Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Zgniły nam sumienia

Z JANEM KLATĄ rozmawia Mateusz Demski

Cofam się do tego, co mamy wspólnego w Europie, a mamy wspólne rzymskie drogi i grecki namysł nad tym, co istotne dla zbiorowości, w formie z jednej strony filozofii, a z drugiej – teatru. Śmieję się, że spełniamy w ten sposób niezrealizowane przez Platona marzenie o zostaniu dramatopisarzem. A ponieważ nim nie został, z zawiścią przyglądał się temu, co piszą inni, i postanowił stworzyć takie państwo, w którym będzie to albo zatwierdzał, albo nie zatwierdzał – Mateusz Demski rozmawia z Janem Klatą na łamach „Przeglądu”.

Przez telefon mówił pan, że ledwo władza się zmieniła, a już pociągi zaczęły kursować według rozkładu. Zniknęły opóźnienia.

– Dzisiaj też przyjechał punktualnie! Piąta rano z Wrocławia.

Może coś jest na rzeczy? Może państwo, żeby trzymać się tej kolejowej alegorii, wraca na swoje tory?

– Są takie małe sygnały, oczywiście, przypadkowe. Ale są też pewne widoczne modele zachowań, funkcjonowania państwa, modele powstrzymywania władzy przed nadużyciami. Każda władza ma tendencję do tego, by swojej pozycji nadużywać i nazywać to sprawiedliwością. Platon to zresztą trafnie opisuje w „Państwie”. Pytanie, na ile Sokrates, któremu on te słowa wkłada w usta, utożsamiłby się z wszystkimi poglądami, które wygłasza w dialogu. Bo, jak wiadomo, Sokrates niczego nie napisał. Po prostu nie chciał. Wolał chodzić po ludziach i ich wkurwiać. Wzbudzać powszechną zawiść.

Dzisiaj nazwalibyśmy go mącicielem albo, mówiąc potocznie, trollem.

– Kontrarny troll! Kiedyś zastanawialiśmy się nawet, kto takim Sokratesem mógłby dzisiaj być. Linda Póppel, fantastyczna niemiecka aktorka, która gra u nas Trazymacha, była akurat pod wrażeniem otwarcia Targów Książki we Frankfurcie (największej tego typu imprezy na świecie), kiedy przemawiał Slavoj Żiźek. Gdy zahaczył o sprawę izraelsko-palestyńską, podniosły się wrzaski, że nadużywa i manipuluje. Odpowiedział, że nie manipuluje, tylko korzysta z wolności wypowiedzi. Jak ktoś ma inne zdanie, to prosi tylko, żeby poczekał, aż skończy. Wtedy pomyśleliśmy, że ten Żiżek byłby najbliżej; że to taka osoba sokratejska.

Przejdźmy do „Państwa”, które weszło na afisz w Teatrze Im. Słowackiego w Krakowie. Platon pisał je 2,4 tys. lat temu.

– Mniej więcej, można tak zaokrąglić. 25 stuleci.

Najogólniejsze tezy pozostają jednak aktualne. Platon pisze: „A szczyt niesprawiedliwości to uchodzić za sprawiedliwego, nie będąc nim”.

– Zaiste, mówi to Adejmantos. Jeśli będę niesprawiedliwy, ale pozyskam reputację sprawiedliwego, będę żyt jak młody bóg. Generalnie z Sokratesem w „Państwie” rozmawiają uczniowie. U nas nie wiadomo, czy to na pewno uczniowie, czy byli uczniowie, nieco wykolejeni. Założenie było takie, że nie robimy perypatetycznych dialogów, gdzie panowie z brodami filozofują, chodząc po nabrzeżu Pireusu czy innym Gaju Akademosa. Nasza scena to dziwna przestrzeń przedśmiertna Sokratesa. Mechanizm demokratyczny pozbywania się niewygodnych członków wspólnoty zadziałał. Na glinianych skorupkach zostało już gremialnie napisane jego nazwisko. W związku z tym mogliśmy sobie pozwolić na taką wizję, że ci jego uczniowie – Glaukon, Adejmantos – przeszli na drugą stronę. Mamy wiele przykładów idealistów, którzy jeszcze kilkanaście lat temu robili wspaniałe rzeczy, a teraz po prostu stali się łajdakami.

Na przykład?

– Pan Kamiński. Pierwszy z brzegu, nieprawdaż?

Przytoczony fragment pasuje do niego jak ulał.

– Ale, jak pan zauważył, my starannie takich dosłowności na scenie unikamy. Nie dajemy się wciągnąć ani w pułapkę białych szat, koturnów i żenującej rekonstrukcji rodem z Monty Pythona, ani nie robimy tego w garniturach, na podobieństwo scen spod więzienia w Radomiu. Raz tak postąpiłem, kiedy odczuwałem potrzebę, by zrobić „dwupak” na temat rewolucji. Jedna jego część nazywała się „Szewcy u bram”, a druga – „Sprawa Dantona”. Specjalnie poszedłem wtedy maksymalnie w jedną i drugą stronę, wyostrzając różne rzeczy w ramach eksperymentu, co prawdopodobnie nie posłużyło „Szewcom”. Już mi wystarczy. Szkoda marnować na to Platona. Gęstość tego języka, frazy, tych zdań jest tak genialna, że na to musi zostać położony akcent w realizacji teatralnej. To zdania, które warto zapamiętać i wytatuować sobie na całe życie.

Najlepiej po starogrecku. Warto zaznaczyć, że spektakl wystawiany jest w martwym od stuleci języku; aktorzy mówią nim pięknie ze sceny.

– Wyciągnąłem wniosek z tego, że to koprodukcja polsko-niemiecka. Cofam się do tego, co mamy wspólnego w Europie, a mamy wspólne rzymskie drogi i grecki namysł nad tym, co istotne dla zbiorowości, w formie z jednej strony filozofii, a z drugiej – teatru. Śmieję się, że spełniamy w ten sposób niezrealizowane przez Platona marzenie o zostaniu dramatopisarzem. A ponieważ nim nie został, z zawiścią przyglądał się temu, co piszą inni, i postanowił stworzyć takie państwo, w którym będzie to albo zatwierdzał, albo nie zatwierdzał. U nas pojawia się to w scenach, gdy dochodzi do podmiany Sokratesa na jego wersję, że tak powiem, bardziej medialną. Nagle odzywa się w nim cenzor, który mówi: OK, Homer jest bardzo poetycki, ale musimy jego dziełom się przyglądać, patrzeć na skutki, wtedy może dopuścimy go do obiegu, a może nie.

Przytoczę kolejny cytat z Platona: „Musimy roztoczyć nadzór i nad tymi, którzy się biorą do układania mitów”.

– My sami nie jesteśmy poetami, my tylko tworzymy państwo… Oczywiście, że tak. Bardzo współczesne. Kontrolujemy narrację. Ale to odnosi się i do kurator Barbary Nowak, która będzie się zastanawiała, czy Konrad może być kobietą, czy nie może, i jak to wpłynie na młodzież, bo przecież zakrawa to na „tęczową propagandę”, i do zjawiska cancel culture, które było spowodowane dobrymi intencjami, a teraz, uważam, jest kompletnie szkodliwe i zdegenerowane.

Czyli nie ma różnicy?

– Efekty są te same. Jak czytam, że platformy streamingowe noszą się z pomysłem wyrzucania z klasycznych filmów scen, w których bohaterowie palą papierosy, bo palenie jest niezdrowe, to mamy zasadniczy problem. To postawa nazwana prezentyzmem. To tak, jakby się zastanowić, dlaczego Hannibal szedł ze słoniami przez Alpy, zamiast wsiąść w samolot i zbombardować Rzymian. Czasem są to tak idiotyczne i kuriozalne wytrychy myślowe, że nie przestaje mnie zadziwiać entuzjazm, z którym są przyjmowane. Część „środowiska teatralnego” ciągle trwa w przekonaniu, że Zygmunt Krasiński do spółki z Konradem Swinarskim są odpowiedzialni za Holokaust.

Wróćmy do mitów, bo sporo ich ostatnio: Smoleńsk, „wyklęci”…

– No i mamy kolejny rodzący się mit. Heroiczni głodujący, męczennicy walki z korupcją. Tak to się tworzy i tak to przez lata działało. Pamiętam, jak przed Starym Teatrem w Krakowie zbierali się aktywiści „Gazety Polskiej”, żeby gracko wyrecytować wersy z „Dziadów” na znak protestu przeciw „komunizacji i sowietyzacji życia kulturalnego”. Pan może sobie wpisać w wyszukiwarkę hasło, zresztą poetyckie bardzo: „Klata-won!”.

Wraca pan do tego, co się wydarzyło wokół „Do Damaszku”.

– Tak, ale proszę to sobie zobaczyć! Najpierw zbierają się pod pomnikiem Mickiewicza, człowieka, który nigdy nie był w Krakowie. To tak a propos tworzenia mitów. Goethe był w Krakowie przynajmniej 48 godzin, ale pomnika się nie doczekał. No więc tych kilkanaście mokrych osób przemieszcza się pod Stary Teatr, mają zestawy głośnomówiące, z których idą przemówienia, ale głównie… „Etiuda rewolucyjna” Chopina. Potem wręczają panu z portierni „czarną listę” i następuje żenada: czytają, na głosy, scenę „Salonu warszawskiego” z „Dziadów”, którą potem Maja Kleczewska zrobiła w Teatrze Słowackiego.

Weźmy raz jeszcze Wąsika i Kamińskiego. Ludzie w ich obronie posługują się hasłami: „wolność słowa”, „wolność prasy”.

– Białoruś, konstytucja… Absolutne odwrócenie – zastępujemy jednego Platona drugim Platonem, który mówi nam, jak mamy żyć. A na początku śmiali się wszyscy, ile można straszyć PiS-em, że Antoni Macierewicz na ministra obrony narodowej. Aż nastąpił moment pt. „uszczypnij mnie”. Wszystkie żarty się spełniły. Ci ludzie przejęli władzę i rządzili osiem lat, budując rzeczywistość równoległą, w której niejaki Michael Gieleta jest najsłynniejszym polskim reżyserem teatralnym. A skoro to się zdarzyło raz, czemu ma się nie zdarzyć za dwa, za cztery lata. Skoro dyrektorem Starego Teatru mógł zostać ktokolwiek, i to kilkukrotnie, dlaczego patriotyczny działacz Bąkiewicz nie miałby powrócić i zostać ministrem kultury?

Krzyki z widowni i gwizdy miałby pan co wieczór. Od incydentu przy wystawianiu „Do Damaszku” minęła okrągła dekada. Powtórzyłem sobie to słynne nagranie na YouTubie.

– „Hańba!”. To był ich test, w ten sposób ćwiczyli, jak daleko mogą się posunąć w propagandzie. Pan wie, że na widowni podczas tego „spontanicznego” protestu znajdowała się ekipa filmowa Ewy Stankiewicz, z filmu wiadomego? Zupełnie przypadkowo znaleźli się na jednym ze spektakli. „Przechodzili z tragarzami”, że zacytuję dzieło Barei. A już poważnie, prawicowa polityczna bojówka przyszła rozpieprzyć na chama spektakl na narodowej scenie. Nie udało im się porwać publiczności, zostali przez nią wyklaskani i opuścili salę. Ale co poszło w świat? Wszystkie media pytały: „Panie dyrektorze, ale szczerze: aktorzy kopulowali czy nie kopulowali?”. Jaki jest namysł nad teatrem, nad sztuką, gdy dajemy się wkręcić w taką narrację? Oto platońskie: wypracujemy pewne schematy, wedle których poeci będą układać mity, a reszty zabronimy. Na tej zasadzie naprawdę jesteśmy w kosmosie, tworzymy absolutnie równoległą rzeczywistość, w której gestapowski Tusk torturuje bohaterskiego Kamińskiego za pomocą rury.

Osiem lat serwowali nam to w Telewizji Polskiej. Będąc u babci, czasem oglądałem. Ona sama z wyważonej osoby stała się agresywna.

– O tym też jest scena między Trazymachem a Sokratesem. „A jeśli niesprawiedliwość wejdzie między dwoje ludzi, to czy ich podzieli tak, że zaczną się nienawidzić?”. To dokładnie to. Tektonicznie pęknięte rodziny. Staliśmy się sobie śmiertelnymi wrogami.

Jednocześnie nie mogę się pozbyć wrażenia, że Sokrates był w swojej filozofii strasznie naiwny. Te wszystkie postulaty o szukaniu zgody i przyjaźni w świecie, uczciwości I dobrej woli w ludziach.

– Ale takie naiwne jednostki zmieniały świat. Gandhi zmienił świat. Jezus, ktokolwiek nim był, zmieniał świat. Notabene Sokrates jest pierwszą postacią chrystusową. Mędrzec, który zdecydował się oddać życie w imię ideałów, choć uczniowie mogli go wykupić. Dwa lata przebąblowałby za granicą i potem by wrócił, ale wybrał kurs kolizyjny. Złożył się w ofierze własną decyzją. I sam jego sposób funkcjonowania jest całkiem chrystusowy: niedbanie o dobra doczesne itd. No, zdecydowanie więcej imprezował…

Ale częściej jestem w stanie podpisać się nie pod słowami Sokratesa, lecz pod tymi, które padają z ust jego dysputantów. Trazymach mówi: „Ja twierdzę, że to, co sprawiedliwe, to nic Innego jak tylko to, co leży w Interesie silniejszego”.

– Oto właśnie pułapka na widza. Widzimy charyzmatyczną aktorkę w roli, która niezwykle do niej pasuje, bo Dominika Bednarczyk jest altruistyczną, wrażliwą na krzywdę innych osobą, stworzoną do tego, żeby Sokratesa zagrać. Przyłapujemy się jednak na tym, że zderza się ona z opiniami, z którymi się zgadzamy. Najlepiej jest w życiu podawać się za sprawiedliwego, ale być maksymalnie niesprawiedliwym. Glaukon mówi trafnie: „Jesteśmy sprawiedliwymi nie dlatego, że chcemy być sprawiedliwi, tylko dlatego, że boimy się, że ktoś wobec nas postąpi niesprawiedliwie”. Sprawiedliwość jest „mniejszym złem”, zgniłym kompromisem. W idealnym świecie my byśmy wszystkich innych bezkarnie nawalali pałą i czerpali korzyści, ale boimy się, że ktoś może mieć większą pałę i zgotuje nam jesień średniowiecza. A ponieważ Sokrates nie akceptował kompromisów, na prawo i lewo narażał się potężnym ludziom, to musiał zostać zabity przez wspólnotę, której chciał pomóc otworzyć oczy. Porównywał się do gza, który gryzie rasowego konia, żeby wybudzić go z drzemki.

Czyli sprawiedliwość jako materia względna. Znowu bardzo współczesne.

– Tym bardziej po ośmiu latach rządów partii paradoksalnie nazwanej Prawo i Sprawiedliwość. Totalnie orwellowska nazwa. Jak „Ministerstwo Prawdy”. Ludzie są przez nich potwornie rozpuszczeni i zdemoralizowani. Zgniły nam sumienia. Począwszy od słynnej, powszechnej mądrości, że co prawda kradną, ale się dzielą, a skończywszy na rosyjskim powiedzeniu: „Skoro zwalniają, to znaczy, że będą przyjmować”. Nagle w kulturze zaroiło się od ludzi, którzy w żadnych innych realiach tych stanowisk by nie zajmowali. W tym sensie rzeczywiście powstały te „nowe elity”, bynajmniej nie ideowe, co Sławomir Sierakowski już kilka lat temu zauważył: na początku Gliński, Sellin, Terlecki i inni tytani prawicowej rewolucji kulturalnej mieli głębokie poczucie, że oto istnieje przebogata pula wyklętych twórców kultury, którzy byli prześladowani, głodzeni i ukrywani gdzieś w lochach, heroicznie cierpiąc z powodu wyznawanych poglądów prawicowych. Po dwóch latach okazało się, że wprawdzie dance floor is yours, ale tam nikogo nie ma. W związku z tym włodarze przeszli do punktu B, tj.: nie mamy może swoich, ale wystarczy, że wykończymy tych, których najbardziej nienawidzimy, i zastąpimy ich – uwaga, uwaga – kimkolwiek. Co prawda wiemy, że to karierowicze, a nie żadni ideowcy, ale tym lepiej będą nam służyć i się nie wychylać, bo doskonale zdają sobie sprawę, że to nam wszystko zawdzięczają. Przymierze obrzydliwego cynizmu.

No dobrze, a jak rozumieć państwo sprawiedliwe w myśleniu Platona?
– Jest pewien słynny wyraz, którego Grecy nie znali, mimo że brzmi bardzo grecko, czyli utopia. Pochodzi od utopos, „bez miejsca”, a wymyślił ją Tomasz Morus. Notabene też oddał życie za ideały, bo przestał pasować do systemu, który zmienił się w Anglii. Pytanie w ogóle, czy „Państwo” jest utopią, czy dystopią. Nam to zostało tylko w wątku podmienionego Sokratesa postulującego cenzurę. Osoba sokratejska w postaci Karoliny Kazoń mówi, że jak widzimy postać szlachetną, to chcemy ją naśladować – i bardzo dobrze, ale jak widzimy nieszlachetną, to też chcemy ją naśladować, niestety. Co możemy zrobić? Na wszelki wypadek może nie przedstawiajmy tych nieszlachetnych. No i mamy „wielkie” pytanie środowiska teatralnego o tzw. reprodukcję przemocy. „Makbet”? Przecież tyle przemocy, że hej! Nie możemy tego pokazywać. Narusza to mój poziom komfortu. Nie mówiąc o tym, że nie jesteśmy Szkotami, a to już przywłaszczenie kulturowe. No to, jak mówi Platon, „będziemy skreślać”.

Co w takim razie powiedzieć na „Act of Killing”? Przypomnę: pański spektakl o jednym z największych masowych mordów XX w. w Indonezji.
– Słyszałem opinię, że pewne osoby ze środowiska wychodziły w połowie i opowiadały, że czują się tym spektaklem zgwałcone. Przypomnę, że było to w Krakowie, czyli bodaj 500 km, no, może trochę więcej, od Buczy. Paranoja totalna. Kompletne oddzielenie od rzeczywistości. Co więcej, my byliśmy na drodze powolutku, acz nieubłaganie prowadzącej do takiego „Act of Killing”. Robienie przewałów z Funduszu Sprawiedliwości, funkcjonowanie tych wszystkich młodzieżówek, fundacyjek, kręgów prokuratorskich, policyjnych przewałów itd. Dwa miesiące minęły, a wychodzą na światło fakty, które jeżą mi na głowie resztki irokeza. Gdyby ludzie nie stali do urn w kolejkach, to byłby już point of no return, jak mawiają w Unii Europejskiej. To było na drodze nie tyle do Węgier, ile do Turcji. Nie wrócilibyśmy z kolejnej kadencji. Ta pętla mocno się zaciskała. Przed tym przestrzega, w formie przesadzonej oczywiście, jak to w teatrze, „Act of Killing”.

Które otwiera wymowny cytat z Woltera: „Zabijanie jest zakazane, dlatego mordercy są karani. Chyba że zabijają masowo i przy dźwiękach fanfar”.
– Wolter oczywiście powtarza za Trazymachem: „Jeśli na małą skalę czynisz niesprawiedliwość, to wszyscy cię potępiają i wtrącają do więzienia. Ale jeśli robisz to na wielką skalę, to jesteś czczony i uwielbiany przez wszystkich świadków twojej niesprawiedliwości”. Nie wiem, czy pan widział fantastyczny film dokumentalny „Mgły wojny”. To półtorej godziny rozmowy z Robertem S. McNamarą, facetem odpowiedzialnym za bombardowanie Tokio, za decyzję o zrzuceniu jednej i drugiej bomby atomowej. I jest on w stanie racjonalnie bronić każdej decyzji. W pewnym momencie mówi, że musiał spuścić te dwie bomby, w efekcie czego zginęło stosunkowo niedużo ludzi, żeby uniknąć trzech lat partyzanckiej walki w górzystym terenie z Japończykami, milionowych strat i klęski następnej wojny ze Stalinem. A propos, nie wiem, czy pan zna reżysera Sokurowa.

Ależ oczywiście.

– W filmie „Cielec” patrzymy na ostatnie chwile Lenina, na podupadłego szatanka na wózku, do którego przyjeżdża już większy szatan Stalin. Niesamowite, jak ja dzięki magii sztuki Leninowi, temu skurwysynowi, współczuję na poziomie czysto ludzkim. Na tym polega potęga wychodzenia poza zideologizowanie prawicowe czy lewicowe dotykanie tajemnicy. Dzięki aktorstwu Lindy Póppel wiem, że nikt z nas nie chce się zgodzić z McNamarami i Trazymachami tego świata, ale świat jest tak skonstruowany. Mniejsze zło. W tym sensie wszyscy jesteśmy nie tyle Chrystusami, ile Trazymachami.

Ale mówimy o państwie sprawiedliwym. Gdzie w nim miejsce na teatr?
– Platon teatru nie lubił, bo go nie rozumiał. Teatr jest zbyt niejednoznaczny. To nie jest geometria. Kilka lat temu pracowałem nad „Trojankami” i zapamiętałem, jak skończył Eurypides. Był na tyle rezolutny, żeby uciekać z Aten, zanim go współobywatele demokratycznie zabiją za to, że się ich czepia, no ale już na wychodźstwie rozszarpały go psy. Notabene Eurypides mieszkał w jaskini, miał stamtąd ładny widok.

Przynajmniej coś widział, bo ci z platońskiej jaskini…

– Widok mieli dosyć umiarkowany. Nieco zmanipulowany, ale jakże ciekawy (śmiech).

Ludzie dzisiaj też siedzą uwięzieni w jaskiniach, patrząc na „obrazki” na ścianie.
– Tak, telewizor, ekran komputera i smartfona są dzisiaj cieniami z platońskiej jaskini. Co tam się wyemituje, tak będzie. Pytanie, ile lat te cienie się nawala, żeby ludzie w nie uwierzyli. Okazało się, że chyba wystarczająco długo. Inne pytanie, czy się opłaca, czy warto wychodzić z tej jaskini. Jest takie piękne określenie u Platona: „Wraca z popsutymi oczami”. Finał jest taki, że gdyby ten, co wyszedł z ciemności na światło, powiedział reszcie, co zobaczył na górze, to oni by go zabili. Z pewnością.

Wróćmy do teatru. Czyli nie znajduje on miejsca w państwie Platona?

– No, chyba że taki teatr, jakiego chciałaby część środowiska teatralnego teraz w Polsce. Czyli zajmujący się jedynie słusznymi tematami, z jedynie słusznego punktu widzenia, w jedynie słuszny sposób, uprawiany przez odpowiednio bezbarwne słuszne osoby teatralne, odpowiednio skonformizowane w jedynie słusznych kręgach wzajemnej adoracji. W Warszawie mamy bodaj siedem dokładnie takich samych teatrów z tymi samymi twórcami, robiącymi spektakle dla tych samych kilkudziesięciu osób. Platońska monokultura.

A teatr sprawiedliwy – czy coś takiego w ogóle istnieje?

– Nie wiem, czy istnieje teatr sprawiedliwy, ale myślę, że tak jak w każdym innym zawodzie można sobie stawiać trochę wymagań i próbować być sprawiedliwym w sposób nieoczywisty. Chodzi o to, żeby postępować sokratejsko i być bardziej jak ten giez niż ktoś „ratujący substancję” i konformizujący się do tego, by funkcjonować w ramach systemu wyznawców styropianowego sromu. Lech Janerka kiedyś śpiewał: „Lubią nas, a my lubimy znowu innych / Lubią nas, drabina głupich sięga nieba”. To mniej pytanie o sprawiedliwość, a bardziej o nonkonformizm. Pytanie niemal sokratejskie: jaką cenę jesteś w stanie zapłacić za stawianie niewygodnych pytań?

A pan już zna tę cenę?

– Ależ skąd! Co ja – warszawiak z urodzenia i z wyboru – mogę o tym wiedzieć? Jest takie rosyjskie przysłowie: „Kto płaci, ten i zamawia muzykę”. Jeśli istnieje jakiś Sokrates, który temu przysłowiu i stadnym nawykom myślowym się nie podporządkowuje, to wiadomo, że musi wypić cykutę. Przecież sprawiedliwość to szlachetna naiwność. A potem – jak jest w spektaklu – przychodzi Adejmantos, robi z trupa marionetkę i jego rękoma ilustruje swoje poglądy. Przecież ma męczennika, którego nie zawaha się użyć, i w imieniu tego męczennika uzyskuje, jak to się mówi, zasięgi. Wkłada mu w usta swoje myśli, które zaczynają docierać szerzej, bo ktoś niewątpliwie złożył życie w ofierze – choć niekoniecznie za te słowa, ale to szczegół, z czasem coraz mniej istotny. Jest tak, jak chcemy, żeby nam się zdawało. Lubimy w dobrym towarzystwie dożywotnio gapić się na ścianę jaskini, nie wychodząc ze swojej myślowej strefy komfortu. Ktoś, kto to ujawni, musi zniknąć bezpowrotnie. Nieco mroczna wizja świata, ale można w niej się przejrzeć, niezależnie od środowiska, w którym się funkcjonuje.

***

Jan Klata – (ur. w 1973 r.) laureat polskich i zagranicznych nagród, m.in. Europejskiej Nagrody Teatralnej i Nagrody im. Konrada Swinarskiego. Jego spektakle były prezentowane m.in. na Festiwalu Jesiennym w Paryżu, Biennale w Wenecji, Olimpiadzie Teatralnej w Sankt Petersburgu i w Budapeszcie.

[fot. Adam Warżawa / PAP]

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.