„Wesele” w reż. Mai Kleczewskiej w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Pisze Michał Centkowski w „Przeglądzie”.
Krakowskie „Wesele” to spektakl monumentalny, chwilami poruszający, chwilami zaś zupełnie letni. Zaczyna się jak u Wajdy, sekwencją szaleńczego tańca weselników. Jest radośnie, kolorowo, także za sprawą kostiumów Konrada Parola. Docierają do nas tylko strzępy. Pod powierzchnię tego folkowego widowiska zaglądamy w drugiej części, gdy tradycyjna bielona chata projektu Małgorzaty Szczęśniak dosłownie pęka na pół, przenosząc nas w mroczną przestrzeń sennego koszmaru. Jest w nim politycznie i aktualnie, choć dość przewidywalnie. Przed prawicowym populizmem ostrzega Stańczyk w wykonaniu Krzysztofa Głuchowskiego, grana przez ukraińską aktorkę Annę Syrbu Wernyhora zwiastuje nadciągającą ze wschodu pożogę i wzywa do broni. Pobrzmiewają echa krwawej rabacji i klasowa wrogość, dobrze wygrywana przez Marcina Kalisza w roli Czepca.
W ogóle chłopi są tu raczej siłą mroczną i nieokiełznaną, podobnie jak mityczna i wytęskniona siła narodowa, która, obudziwszy się w postaci Rycerza, okazuje się resentymentem podlanym antysemickim sosem.
Ale najbardziej przejmujący jest w tym spektaklu wątek Racheli i Poety (Mateusz Janicki). Młodzi, zafascynowani sobą, śnią wspólnie piękny sen, z którego boleśnie przebudzą się w finale. Gdy zgwałcona i sponiewierana Rachela (Agnieszka Przepiórska), przypominająca ofiarę obozu zagłady, niczym Dybuk, wyrzut narodowego sumienia, powróci na scenę, błagając ukochanego o pomoc. Poeta ofiaruje jej już tylko puste słowa.
fot. mat. teatru
