Nie babci, nie mamy, nie siostry filmowej.
Nie ciotuni, cioteczki, tylko właśnie ciotki.
Była taką świetną ciotką. Ironiczną, dowcipną, tak bardzo brytyjską, jak tylko możliwe.
Stereotypy, stereotypy, wiem, a jednak Maggie Smith udowadniała, że można to rozbrajać.
Wciąż z cup od tea, pod szyję zapięta, kapelutki z piórem.
I oczy bystre, wróbelka i jastrzębia. Tymi oczami wiele nam powiedziała.
Przekora i ironia, broń obosieczna.
Znamienne, nie pamiętamy jej prawie młodej. A przecież wtedy też już grała, zbierała nominacje do Oscarów i kolejne Bafty.
Była Desdemoną w „Otellu” Wellesa, piękna rola w „Suicie Kalifornijskiej”.
Nie, jednak nie. Nigdy nie była dziewczynką.
Maggie Smith to typ w jakimś stopniu podobny do Krystyny Feldman na przykład. Zawsze była sobą. Tą ciotką ulubioną, ironiczną, za nic mającą polityczną poprawność.
„Harry Potter” oczywiście, seria dała jej nieśmiertelność, ale profesor Minerwa McGonagal była sumą jej ról. Filmowych i, może przede wszystkim, teatralnych (nigdy o teatrze nie zapomniała, parę lat temu zagrała Panią Pomsel w sztuce Hamptona – w Polsce tę rolę gra Anna Seniuk w „Polonii”).
Mieszają się może te role, zagrała w tylu filmach przecież, uwielbiałem ją u Ivory’ego – w „Kwartecie”, w „Pokoju z widokiem”, ale i w „Śmierci na Nilu” Agathy Christie, w „Zakonnicy w przebraniu”, i w znakomitych partiach w filmach Agnieszki Holland – „Tajemniczy ogród” i „Plac Waszyngtona”. No, oczywiście, „Downton Abbey”.
Mieszają się role, ale może dopiero teraz uświadamiamy sobie, jak czekaliśmy na jej wejścia. Na pojawianie się na ekranie Maggie Smith, w małej rólce nawet.
Wchodziła, od razu uśmiech.
Gdybym potrafił sfotografować tę zbiorową reakcję, uzbierałoby się zapewne parę miliardów uśmiechów.
Były na dzień dobry, teraz na do widzenia.
Łukasz Maciejewski
