mną i jeszcze paroma starymi filologami? Ale w reklamowych informacjach podawano, że to celowy zabieg, a tak naprawdę, to jest po prostu powieść kryminalna, środowiskowa, ukazująca od środka społeczność polskich filmowców, doskonale znane autorowi, który jest w nim jedną z czołowych osobistości.

No i z tym przeświadczeniem sięgnąłem po powieść. Tytułowy narrator obficie czerpie z biografii Juliusza Machulskiego, choć oczywiście nie jest to w najmniejszym stopniu zapis autobiograficzny. Fakty mieszają się tu z fikcją, prawdziwe i doskonale znane postacie ze światka filmowego współistnieją z osobami realnymi, ale z dalekich planów, znanymi tylko przedstawicielom tego środowiska oraz z bohaterami całkowicie fikcyjnymi. I już to jest bardzo ciekawe.

Młody scenarzysta, mający za sobą dopiero dwa zrealizowane filmy i starający się o pozyskanie reżysera do trzeciego kończy pierwszy semestr pracy jako wykładowca nauki pisania scenariuszy w jednej z uczelni w Nowym Jorku. Jest połowa lat 90-tych, Polska dopiero wchodzi w okres transformacji. Komputerów prawie nie ma, Internet raczkuje, telefony komórkowe w postaci ogromnych cegieł mają tylko niektórzy, bardzo bogaci ludzie. Pisarz na kilka tygodni wraca do Warszawy, zmotywowany telefonem zaprzyjaźnionego reżysera, obiecującego mu ewentualną współpracę przy filmie o wdzięcznym tytule Torsje. Spodziewa się, że ów reżyser będzie na niego czekał na Okęciu, ale zamiast Eryka pojawia się jego przepiękna i bardzo młoda asystentka.

Jest agresywnie bezpośrednia, scenarzysta stara się za nią nadążyć w młodzieżowości, w efekcie ten pierwszy dialog jest taki nędzny i taki drewniany, jakiego dawno nie widziałem w żadnej powieści.

Może mówmy sobie po imieniu? – zaczęła z innej beczki.

O! Szybka pani… szybka jesteś! Okej! – zgodziłem się, żeby nie wypaść na zgreda.

Nelia jestem – powiedziała, wyciągając rękę.

To już wiem. – Podałem jej swoją. – Nelia to to samo co Noëlia?

Nie. To zdrobnienie od Kornelii.

No dobra. Jestem Kamil.

Wiem, jak masz na imię. Za mną, Kamil! – zakomenderowała.

(…)

Eryk prosił, żebyś tylko zostawił bagaż i dołączył do niego.

Aha? A mogę chociaż umyć ręce?

Przyznam się, że chciałem nieco zaszpanować bystrymi ripostami, jak na scenarzystę przystało.

Jasne! – Nelia była wspaniałomyślna. – Mogę poczekać z pięć minut.

Naprawdę? O! To super, ale może to potrwać dłużej, bo pewnie żona na mnie czeka.

Spoko wodza! Pani Krystyna też tam będzie.

W tym momencie chciałem rzucić książkę w kąt i nigdy już do niej nie wracać. Ale po pierwsze – czytałem to w postaci e-booka na komputerze, no a rzucanie komputerem w kąt nie było dobrym pomysłem. Po drugie – nie mogłem uwierzyć, że twórca SeksmisjiVabanku czy Kilerów mógł nieświadomie napisać taki zły tekst. A jeśli napisał go świadomie, to musi w tym być jakiś głębszy cel, którego na razie nie widać, ale może się z czasem ujawni. W dodatku w czymś, co wydawało się niestrawnym zakalcem, pojawiały się zabawne rodzynki, przypominające o tym, że jednak mamy do czynienia z Machulskim. Oto urzeczony urodą Nelii, Kamil myśli o niej: Fuckable, jak by powiedział mój student Dimitri. Zaś wspominając Eryka ocenia, że reżyser ma ego przerośnięte jak prostata. Szczególnie podobało mi się to:

Po nowojorskiej różnorodności w  kolorze skóry wszyscy dookoła wydawali mi się jednakowi. Płaskie, słowiańskie twarze, często z wąsami. Takie same owczarki nizinne! „Jak oni się rozpoznają?” – pomyślałem.

Sporo było też związków intertekstualnych i oczywistych w tym przypadku anegdotycznych nawiązań do filmów, także tych naprawdę zrealizowanych przez Machulskiego. Tropienie ich było interesującą zabawą.

Więc czytałem dalej. Kolejne dialogi, narratora z żoną Krystyną, a potem z reżyserem Erykiem były już trochę lepsze, choć i tu znajdowały się takie kwiatki:

No mów, Krysiu. Wydobądź wreszcie ten sekret enigmy z oparów tajemnicy.

– Wszyscy są tacy trochę nikczemni. Te kobiety, które kupczą swoim ciałem…

Ale potem akcja zaczyna przyspieszać, dialogi stają się bardziej strawne, a powieść wciąga tak, że trudno się od niej oderwać, choć co jakiś czas irytowało mnie coś, co nazwałbym nowoczesnością na siłę. Już nie tylko chodzi o epatowanie wulgaryzmami, które w latach 90. nie były jeszcze takie popularne, jak dzisiaj. Podobnie jak skrótowce, które pojawiły się dopiero gdzieś tak koło 2010 roku, kiedy to zaczęto jeździć do Zako, znajomym mówiono cze, a nie cześć, zamiast do zobaczenia mówiono dozo, zamiast na razie – nara, a chcący być aprobowani przez młodzież katecheci podobno mawiali No to pochwa…

Irytowały mnie też sztuczności, które nie były oczywiście błędami, ale raziły: mej zamiast mojej, gdyż zamiast bo… I kilkakrotnie użyte słowo zachodź! będące udawanym prowincjonalizmem lub archaizmem, które przypomniało mi, jak to Stefan Siara-Siarzewski witał się z Jurkiem Kilerem… Jednak już niebawem narracja stała się szybsza i bardziej naturalna, więc odłożyłem myszkę i przestałem elektronicznym mazakiem zaznaczać to, co mnie irytowało, albo odwrotnie – co mnie rozśmieszało.

Po prawie pięćdziesięciu stronach wyjaśnia się, czemu Eryk Mokronowski wezwał narratora do Polski. Otóż w zamian za spore honorarium i obietnicę nakręcenia Torsji Kamil, zdolny autor scenariuszy filmów kryminalnych ma pomóc w rozwiązaniu niezwykłej zagadki: w odstępie kilku miesięcy w dość niejasnych okolicznościach zginęło blisko dziesięć osób z ekipy, która przeszło dwadzieścia lat wcześniej realizowała kaszana historycznego Zabić króla – film opowiadający o ucieczce króla Henryka Walezego z Polski. Eryk, który też był w tamtej ekipie, obawia się o swoje życie, tym bardziej, że motywy osoby, która aranżuje te morderstwa z pozoru wyglądające na zwyczajne wypadki są zupełnie niezrozumiałe. A on dostaje anonimy z pogróżkami.

Próby rozwiązania zagadki, na co po długich namowach Kamil przystaje, autor bardzo zgrabnie wiąże z osobistymi perypetiami narratora, który w tym samym czasie zostaje opuszczony przez żonę, traci mieszkanie, kilkakrotnie się zakochuje (przeważnie z kiepskim rezultatem), dostaje się do zespołu filmowego Jerzego Kawalerowicza, odwiedza kilka bardzo interesujących miejsc w Warszawie, Łodzi i na Mazurach, a w końcu znajduje wymarzoną kandydatkę na nową żonę, ale wraca do Nowego Jorku z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i nadzieją na szczęśliwy ciąg dalszy.

Ciekawe, że film pod tytułem Zabić króla istnieje naprawdę, ale jest to zrealizowany w 2003 r. film angielski, którego akcja toczy się w XVII wieku, a więc w sto lat po Walezym, w czasach króla Karola I, a głównymi bohaterami są Thomas Fairfax i Olivier Cromwell.

Powieść Juliusza Machulskiego zawiera interesujące post scriptum: to pełny scenariusz filmu Torsje, który nijak się nie ma do akcji Nikczemnego narratora (choć jest tam wielokrotnie wspominany), ale warto go przeczytać, choć informacja o tym, że film taki nie został przyjęty do realizacji zapewne nie zdziwi żadnego z czytelników.

Aha, nadal zachodzę w głowę, dlaczego powieść zaczyna się tak drewnianymi dialogami, jeśli w dalszych jej częściach już ich nie dostrzegłem. Musi to być jakiś środowiskowy dowcip.

Maciej Pinkwart

————————————

Juliusz Machulski, Nikczemny narrator, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2024, 592 strony.

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.