Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

W sercu ciągle maj

Przyznam szczerze, że na początku czytanie szło mi jak po grudzie. Nie dlatego, że książka zła, tylko dlatego, że – po pierwsze – miałem sporo własnego pisania, a po drugie – materia pierwszych rozdziałów, usytuowana w zamierzchłej przeszłości niespecjalnie mnie interesowała. Ale gdzieś tak w okolicy 200 strony złapałem wiatr w żagle i już dźwigałem tomiszcze (z trudem: waży przeszło 1200 gramów!) przed oczy codziennie. Sto stron później, czyli od czasów Kabaretu Starszych Panów już niemal nie mogłem się oderwać. Po stronie 586 były już tylko przypisy i indeks nazwisk, więc książkę z żalem zamknąłem.

Maria Wilczek-Krupa pisze świetnie się czytające biografie osób, które należały do ekstraklasy polskiej kultury. Jest muzykiem i historykiem (dla miłośników feminatywów: muzyczką i historyczką), więc zapewne tematyka muzyczna jest jej najbliższa, choć to nie jest pewne: ja, jako egiptolog, najbardziej interesuję się fizyką kwantową i uważam, że słowo amator nie oznacza nieprofesjonalisty, tylko miłośnika. Ale w biografii Jeremiego Przybory, która ukazała się pod koniec 2023 roku pod uwodzicielskim tytułem Żuan Don autorka jest przede wszystkim znakomitą dokumentalistką. Momentami – znakomitą do tego stopnia, że sama daje się uwieść własnej skrupulatności, która prowadzi ją w taki gąszcz szczegółów, iż czytając musimy maczetą wycinać sobie w nim drogi powrotne do głównego wątku. Rzecz jasna, i w tym gąszczu są miejsca, w których rosną słodkie poziomki i pikantne papryczki artystyczne i obyczajowe. Nie należy zbyt szybko przerzucać kartek, bo może przy lekturze to i owo umknąć, a potem będzie trudno się połapać. Co więcej – autorka różne miejsca tego gąszczu faktów traktuje rozmaicie: jednych przyjaciół i niektóre kochanki Starszego Pana B. (Jerzy Wasowski zapewne z powodu wieku był Starszym Panem A.) lustruje do trzeciego pokolenia wstecz, inne osoby tylko od urodzenia. Dygresje są niekiedy co najmniej równie ciekawe jak główny wątek, dlatego z łatwością dajemy się uwieść (dobre słowo w odniesieniu do tej książki!) i sprowadzić na chwilowe manowce.

Jeremi Przybora żył długo i doświadczał polskiej historii dotkliwie i nieraz boleśnie, przechodząc przez co najmniej pięć epok. Nazywał siebie – i nazywano go we wcześniejszych biografiach – dzieckiem szczęścia, ale Maria Wilczek-Krupa w swojej książce pokazuje, jak mylące bywają takie etykiety. Udało mu się przeżyć bez większych cierpień i martyrologii pierwszą wojnę, lata międzywojenne, okupację niemiecką, powstanie warszawskie, stalinizm, przaśne lata Gomułki, wydarzenia marcowe, złudzenia epoki Gierka, karnawał „Solidarności”, wredną smutę stanu wojennego, okrągły stół i odrodzenie wolności, a w końcu – wejście w nowe stulecie. Ale życie popularnego i uznanego twórcy, artysty znanego wszystkim z telewizji i człowieka o najwyższej klasie kultury, jak się okazuje, nie było bynajmniej pasmem triumfów i szczęścia. Bo choć z pewnością Przybora należy do najznakomitszych poetów i twórców piosenek z czasów, które znam i nostalgicznie wspominam (niekoniecznie czasy, ale twórczość tamtej epoki), to – i o tym dowiadujemy się dokładnie z Żuana Dona – jego twórczość to zwykle nie są takie sobie ot, wesołe, czasem smutne, czasem nostalgiczne, czasem romantyczne tekściki: to są skrywające się pod kostiumami ulotnych słów ogromne emocje. W swoich – uprośćmy to – piosenkach Jeremi Przybora opowiada o sobie i o swoich miłościach, o przemijaniu – uczuć, sławy, czasu. A ja słuchając i oglądając jego dzieła – kiedyś po prostu się rozczulałem, śmiałem i podziwiałem kunszt autorski. Nie miałem pojęcia, kto i co się za tym kryje. I teraz, po lekturze dzieła Marii Wilczek-Krupy czuję się trochę okradziony z czegoś, co uważałem za ogólne, abstrakcyjne, a zatem mogłem to sobie wziąć i dopasować do stanu własnych uczuć, własnych miłości, przyjaźni, nostalgii. Brałem je może nie jak swoje, ale jak wypożyczone na wieczne nieoddanie. Gdy słuchałem Już kąpiesz się nie dla mnie – wyobrażałem sobie którąś ze swoich narzeczonych w wannie z telefonem, a nie Jeremiego Przyborę, rozpaczającego po tym, jak porzuciła go lubiąca się kąpać Barbara Wrzesińska, gdy Zofia Kucówna śpiewała Kaziu, zakochaj się, marzyłem, że ktoś może pod takim pseudonimem będzie kierował to wezwanie do mnie, a nie do Kazimierza Kutza, reżysera niezbyt udanego filmu Upał, piosenkę To będzie miłość nieduża stanowczo odrzucałem, bo zawsze miałem miłości ogromne, na całe życie, a przynajmniej do końca tygodnia – tymczasem ta piosenka, podobnie jak zastrzeżenie Nie mówmy, że to miłość Jeremi Przybora napisał dla swojej ważnej, choć krótkotrwałej kochanki Marii Koterbskiej, którą i ja uwielbiałem, choć całkowicie platonicznie, choćby dlatego, że była prawie w wieku mojej mamy. Przechodząc przez Saską Kępę w drodze do pewnej Magdy, mijałem kawiarenkę „Sułtan” i nie miałem pojęcia, że piosenka o niej wywołuje duchy rozpaczliwej miłości Starszego Pana i młodszej o 21 lat Agnieszki Osieckiej. Notabene, rozdział poświęcony temu związkowi jest może nie tyle najciekawszy, czy najbardziej wciągający – choć jest – ale jak dla mnie, najsmutniejszy: dwoje najwspanialszych poetów piosenki, genialnych „tych drugich” (Po to wiążą słowo z dźwiękiem kompozytor i ten drugi…) po prostu było skazanych na tę miłość, a ta miłość była skazana na zagładę, nie tylko z racji całkowicie odmiennych charakterów i stylów życia, ale i wobec faktu, że nawet będąc od siebie daleko, mówili do siebie tekstami piosenek. A Agnieszka pisała dla niego genialne wiersze, przychodziła, kochała się z nim, po czym znów uciekała, pisała wiersze – i jutro było jeszcze bardziej zwariowane niż dziś…

Przybora… Osiecka… Młynarski… Na takich twórcach ukształtowała się poetycka wrażliwość mojego pokolenia. No, nie całego – tej części, z którą najchętniej się utożsamiam.

A dziś co? Zenek?

Tak przy okazji: największą pretensję do organizatorów zakopiańskiego „Sylwestra marzeń” miałem o to, że do tego festiwalu szmiry muzycznej wsadzała co roku Marylę Rodowicz, która co prawda swoim kiczem kostiumowym przebijała wszystko, ale to był pastisz, którego naturalnie nie rozpoznawano i traktowano jak zwykły ubiór sceniczny. A Maryla śpiewała piosenki Osieckiej, które w tym towarzystwie wyły z rozpaczy do księżyca.

Przynudzało trochę pierwszych 190 stron, potem wciągnęła mnie opowieść o powstaniu warszawskim, a kilkadziesiąt stron później zapisaną przez Marię Wilczek-Krupę biografię Przybory już mogłem konfrontować z własnymi wspomnieniami. Doskonałą stroną tej książki jest szerokie spojrzenie na tło bogatego życia bohatera, bo to tło było wspólne także i dla mojego pokolenia. Teatr „Eterek” rozbrzmiewał i w naszym mieszkaniu – byłem wtedy dzieckiem i wciąż się zastanawiałem, kim są te „eterki”, które mają ten teatr radiowy. O falach eteru w przedszkolu nie uczyli. Ale oczywiście objawieniem był dla mnie Kabaret Starszych Panów. Miałem prawie 11 lat, gdy telewidzowie po raz pierwszy usłyszeli zapewnienie, że już szron na głowie, już nie to zdrowie, a w sercu ciągle maj. Ale tego pierwszego wieczoru, 31 grudnia 1958 roku Kabaretu nie oglądałem: ani wtedy, ani długo potem w naszym mieszkaniu nie było telewizora. Kabaret musiał jednak od razu zdobyć serca mieszkańców mojego Milanówka, bo już następny program oglądaliśmy z mamą u sąsiadów.

Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski… I główne gwiazdy Kabaretu: Irena Kwiatkowska, Barbara Krafftówna, Kalina Jędrusik, Wiesław Gołas, Wiesław Michnikowski, Mieczysław Czechowicz, Edward Dziewoński… Poza nimi, mniej regularnie – cała czołówka polskich aktorów. Weźcie sobie teraz wyobraźcie taki kabaret we współczesnej telewizji, ze współczesnymi autorami i współczesnymi aktorami. Tego nie można sobie wyobrazić: po prostu nie ma takich autorów i takich aktorów. I takiej telewizji. A czy są tacy widzowie, jak wtedy?

Opowieści, dłuższe lub krótsze, jakie o współtwórcach Kabaretu przedstawia w swojej książce autorka są zajmujące, ale pozostawiają trochę uczucia niedosytu, szczególnie brakuje mi rozwinięcia kilku wątków, związanych z Jerzym Wasowskim. Ale jest to biografia Przybory, a nie jego przyjaciół i współpracowników, zresztą o Kabarecie powstały osobne książki. I tak liczba postaci, przewijających się przez karty Żuana jest ogromna: sam indeks osób liczy 16 stron drobnym drukiem. Pewnym kłopotem jest orientowanie się w tych wszystkich związkach i koligacjach: Maria Wilczek-Krupa (co znamy już z jej poprzednich publikacji) chętnie operuje jedynie imionami osób, które powracają w narracji i nieraz musiałem cofać się o kilkanaście stron, zanim pojąłem, o kim mowa. Bo i przekrój społeczny opisywanych osób jest nader szeroki – od przedwojennych arystokratów, nie tylko polskich, przez wybitnych aktorów i dziennikarzy oraz polityków przedwojennych i peerelowskich, po rolników i rzemieślników w Pacewie koło Białobrzegów, gdzie Jeremi Przybora ze swą ostatnią żoną, Alicją Wirth, mieli letni dom.

To nie jest lektura do przerzucenia przez kilka dni beztroskiej majówki, ale trud przeczytania Żuana Dona wart jest podjęcia. Nie będzie łatwo, ale będzie ciekawie. Dla mnie interesujące było zestawienie dość nowoczesnego języka (nie powiem, że młodzieżowego, bo tego bez translatora nie rozumiem), jakim się posługuje autorka z nobliwą, językowo nadzwyczaj poprawną osobą i twórczością Jeremiego Przybory.

Wesołe jest życie staruszka, ale pod warunkiem, że staruszek ma jakieś 40, góra 50 lat. Potem zaczyna być raczej smutnawe. Aż wreszcie przychodzi konkluzja, którą Starszy Pan B. ujął lapidarnie: Życie jako forma spędzania czasu przestało mnie interesować. Istniał w stanie między życiem a nieżyciem od 21 sierpnia 2000 roku, kiedy umarła Alicja. W stanie żałoby, czy – jak mawiał – w poczekalni przetrwał niespełna cztery lata: zmarł 4 marca 2004 roku. 20 marca został pochowany w grobie żony na warszawskim cmentarzu ewangelicko-reformowanym, tym samym, na którym leży Stefan Żeromski.

Tak czy inaczej, Żuan Don to lektura w dzisiejszych czasach bardzo orzeźwiająca. Jak kąpiel w rzece Styks.

Maciej Pinkwart

———————————–

Maria Wilczek-Krupa, Żuan Don, Wydawnictwo Znak, Kraków 2023, 638 stron.

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.