„Jestem speszony, nie wiem co powiedzieć o tym filmie, o sobie” – mówił, przed pokazem „Wojaczka” w ramach „Przywróconych arcydzieł” w Małopolskim Ogrodzie Sztuki w Krakowie, Krzysztof Siwczyk, odtwórca tytułowej roli w filmie Lecha Majewskiego.
Dziewięćdziesiąt minut później okazało się, że opowiadał wspaniale. O filmie, o tej jedynej w gruncie rzeczy filmowej przygodzie, która okazała się jedną z najciekawszych w jego życiu.
Kiedy trafił na plan „Wojaczka” miał dwadzieścia dwa lata, ale na koncie już pierwszy tomik, pierwsze publikacje.
Świetnie zapowiadający się poeta (wszystkie nadzieje spełnił z nawiązką).
Okres poprzedzający zdjęcia i sama realizacja filmu, to był rzadki twórczy napęd.
Razem z Maćkiem Meleckim, współautorem scenariusza, z którym Krzysztof od wielu lat tworzy niesamowity tandem w wojaczkowym Instytucie Mikołowskim (idea Mikołowa to osobny, wielki temat), oddali się tej przygodzie bez reszty.
Lech Majewski testował młodych aktorów do roli Rafała Wojaczka, przyuważył też poetę, Siwczyka, i – wbrew producentowi – uparł się na niego.
Próby w teatrze, zawstydzenia, przełamywanie wstydu, pomoc aktorów: Dominiki Ostałowskiej, Andrzeja Mastalerza, i zwłaszcza Mirosławy Lombardo – legendarnej aktorki Wojciecha Jerzego Hasa – która zagrała matkę Wojaczka.
Dwanaście dni zdjęciowych, cały film nakręcono w dwanaście dni!
Półamatorsko, za to na taśmie. Nie było jeszcze cyfry. To jeden z ostatnich filmów kręconych na taśmie filmowej, ta taśma zjadła jakieś 80 procent budżetu, prawie nie było możliwości na duble. I Siwczyk, debiutantaktor debiutujący na scenie; nazwę tę stosuje się nie ty... More przecież, świeżak, nie mógł powtarzać ujęć.
Jakoś poszło. Na planie czuł się jak w transie. Bez alkoholu, bez wspomagaczy, ale na haju. Stworzyła się metaopowieść: w filmie zagrała miłość Wojaczka, jego brat, jego przyjaciel. Robert Gawliński przyjechał z Warszawy, żeby zagrać Stachurę.
Poezja, poezja, poezja. I Adam Sikora, czarodziej obrazu, współtworzący tę rzeczywistość (na sali siedział z nami Łukasz Sikora, syn Adama, kończący właśnie reżyserię w Katowicach).
Żeby było spokojniej, żeby było taniej – Siwczyka na czas zdjęć umieszczono w hotelu dla psów. Tam mieszkał, w czasie zdjęć. Z psami.
***
Iluzja. Zapamiętałem 1999 rok, festiwal w Gdyni, wtedy się poznaliśmy z Krzysiem.
Tłumy nastolatek, idol, nowy idol, wykrzykniki, wywiady, nagrody.
Piękny jak marzenie, i mądry, i rozsądny. To mu zostało.
Chwilę później otrzyma nominację do Europejskiej Nagrody Filmowej obok Jamiego Bella (Billy Elliot!), Bruno Ganza i Stellana Skarsgårda, a Wim Wenders będzie opowiadał w wywiadzie telewizyjnym, że marzy o współpracy z charyzmatycznym chłopcem-medium.
„To nie mogła być prawda. Ja z tych moich Gliwic, ze schroniska dla psów, w którym nocowałem, znalazłem się na salonach, w Paryżu, Palais De Chaillot. Björk (nominowana wtedy za „Tańcząc w ciemnościach”) płaciła mi za śniadanie, bo nie potrafiłem obsługiwać karty płatniczej, nie posiadałem jej zresztą. Poznałem Harveya Keitela. Ale im więcej słyszałem komplementów, tym mniej w to wszystko wierzyłem. Aktorstwo to nie był zawód dla mnie, nie moje powołanie”.
Zagrał jeszcze po latach w „Wydalonym” – eksperymencie Sikory na podstawie Becketta, ale nie dał się namówić na kolejne produkcje, chociaż propozycje napływały (w „Życiu jako śmiertelnej chorobie przenoszonej drogą płciową” Zanussiego miał zagrać razem z Maleńczukiem), odnalazł się gdzie indziej. W swoim świecie. W Gliwicach, w Mikołowie, w poezji.
Znakomity poeta, eseista, kurator, dyrektor Festiwalu Miłosza (przez pięć lat), juror NIKE (aktualnie), niebawem w „Wydawnictwie Literackim” ukaże się kolejny tom jego wierszy.
„Wojaczek” w jego biografii był pięknym ekscesem.
Czymś wyjątkowym.
„Niedawno dziesięcioletnia córka zapytała mnie: Tata, ty podobno w jakimś filmie zagrałeś? Co mogłem odpowiedzieć. Wierzę, że za kolejną dekadę, obejrzymy „Wojaczka” razem. I że nie będzie się wstydziła za ojca”.
Łukasz Maciejewski
[Fot. Jarek Kmieć]

