Trzy dramoletki Thomasa Bernharda przełożone przez Sławę Lisiecka to prawdziwy rarytas dla teatromanów. Nie tylko dlatego, że potwierdzają niepospolite poczucie humoru Thomasa Berharda, w które wielu jego czytelników i widzów teatralnych zwątpiło, ale i z tego powodu, że rzucają światło na relacje między pisarzem i jego najważniejszym inscenizatorem Clausem Peymannem oraz współdyrektorem Burgtheater Hermannem Beilem. Te żarty sceniczne, utrzymane bez mała w groteskowej konwencji, przynoszą portrety obu reżyserów i samego Bernharda, który podmalowując z pastiszowym zapałem ich sylwetki samemu sobie też nie szczędził złośliwości. Mowa o trzech krótkich utworach o barokowych tytułach: „Claus Peymann opuszcza Bochum i udaje się jako dyrektor Burgtheater do Wiednia”, „Claus Peymann kupuje sobie spodnie i idzie ze mną na obiad” i „Claus Peymann i Hermann Beil na Sulzwiese”. Tytuły wyraźnie wskazują na głównego bohatera cyklu, czyli wybitnego reżysera niemieckiego Clausa Peymanna, któremu w pierwszym żarcie partneruje jego sekretarka Christiane Scheinder, w drugim sam Bernhard, występujący jako postać pod imieniem „Ja”, i w ostatnim Hermann Beil, przez ponad trzydzieści lat pracujący z Peymannem.
Podział ról między nimi w relacjach z Bernhardem był jasny: Peyman zamawiał i wystawiał jego sztuki, które wcześniej przycinał Beil. Nie dotyczy to tylko czasów dyrekcji w Wiedniu, ale i wcześniejszego okresu pracy w Stutgarcie i Bochum, gdzie Bernhard bywał częstym gościem na afiszu, a początek ich artystycznej przyjaźni datuje się od premiery „Święta Borysa” w Hamburgu (1970).
Inaczej mówiąc Bernhard swoje teatralne życie, jak zaświadcza Monika Muskała i jej rozmówcy (w znakomitej książce „Między Placem Bohaterów a Rechnitz”, 2016), zawdzięczał Clausowi Peymannowi, reżyserowi i twórcy wszystkich prapremier jego sztuk. Ich wieloletnia współpraca, wzajemne zrozumienie i porozumienie – pomimo dzielących ich różnic – przezwyciężały wszelkie zapory psychiczne, mentalne, estetyczne. „Bernhard miał zaufanie do Peymanna – mówił w rozmowie z Moniką Muskałą Hermann Beil – bo Peymann postępował z wielką dokładnością i ostrożnością. Dziesięć razy zastanawiał się, czy robić cięcie”. Ale przy tej ostrożności cechowała go odwaga, nie ulegał naciskom i parł do premiery mimo piętrzących się trudności. Zdarzało się przecież tak, że już przed premierą spektakl był „zrecenzowany”, odsądzony od czci i wiary. Taka sytuacja poprzedziła premierę Komedianta w Salzburgu (1984) – przetoczyła się wówczas przez Austrię prawdziwa batalia o utrupienie tego spektaklu. To była swego rodzaju prowokacja estetyczna, akcja(łac. actio = działanie) ciąg zdarzeń w utworze dramatyc... More sztuki toczyła się bowiem (dosłownie) w zaniedbanej gospodzie, przypominającej chlew. Na którejś próbie Peymann zażartował, że byłoby dobrze wyhodować kilka tysięcy much i wypuścić je podczas spektaklu na widownię. Dałoby to wtedy nadzwyczajny, realistyczny efekt. Prasa potraktowała ten żart z powagą i rozpoczął się alarm, że nieodpowiedzialny Peymann chce stworzyć zagrożenie epidemiologiczne (nieoczekiwanie to się teraz aktualizuje). Kiedy nagonka na teatr się rozkręciła, Peymann wydał oświadczenie, w którym zapewniał, że w spektaklu zostaną użyte wyłącznie tresowane, sterylizowane muchy, które po każdym przedstawieniu będą skrupulatnie wyłapywane i magazynowane w dyrekcji teatru. Dopiero po pewnym czasie rozsierdzeni napastnicy zorientowali się, że Peymann z nich zakpił.
Peymann z dramoletek Bernharda wcale jednak nie wygląda na kpiarza. To raczej artysta w stanie permanentnej gorączki twórczej, gonitwy myśli, pełen sprzeczności, lęków i fiksacji. W pierwszej dramoletce sposobi się do opuszczenia Bochum, a potem zasiada w fotelu dyrektorskim w Burgtheater. Przygotowaniom (usuwanie z bagaży dramaturgów i aktorów na równi ze starymi skarpetkami) do opuszczenia Bochum towarzyszą wątpliwości, czy dobrze czyni, bo przecież „zamieniamy jedną kloakę na drugą”. Mimo że sentymentalnie związany z Bochum, odrzuca wszystko, co robił dotychczas, i wyrusza „nagi” (nawet bez tekstów Bernharda przy duszy) do Wiednia. Tu osaczają go znowu wątpliwości: ten Burgtheater jest upiorny, wyrzeka, odsyła aktorów i dostrzega, że „Wiedeń jest piekłem”. Bernhard trafnie oddaje udręki, jakie towarzyszą artyście zmieniającemu swoją publiczność, co zresztą w rozmowie z Moniką Muskałą w pełni potwierdzał Hermann Beil.
W drugiej dramoletce Peymann zderza się z Berhardem. Trafił swój na swego. Obaj lżą, ile wlezie teatr, Austrię i publiczność, przy czym początkowo reżyser bardziej ekscytuje się nabytymi spodniami niż teatrem. Obaj z Bernhardem dochodzą jednak wniosku, że kupowanie spodni bardziej wyczerpuje niż próba teatralna i często sprawia, że kupującego (dosłownie) trafia szlag. Bernhard dostrzega przy tym (autoironicznie) pożytki kupowania spodni, wtedy bowiem nachodzą go najlepsze pomysły nowych powieści i sztuk. Tak od spodni dialog(gr. dialogos = rozmowa), 1. podstawowa forma wypowiedzi w d... More przetacza się na stronę teatru, który dla Peymanna jest wszystkim, a dla Bernharda niczym: „mnie teatr jest wstrętny”. Co więcej, pisarz kocha to, co jest wstrętne Peymannowi – i na odwrót. Oto tajemnica ich harmonijnej współpracy. W końcu, jak chełpi się Peymann, obaj „wodzimy ludzi za nos”. Oczekuje od Bernharda, że z całym tym swoim obrzydzeniem do świata napisze sztukę, dzięki której Burgtheater eksploduje: „Niech pan tą sztuką wywierci światu dziurę w brzuchu”. Bernhard taką sztukę napisze (już po ukończeniu cyklu dramoletek) – będzie to obrazoburczy Plac Bohaterów (1988), który wstrząśnie Austrią. Wreszcie obaj trafiają na obiad do restauracji Zauberflöte (czyli Czarodziejski flet), gdzie Peymann rozkoszuje się porcją „sztukamięs” i niezawodnym rosołem.
Cykl zamyka wycieczka Peymanna i Beila na Sulzwiese i powrót do Wiednia, obficie zasilana sznyclami wiedeńskimi, Podczas konsumpcji Peymann snuje projekt wystawienia całego Szekspira w jeden wieczór. Potrzebuje, bagatela, ponad 1800 aktorów. Rozogniony spotyka się z irytującym spokojem Beila, Ale to spokój pozorny, bo w dramaturgu Burgtheatru aż kipi, a w jego snach wielokrotnie pojawia się torturowany Peymann, czasem nieskutecznie truty grochówką. Peymanna prześladuje w snach minister kultury Austrii, która rozwala mu głowę motyką. Jak to zwykle u Bernharda obrywa się Austrii za wszystkie grzechy świata, ale na koniec Peymann wyzna, że wiedeńczycy „mają o wiele większe zrozumienie dla sztuki”, niż przypuszczał. Tak więc inwektywy i anatemy równoważy szacunek dla widza rozmiłowanego w teatrze.
Premiera i kilka późniejszych realizacji dramoletek cieszyły się w Austrii i Niemczech uznaniem, zwłaszcza że swego udziału w obsadzie nie odmawiali Beil i Peymann. W Polsce doczekaliśmy się nie tylko zadziornego przekładu i wydania tekstu Bernharda, ale i kilku prób czytanych – m.in. podczas tygodnia austriackiego w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim. Z pewnością przyjdzie czas na ich pełną prezentację na polskiej scenie. Bernhard jest autorem, który wciąż przykuwa uwagę i na dobre zadomowił się w naszej tradycji scenicznej.
Yorick
CLAUS PEYMANN KUPUJE SOBIE SPODNIE I IDZIE ZE MNĄ NA OBIAD. Trzy dramoletki Thomasa Bernharda, przełożyła Sława Lisiecka, Wydawnictwo OD DO, Łódź 2019.
