„Korfanty. Rebelia!” Artura Pałygi w reż. Roberta Talarczyka w Teatrze Śląskim im. S. Wyspiańskiego w Katowicach. Pisze Michał Centkowski w „Przeglądzie”.
Nie jest to pierwszy spektakl o Wojciechu Korfantym na deskach Teatru Śląskiego – ani pierwszy spektakl Roberta Talarczyka o tematyce śląskiej. Lokalnej tożsamości i jej ikonom warto oczywiście się przyglądać, pod warunkiem że ma się na ich temat coś interesującego do powiedzenia.
Tymczasem Talarczyk wraz z Arturem Pałygą serwują publiczności pozbawioną dramaturgii, prosto zrymowaną śpiewogrę pełną frazesów w rodzaju: życie jest dobre, słowa to broń, a historia to my. Właściwie trudno powiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Przez półtorej godziny Korfanty (Dariusz Chojnacki) snuje się po zaświatach i wadzi z upozowanym na Ryśka Riedla Szatanem (Cezi Studniak), któremu zaprzedał duszę za władzę nad Śląskiem. Jest nawet scena, w której o tę
duszę wokalny pojedynek z Diabłem toczy Pani Jezus – to nie jedyny pseudofeministyczny wątek w spektaklu.
Ostatecznie Korfanty przegrywa, bo chciał dobrze, ale na brudną politykę nawet metafizyczna ingerencja nie pomoże. Miała być buntownicza punk opera – na którą z okazji roku Korfantego hojnie zrzuciły się podmioty kulturalne całego Śląska – wyszła chałtura.
[fot. Przemysław Jendroska/mat. teatru]
