Gdyby ktoś przebadał naukowo, w jaki sposób pisane są recenzje książkowe, odnalazłby z łatwością trzy ich główne typy: pierwszy opisuje, co w książce jest, drugi wytyka, czego w książce nie ma, a trzeci ukazuje, jak by wyglądała książka, gdyby pisał ją recenzent, a nie autor. Nie ukrywam, że nieraz pociąga mnie ta trzecia opcja.
Próba biografii, jak pisze Ksenia Ładygin w podtytule swojej książki o Zofii Radwańskiej-Paryskiej, to próba bardzo udana, choć właściwie trudno ją umieszczać w kategoriach teatralnych – bo życiorys bohaterki to raczej materiał na wieloodcinkowy serial niż na sztukę, ani w kategoriach sportowych – bo to jedyna jak dotąd biografia tej wybitnej tatrolożki, botaniczki, pisarki i współtwórczyni Encyklopedii tatrzańskiej. Książka ukazała się niedawno, przeczytałem ją może nie jednym tchem, ale zaledwie w kilka dni i mam kłopot z jej opisaniem. Nie tylko dlatego, że od bez mała pół wieku Ksenia i Zbyszek Ładyginowie pozostają w wąskim kręgu moich przyjaciół, ale głównie dlatego, że Zofię i Witolda Paryskich znałem także przez kilkadziesiąt lat i przy lekturze wciąż mnie znosiło w stronę moich osobistych wspomnień. Ale wspomnienia to nie biografia. Podziwiam autorkę za to, że pisząc tę książkę nie poddała się urokowi własnych wspomnień, ocen, opisów osobistych kontaktów – a przecież znała bohaterkę prawie tak samo długo jak ja. A ja bym nie potrafił pisać o Paryskich z chłodnym dystansem badacza dokumentów, listów, fotografii, cudzych ocen, opinii – całego tego oprzyrządowania biografa, które przecież dobrze znam i stosuję wobec osób, których nie znałem i mam do nich dystans i czasowy, i zawodowy.
W efekcie w czasie lektury doznawałem dziwnego uczucia, że czytam o osobie, której nie znałem. Nie, inaczej: którą znałem bardzo powierzchownie, osobiście w niedobrym znaczeniu tego słowa – a o jej prawdziwym życiu, zwłaszcza tym w okresie, kiedy nie mieliśmy jeszcze bezpośrednich kontaktów, wiedziałem niewiele, albo – co gorsza – wiedziałem źle. I pewno dlatego tych emocjonalnych opinii własnych, których autorka w książce nie zawarła, trochę mi w książce brakuje. A przecież była nas spora grupka ówczesnej dwudziestoparo-, trzydziestoletniej młodzieży, ludzi zafascynowanych Tatrami i ich najlepszymi ówczesnymi znawcami, którzy jak satelity kręcili się wokół Paryskich: Wiesław i Jasia Wójcikowie, Halina i Zbyszek Mirkowie, Ksenia i Zbyszek Ładyginowie, Wojtek i Bożena Gąsienicowie Byrcynowie, Krzysiek i Aja Rettingerowie (o których Ksenia w książce nie wspomina, a byli dla Paryskich ważni – m.in. to u nich urządziliśmy seans spirytystyczny, na którym Zofia Paryska rozmawiała z duchem Wawrzyńca Żuławskiego), no i ja z żoną. I wszyscy, ile nas było, przychodziliśmy do Domu pod Jasieniami nie tylko po to (a na pewno – nie przede wszystkim po to), żeby się od nich uczyć, dowiadywać, wydobywać wiedzę, potrzebną nam do naszej pracy – ale po prostu po to, żeby pobyć z nimi, żeby cieszyć się kontaktem z osobami, które były przede wszystkim fascynującymi osobowościami, a dopiero potem taternikami, naukowcami, pisarzami. Zofia Paryska poznawana przez dokumenty, listy (zgromadzone w Archiwum Paryskich w TPN – nie wszystkie Kseni udostępniono, co jest dla mnie niezrozumiałe), cytaty z wcześniejszych publikacji – wydaje mi się niepełna, a może nawet nieprawdziwa. Ale to oczywiście wrażenie subiektywne, opinia człowieka, który podchodzi do tej lektury równie osobiście, jak do bohaterki i do autorki książki. Czytelnik, który zna Zofię Radwańską-Paryską tylko z lektury i niejako z legendy, jaką jej postać była otaczana w ubiegłym wieku, pozna osobę fascynującą, żyjącą długo i ciekawie, której dokonania wykraczają daleko poza standard opinii na temat wybitnych postaci zakopiańskich. Czy pozna ją tak, jak znali ją starzy zakopiańczycy? Oczywiście, nie. Osobistego kontaktu z takimi osobami nie da się zastąpić lekturą. I dlatego głównym uczuciem, jakie miałem po zamknięciu książki, był żal: Paryscy, Henryk i Anna Jostowie, Brzozowscy, Stefan Chałubiński, Kazek Dziób, Hasior, Włodek Cywiński… Nie ma już pod Giewontem z kim pomilczeć na wysokim poziomie.
Sto lat życia to spory kawał historii Polski. Oczywiście, dzieciństwo i młodość w czasach zaborów, dwie wojny światowe, kilka przeprowadzek, niełatwe relacje rodzinne – wszystko to powoduje, że w dokumentacji biograficznej są spore luki. Ale i tak dowiedziałem się mnóstwa rzeczy, o których nie wiedziałem, albo – co gorsza – wiedziałem źle. Stosunkowo mało dowiadujemy się o szkołach, kończonych przez Zofię Radwańską – zdaje się, że świadectwa się nie zachowały. A szukałem informacji o tym, jakie przedmioty miała bohaterka na maturze i z jakim skutkiem zdawała egzaminy, jak i gdzie uczyła się muzyki, jakie były jej lektury – była przecież świetną znawczynią literatury i sztuki. Z późniejszych, już zakopiańskich lat brakowało mi przy lekturze osobistych opowieści uzyskanych przez autorkę od innych niż taternickich świadków jej życia i działalności. Inna rzecz, że poszerzanie biografii o szczegóły z czasów młodości (nie mówiąc już o osobistych impresjach z tzw. naszych czasów) utuczyłoby mocno książkę, która i tak jest dość obszerna. Ciekawa byłaby też relacja o aktualnej ocenie jej dorobku naukowego, a także o tym, jak dziś postrzegana jest obecność społeczna i kulturowa Zofii i Witolda Paryskich w Zakopanem. Są tu pochowani na Pęksowym Brzyzku, mają swoją ulicę na Pardałówce, ich przepastne zbiory – biblioteka, dokumenty, rękopisy, fiszki bibliograficzne – trafiły do Tatrzańskiego Parku Narodowego, działa Fundacja ich imienia (ale poza Zakopanem)… Ale czy ich postacie nie pokrył w ostatnich latach cień zapomnienia? Książka Kseni Szczepanik-Ładygin cień ten na szczęście trochę rozprasza.
Treść podana jest mniej więcej chronologicznie, książka napisana jest doskonałym językiem i czyta się znakomicie (choć moje oczy protestowały przeciwko małej czcionce i niewielkiemu kontrastowi między drukiem a papierem). Dobrym uzupełnieniem są interesujące zdjęcia ilustrujące mniej więcej cały okres życia bohaterki biografii. Za dwa lata będziemy obchodzić (czy będziemy?) ćwierć wieku od jej odejścia.
Nawiązując do podanej na początku typologii recenzji, nie mogę nie wspomnieć początku i końca mojej znajomości z Zofią Radwańską-Paryską. Poznaliśmy się w 1975 roku na premierze kabaretowego spektaklu Ceperiada, którą nasz Teatrzyk Scherzo wystawiał w starej Szkole Muzycznej przy ul. Grunwaldzkiej. Namówiono mnie, żeby Paryskim wysłać zaproszenie, nie wierzyłem, że tacy poważni ludzie przyjdą do Teatrzyku Piosenki, ale przyszli i siedzieli w pierwszym rzędzie. Zaprosili nas wtedy do siebie i wkrótce zaczęliśmy bywać na Kozińcu. O tym Ksenia wspomina w swojej książce. Rok później, podczas premiery sztuki Western Paryscy otrzymali dedykowaną im naszą piosenkę Goryczki. A ostatnie spotkanie mieliśmy na kilka miesięcy przed śmiercią pani Zofii. Mieszkaliśmy wtedy już w Nowym Targu, w Zakopanem bywaliśmy tylko w pracy, a na Kozińcu od śmierci Witolda – wcale. Nie wiem, kto to spotkanie zaaranżował, czy była to inicjatywa pani Zofii, czy kogoś innego. Już nie wstawała z łóżka, więc poszliśmy na pięterko. Sama skóra na cieniutkich kosteczkach, taki tłumoczek w łóżku, niewiele większy od dzieciątka. Intelektualnie wciąż sprawna – ale fizycznie w zasadzie już jej nie było. Poznała nas, a jakże, ale mnie w ogóle nie słyszała, nawet jak mówiłem bardzo głośno. Lidki wyższy głos bardziej do niej docierał. O czym i jak w takiej sytuacji rozmawiać? Coś o szkole, coś o książkach… Bez sensu. W pewnym momencie kazała sobie poprawić poduszkę, trochę się uniosła i sięgnęła na stolik obok, na którym stało ładne zdjęcie Witolda. Wzięła to zdjęcie w cienkie, drżące palce i niespodziewanie wyraźnym głosem zaczęła recytować Pocałunki Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej:
Gdy się miało szczęście, które się nie trafia:
Czyjeś ciało i ziemię całą,
A zostanie tylko fotografia,
To jest – to jest bardzo mało…
Nie dało się powstrzymać łez.
I potem był już tylko Pęksowy Brzyzek.
Maciej Pinkwart
———————————–
Ksenia Szczepanik-Ładygin, Zofia Radwańska-Paryska (1901-2001). Próba biografii. Centralny Ośrodek Turystyki Górskiej PTTK, Kraków 2024, 256 stron.
