Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Polak z oddali

Autor: 84-letni dziś noblista, rodem z Kapsztadu w Republice Południowej Afryki. Bohaterka: przeszło 40-letnia Hiszpanka, a może Katalonka, dystyngowana pani domu. Bohater: 72-letni Polak, pianista. Potem się starzeją. Romans? Tak, ale…

Ktoś kiedyś trafnie powiedział, że jeśli zdanie złożone łączy spójnik ale, to spójnik ten unieważnia wszystko to, co jest przed ale. A więc – nie romans? No, z pewnością nie jest to opis obopólnej miłości, która nie bacząc na wszystkie różnice ogarnie płomieniem gorącego uczucia w jednakowym stopniu obie strony. Nie jest, ale

John Maxwell Coetzee, urodzony w 1940 roku prozaik był mi całkowicie nieznany do roku 2003, kiedy dostał literacką nagrodę Nobla i zacząłem go czytać niejako z obowiązku. O tym, że wcześniej dwukrotnie został uhonorowany prestiżową literacką nagrodą Brookera nie wiedziałem. Miałem szczęście, bo jako pierwszą poznałem jego Hańbę, a potem Czekając na barbarzyńców i obie te powieści urzekły mnie niesamowicie. Potem przyszły jeszcze inne jego książki, ale już nie robiły na mnie takiego wrażenia – zwykle zresztą twórczość ponoblowska wydaje się czytelnikom gorsza, no bo raczej trudno się spodziewać, że spod tak bardzo nagrodzonego pióra wyjdzie coś lepszego niż to, co zostało wcześniej tak wysoko ocenione. I pewno już bym do niego nie wrócił, gdyby nie tytuł jego ostatnio wydanej przez „Znak” powieści. Polak Coetzeego? Brzmi świetnie…

Do Barcelony na mało prestiżowy koncert przyjeżdża niezbyt znany polski pianista. Zaprosiło go lokalne Towarzystwo Koncertowe, nie mające pieniędzy na wysokie honoraria, więc skazane na artystów już lekko przechodzonych i mniej wymagających. Pan o niemożliwym do zapamiętania i wymówienia przez Hiszpanów nazwisku Witold Walczykiewicz odwala muzyczną pańszczyznę, nie rzuca publiczności na kolana, wszelako organizatorzy czują się w obowiązku jakoś mu zagospodarować wieczór i zapraszają go do restauracji na kolację. Gość na szczęście trochę zna angielski, więc rozmowa jakoś się toczy, a bierze w niej udział z ramienia Towarzystwa starutkie małżeństwo polskiego pochodzenia, ale mówiące po… francusku i lokalna działaczka w zaawansowanym wieku średnim, w której pianista z Polski natychmiast się zakochuje, co ona przyjmuje z nieukrywanym zażenowaniem. Odrzuca jego awanse może nie tyle z oburzeniem (ech, ta grzeczność dystyngowanych dam!), ile z wyraźną niechęcią. Ani nie jest nimi zainteresowana, ani nie chce brać sobie na głowę kłopotów, poza tym pochodzący z dalekiego kraju Romeo jest zdecydowanie za stary, nawet dla prawie 50-letniej Julii, ale…

Tak, tak, wiem. Ale… Nie będę powieści spoilerował, dodam tylko, że jak na Hiszpanię (a może Katalonię) za dużo jest w tym eleganckiej powściągliwości; dodajmy, że bohaterka o wdzięcznym imieniu Beatriz jest bogatą mężatką z długoletnim stażem i mężem biznesmenem oraz dwoma dorosłymi synami na swoim, no i – nie bójmy się tego słowa – jest także babcią. W dodatku, w odniesieniu do Walczykiewicza – pianisty dość kontrowersyjnie grającego Chopina – za dużo jest tu aluzji do powiewnego Frycka, jako że ważna część akcji dzieje się na Majorce.

Skąd polskie wątki u afrykańskiego pisarza? Ha! O tym przedtem nie wiedziałem, teraz doczytałem w sieci: Coetzee ma polskie korzenie! Jego pradziadek ze strony matki nazywał się Baltazar (potem: Balcer) Dubiel i urodził się we wsi Czarnylas w Wielkopolsce, skąd w 1929 roku wyemigrował do Afryki. A sam pisarz, który Polskę poznał w czasie czterokrotnych pobytów w naszym kraju, też jest Południowym Afrykańczykiem tylko do pewnego stopnia, bo po studiach w Kapsztadzie (anglistyka i matematyka), wyjechał do Londynu, gdzie pracował jako programista w IBM, potem był jakiś czas w USA, gdzie zrobił doktorat z lingwistyki na uniwersytecie w teksaskim Austin, uczył w Buffalo i Nowym Jorku, ale w Stanach nie został naturalizowany, bo brał aktywny udział w protestach przeciw wojnie wietnamskiej. Wrócił do RPA i do przejścia na emeryturę (tuż przed Noblem) uczył literatury angielskiej na Uniwersytecie Kapsztadzkim. W 2002 roku przeniósł się do Adelajdy w Australii i cztery lata później uzyskał obywatelstwo australijskie. Pisze po angielsku, choć tłumaczy także z języka afrikaans. Książka, którą tu rekomenduję, ukazała się wszelako najpierw w Argentynie w języku hiszpańskim i nosiła tytuł El Polaco. I dobrze, bo główne wydanie, po angielsku nosi tytuł The Pole. To, rzecz jasna, też znaczy Polak, ale także biegun… No i bohaterowie są biegunowo różni.

Polaka czyta się świetnie, do czego przyczynia się także dynamika literacka, oddana poprzez utrzymanie większości narracji w czasie teraźniejszym. Zresztą to niewielka książka, wciągająca czytelnika może nie tyle swoją akcją, ile opisem dylematów, przed jakimi staje bohaterka (bohater, jak to facet, dylematów wielkich nie ma, w przeciwieństwie do ochoty, którą jurnie przejawia mimo słusznego wieku, ale co Słowianin, to Słowianin!). Jednak o tych dylematach i rozterkach Beatriz oraz o sposobach, jakich kobieta się ima, by sobie z nimi poradzić, pisze Coetzee mocno nieprzekonywująco. Odbieram to jak uczuciowe science fiction: nie wierzę w ich prawdziwość, ani w kompetencje autora do ich rozstrzygania, ale w końcu jest to powieść, a nie reportaż z życia hiszpańskiej klasy średniej. No i osobiście nie znam ani jednej Hiszpanki, poza grypą o tej nazwie, a i to tylko z historii. Porównywanie powieści z własnymi doświadczeniami w opisywanych dziedzinach jest bez sensu, choć trudno się od tego opędzić. Powieść jest dziełem sztuki, a jak uważał nasz skarb narodowy, Stanisław Ignacy Witkiewicz – sztuka jest wtedy sztuką, kiedy jest sztuczna

Kapitalne są uwagi na temat Polski i opisy polskiej rzeczywistości, z którą Beatriz jednak spotyka się osobiście. Spędza kilkanaście godzin – w tym noc – w Warszawie, w pustym mieszkaniu pianisty, zastanawia się nad tym, że powinna przejść się po okolicy (mieszkanie jest na przedmieściach, w bloku, takim samym jakie są na przedmieściach Barcelony – miło jest sobie przypomnieć, że nie wszędzie w Barcelonie budował Gaudi) i zjeść coś, jakąś autentyczną polską potrawę (co to może być? kaszanka, gotowane ziemniaki, kiszona kapusta?)… Bohaterka wraca jednak do Barcelony i tam rozmawia z synem tłumaczki, która ma jej przetłumaczyć wiersze, jakie dla niej pisał znajomy Polak.

– Byłeś kiedyś w Polsce?

– Polska jest do dupy. Kto by chciał tam jeździć? Kiedyś było źle, teraz jest tylko gorzej.

Dociera do niej, że Clara i jej syn są Żydami. To dobry i zupełnie wystarczający powód, żeby nie lubić Polski.

Jak widać, mimo polskiego pochodzenia, Coetzee nie demonstruje jakiegoś przesadnego sentymentu do Polski i Polaków, co ostatecznie można zrozumieć, jeśli się pamięta, że pisarz na kwestie polskie patrzy z perspektywy południowoafrykańskiej czy australijskiej, chociaż był w Polsce cztery razy, a nawet otrzymał doktoraty honorowe na Uniwersytecie Poznańskim i na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Jednak jego błędne dywagacje na temat Chopina trochę mnie rażą:

Chopina pochowano w Paryżu, ale jeśli jej pamięć nie myli, któreś patriotyczne towarzystwo zorganizowało jego ekshumację i transport z powrotem do kraju narodzin. Niewielkie ciało, prawie nic nie ważyło. Drobniutkie kości. Czy tak maleńki człowiek rzeczywiście jest dość wielki, by poświęcić mu wszystko?

Pewno szacowny noblista nie był na paryskim cmentarzu Père-Lachaise, gdzie niewielkie w istocie, wyniszczone gruźlicą (a może mukowiscydozą?) ciało Fryderyka spoczywa do dzisiaj, choć wypreparowano z niego serce, które – przewiezione przez siostrę Chopina Ludwikę w słoju z… koniakiem zostało pochowane w jednym z filarów kościoła Świętego Krzyża w Warszawie (podczas powstania warszawskiego w obawie przed zniszczeniem przechowywano je w kościele w moim rodzinnym Milanówku). Ciało niewielkie i grób niewielki – tak mały, że nawet nie zmieściło się na nim pełne imię kompozytora: autor pomnika Chopina na paryskim cmentarzu, zięć George Sand Auguste Clésinger umieścił na nim napis A Fréd. Chopin. Jego żona Solange kochała się w Chopinie, więc może to z zazdrości?

Dość fatalnie jest ulokować swoje uczucia w osobie, której z nami nie łączy nic. Niełatwo jest przez jakiś czas te uczucia aprobować. Uciążliwie jest mówić i pisać w różnych językach o naszych uczuciach do osób, funkcjonujących w różnych kulturach, w różnych klimatach, w różnych miejscach na mapie świata, starszych – czy młodszych – o blisko ćwierć wieku. Daje się, oczywiście, ale…

No właśnie: ale

Na szczęście, powieść J.M. Coetzeego jest właśnie powieścią, a nie podręcznikiem radzenia sobie z trudnymi związkami między osobami z kompletnie różnych kosmosów. W takich przypadkach nawet Kamasutra nam nie doradzi. By nie sięgać po Cierpienia młodego Wertera, zwłaszcza w wieku mocno już posuniętym – jesteśmy zdani jedynie na własną pomysłowość.

Maciej Pinkwart

—————————-

John Maxwell Coetzee, Polak, przekład Aga Zano, Wydawnictwo Znak, Kraków 2024, 186 stron.

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.