Janusz Majewski, wielki mistrz polskiego kina nie żyje. „Yorick” przypomina z tej okazji fragment wywiadu-rzeki z Olgierdem Łukaszewiczem („Seksmisja i inne moje misje”, WL 2016) o pracy z reżyserem nad „Lekcją martwego języka”:
To jeden z najważniejszych pana filmów, niektórzy nawet określają go mianem arcydzieła, trochę niedoceniony, ale za to nadal świeży, który przez lata zachował siłę artystycznego wyrazu. Majewski wspomina, że książkę Andrzeja Kuśniewcza nabył podczas urlopu w Zakopanem, przeczytał jednym tchem w ciągu jednej nocy i zafascynowany już następnego dnia miał udzieloną licencję przez autora, już kierownik produkcji był uruchomiony. To były czasy, kiedy reżyser był demiurgiem. Wyobraża pan sobie taką sytuację dzisiaj?
No, nie.
Czy pan również uległ tej samej fascynacji powieścią Kuśniewicza?
To było niezwykłe przeżycie. Zgłębianie tej roli, co w niej jest, a także smakowanie pewnych scen, tego, co już było u autora i namawianie reżysera, żeby jednak te wątki, na przykład wątek Diany z Efezu, znalazł się w filmie. Różne drobiazgi, inkrustacje z powieści znalazły się w scenariuszu dzięki temu, że Jan Janosz był otwarty na moje propozycje. To był trans, ja zresztą byłem wygłodniały jakiegoś filmu, to był rok 1978, latem miałem grać w „Białych żniwach” Domaradzkiego wg Tołstoja, ale nie zagrałem, bo dziecko się urodziło. Uległem czarowi tej powieści. Odezwały się dźwięki i zapachy, którymi w młodości nasiąknąłem w okolicach Sanoka. Jeździliśmy w te strony z rodzicami w drugiej połowie lat 50. Jeżeli Kuśniewicz pisał o odgłosie tartaku, o tej dziwnej samotności w lesie bukowym na stokach gór, to ja to wszystko miałem w sobie.
Zastanawiałem się, jak można pokazać kogoś owładniętego jedną ideą, jednym sposobem kojarzenia. Aktem usprawiedliwiającym tę jedną perspektywę, jeden filtr dla rzeczywistości jest jego odchodzenie, zbliżająca się nieuchronnie śmierć. Można pomyśleć, że w filmie powinno to wszystko być bardziej utopione w codzienności życia, w obyczajowości. A tymczasem postanowiłem tę rolę absolutnie wyprasować, wypreparować ze wszystkiego, co mogłoby być takie realistyczne, obyczajowe, rodzajowe. Odczytała to po latach Agnieszka Holland i powiedziała: To twoja najbardziej wyprasowana rola.
Coś w tej sztywności oficera, zasadniczości było takiego, że można się było za to schować z całą wymyśloną wizją innego świata. Oto przemawia do niego głos jakiejś Cyganki w jakimś dziwnym języku, wszystko nabiera niejasnych znaczeń, skojarzeń wobec kosmosu, gwiazd. Ten rodzaj napięcia staje się testowaniem istnienia, czym ono w gruncie rzeczy jest. To są wszystko bardzo literackie słowa, które w tej chwili używam, ale chyba udało mi się stworzyć rolę, która jest medium tego filmu. Bez takich założeń, jakie poczyniłem, to byłoby tylko opowiadanko o tym, co się komuś zdarzyło.
Na plakacie filmowym widnieje pańska kolorowa fotografia w roli porucznika Kiekeritza – lekko zamglona, w tonacji zgniłozielonej, dominuje barwa munduru i jesiennej zieleni okolic powieściowej Turki, a tak naprawdę Leska. Porucznik nie uśmiecha się, ma twarz jak z wosku, zamyśloną, duchem nieobecny, a jego wzrok patrzy „do wewnątrz”, wgłąb jemu tylko dostępnych światów. Reżyser utożsamiał się z bohaterem: „podzielam jego poczucie absurdu istnienia, podobnie jak on dystansowałem się od otaczającej rzeczywistości barierą pewnej uprzejmej wyniosłości”. Pan też tak rozumiał Kiekeritza?
To było ryzyko, czy film będzie pokazywał kogoś, kto jeszcze żyje, reaguje na świat, i dlatego będzie przykuwał uwagę, czy też to moje założenie nie wywróci filmu. W rezultacie nie wywróciło.
Bohater wiedzie niejako podwójne życie: działa, podejmuje różne decyzje, niekiedy dość paskudne, w ostatnim dniu wojny zabija człowieka. To nie jest przyjemny pan. Ale z drugiej strony jest kimś, kto na siebie patrzy z zewnątrz.
To jest dekadenckie oczywiście.
Ale przez każdy detal w tym filmie i w roli wyłania się coś ostatecznego.
To właśnie nazywam wyprasowaniem roli, czyli doprowadzeniem do służebności literackiego założenia w zachowaniu aktora. Opanowany jedną obsesją Kiekeritz jakby testował całe swoje istnienie i wszystkich innych. To jego próba testowania świata w poczuciu, że żyjemy w próżni.
Ale film działa też jak jakaś metafora, trudno go brać w kategoriach realistycznych, dosłownie. Czasami działa jak utwór muzyczny, który odsłania także ciemną stronę bytu. Dowodzi, że piękno może być też ciemne. Starałem się służyć temu tematowi przez rodzaj koncentracji. Ta koncentracja przedłużyła sam cykl produkcji i zaowocowała później tekstem, który pokazuje jeszcze raz, z jakiej perspektywy należałoby oglądać ten film.
Mówi pan o apokryficznym liście Alfreda Kiekeritza, pańskiego autorstwa, opublikowanym na łamach „Literatury” (29 listopada 1979), „Porucznik kawalerii C.K. Alfred Kiekeritz do swego przyjaciela Józefa Rotha, literata w Paryżu”. „Dokonałem fascynującego odkrycia – pisze pański Alfred – a właściwie jest to dopiero przypuszczenie, że można byłoby znacznie przybliżyć odczytanie pewnego języka, którym nikt się nie posługuje, bo go już prawie nie ma, bo go nawet nie słychać i nie widać, nie śmiej się ze mnie, języka bardziej martwego niż łacina, ale który tyle znaczy, co nasz LOS”.
Spotkałem się z zarzutami, że film podejmuje temat księżycowy, dekadencki, ale taka jest natura tego tego oficera, w którym tkwi także poeta. To człowiek o dwu biegunach, ktoś, którego rzemiosłem jest zadawanie śmierci, sam tę śmierć poetyzuje, można mu nawet zarzucić grafomanię, bo jest amatorem tych wszystkich dociekań. Pozwolił sobie na dociekania w sprawach, o których i tak nie ma pojęcia. Nie ma odpowiedniego wykształcenia, ale raptem odkrywa ważne pytania i ślady kultury, jak te potłuczone łupiny talerzy, ikony, świat znaków, malarstwa, sztuki, które kolekcjonuje na przekór wszystkiemu.
Film zrobiony z wewnętrznej potrzeby, tchnie prawdą. Ale spotkał się z rezerwą, a nawet złym stosunkiem władz. Premier Jaroszewicz miał go wskazywać jako marnowanie pieniędzy na produkcje dla „garstki pięknoduchów”. I był tym filmem szalenie zirytowany.
Szczególnie dlatego, że akcja(łac. actio = działanie) ciąg zdarzeń w utworze dramatyc... More toczy się w Turku, należącym wówczas do ZSRR, „obecnie w ZSRR”, jak wpisywano w dowody osobiste, moja matka miała taki wpis, urodzona w Kamieńcu Podolskim. Zaczęto się dopatrywać dewiacji, jakichś faszystów, pogrobowców.
Na giełdzie festiwalowej w Gdańsku mówiło się o tym filmie jako faworycie, jako wybitnym obrazie, nagrodzony został tylko za muzykę…
…zresztą wybitną muzykę Andrzeja Kurylewicza.
Ale to jednak urągało rzeczywistej randze filmu. Nie cofniemy tego. „Olo zanurzył się w książce i scenariuszu z głową” – wspominał Majewski. Chodził z pan z szablą, pisywaliście do siebie listy w stylu zamierzchłej epoki. Podpisywał pan swoje listy „Twój Alfred K.”. Ten w „Literaturze” popisany był „Twój Alf”. Ta tajemna mowa, nić szczególnego porozumienia przetrwała przez lata. Co o tym zadecydowało?
Tak, taka konwencja się wytworzyła, taki model męskiej przyjaźni. To mi sprawiało frajdę, że grałem gruźlika po raz drugi, tym razem w tonacji molowej, w odróżnieniu od tonacji durowej Stasia z „Brzeziny”.
Nowym rysem była nuta myzoginizmu u Kiekeritza. W poprzednich rolach, choć często bywał pan bohaterem melancholijnym, to jednak dominowała w nich siła amanta. A tu – nagle – porucznika ogarniało wręcz obrzydzenie na dotyk kobiecego ciała.
To była też taka sugestia męskich fascynacji. Nie wiem, czy Kuśniewicz myślał o jakichś preklimatach, z którymi mieliśmy do czynienia w faszyzmie, zwłaszcza formacjach SA, ale było coś niezdrowego w tej właśnie fascynacji. To tak jak u Manna, głęboko zakotwiczone przekonanie, że tylko mężczyzna jest w stanie stawić czoła zasadniczemu tematowi człowieka, jakim jest przemijanie i filozofowanie na jego temat. Kobiety mogą tylko kląskać.
Ktoś, kto jest zanurzony w kulturze, jednocześnie ulega skojarzeniom magicznym. To usprawiedliwia oczywiście stan chorobowy, to może być objaw gorączkowej maligny.
Toteż „mój” Alfred we wspomnianym liście do Rotha nawiązuje do bełkotu cyrkówki, która w stanie natchnionego medium przemawia w języku którego nikt nie zna: „Przekonany jestem, że język taki w ogóle nie istnieje, tzn. żaden naród nim się nie posługuje, przypuszczam nawet, że i medium mogło go nie rozumieć, że pozostała tylko pewna fraza, która przybrała z czasem znaczenie kabały jakiegoś hokus-pokus, pozostała jak te okruchy, co je mam na stole, które same w sobie maj a swa forme, kolor, nawet oczywiste jest ich przeznaczenie, ale używane są poza swoim Czasem i być mkoże uzycie ich też jest zdegradowane, dotykają ich inne ręce, oglądają inne oczy, a one pozostały zabytkami jak kości ludzi, z którymi siuę zrodziły. Pozostały na powierzchni Czasu, jak metafory odległych pokoleń, wierzeń, funkcji służebnych, dotknięć palców, ust, oddechów, co rozpłynęły się w próżni”.
W rozmowie z Łukaszem Maciejewskim powiedział pan: „Gdybym to ja miał wyróżnić jedną ze swych ról, upomniałbym się jednak o Alfreda Kiekeritza z filmu „Lekcja martwego języka”, zrealizowanego przez Janusza Majewskiego na podstawie powieści Andrzeja Kuśniewicza. Udowodniłem wówczas, przede wszystkim sobie, że stać mnie w kinie na dużo więcej niż ciągłe odgrywanie wrażliwych młodzieńców”. Aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More musi lubić taką postać, żeby tak o niej mówić. Za co pan lubi Kiekeritza?
Za to, że mogłem bezwstydnie odsłonić ciemne strony swoich skłonności. To się nie nadaje, taka zamknięta literacka forma, na psychodramę, to nie jest tak. Natomiast przyznaję, że jako Kiekeritz w sposób dosyć niezdrowy, dość specyficzny kojarzę świat, co doprowadza mojego bohatera do zadania śmierci i przypisania sobie boskiego prawa zadania śmierci, wypróbowania siebie: a co by było, gdybym był jak Bóg?
Pytanie Raskolnikowa.
Narcystyczne oczywiście. I jest w tym również taki wariant seksualizmu, czegoś bardzo intymnego. Ten sposób traktowania siebie i innych. To jest niezdrowe. Mieć odwagę pójść za swoją fikcją, to jest godne prawdziwego oficera. Powieść Kuśniewicza jest zakorzeniona także w literaturze austriackiej, tam jest wiele strumieni, którymi warto pójść, którymi literatura szła. Kuśniewicz nie wziął się z niczego. W związku z tym, że Alfred jest odpychający, nie zdobywa sam sobą sympatii, i dlatego trzeba się o niego upomnieć. Dlatego chciałbym go ocalić w pamięci widzów, bo Staś się ocali sam.
Dodać muszę, że w tym filmie Majewskiego zdumiewająco trafna jest obsada, tu nie ma pomyłki. To się rzadko zdarza.
Tu również świetnie grają drzewa i tory. I wagony.
Pejzaż nam sprzyjał, na końcu ta zima, męczący odjazd w zimowym pejzażu, ta muzyka Kurylewicza wyrastająca z brzmień Chopina i Szymanowskiego – to jest tak eleganckie, tak na przekór trywialności istnienia, że daje napięcie bohaterskiego trwania. Staś się uśmiecha na przekór. Alfred walczy z demonem w sobie, z pokuszeniem, ulegając mu i bluźnierczo szukając śmierci wokół siebie, gdzie ona jest i z której strony go dopadnie. I po śmierci siebie ogląda w mundurze. Coś w tym jest, jeżeli Iwaszkiewicz zakomponował siebie w mundurze.
Górniczym.
Zastanawialiśmy się, czy Alfred powinien mieć wąsy. Bo jeżeli się ogląda fotografie z tego okresu to wszystko jest wąsate.
Ale pan nie miał wąsów.
Nie miałem. Miałem wąsy tylko wtedy, kiedy zadawałem śmierć i dowodziłem plutonem. Czyli wąsy towarzyszyły destrukcji. Ale Kiekeritz był bardziej wytworny bez wąsów, czyli kiedy coś mu było odjęte z profilu oficera.
Podczas realizacji filmu Janusz wahał się, przechodził zwątpienie w szerokie plany. Koniecznie go namawiałem, żeby ten majestat gór, przestrzeni zachował, żeby zagrał. Pamiętam nasze rozmowy, nie był pewien, rozważał, żeby to zagęścić. Zrobił takie bardzo długie ujęcie – po prostu wóz jedzie, z lewej strony w prawą na tle pejzażu potężnych gór. Nic się nie dzieje poza tym. Wspaniale to długie ujęcie działa, skomponowane jak muzyka.
W tym filmie koniec nie polega na zamknięciu, on się rozgrywa w rozległych przestrzeniach, które też umierają. To jest śmierć powszechna.
Robi się blisko listopada, kiedy kończyła się ta straszna wojna. Chodziło o to, żeby było jakieś spojrzenie Boga, stwórcy.
Ta pora roku też ma wymiar symboliczny – nastaje zima.
Wkrótce pojawi się pierwszy śnieg na końcu. Tam, niedaleko w Gorlicach padło kilkanaście tysięcy żołnierzy. To nie żarty.
[Fragment książki „Seksmisja i inne moje misje. Olgierd Łukaszewicz w romowie z Tomaszem Milkowskim” WL, Kraków 2016]
[Na zdj. od lewej: Tomasz Miłkowski, Janusz Majewski i Jerzy Łukaszewicz podczas promocji książki „„Seksmisja i inne moje misje”, Studio Agnieszki Osieckiej PR]
