„Kabaret” John Kandera, Freda Ebba, Joe Masteroffa w reż. Małgorzaty Warsickiej w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. Pisze Michał Centkowski w „Przeglądzie”.
Właściwie trudno zepsuć taki tytuł. Znakomita muzyka, kultowe songi, dekadencki klimat Berlina, burzliwe tło polityczne. A jednak reżyserce Małgorzacie Warsickiej wyraźnie zabrakło pomysłu – z góry skazane na niepowodzenie kopiowanie filmu w teatrze trudno bowiem uznać za interpretację. Przez dwie i pół godziny niezbyt przekonujące postacie serwują widzom siermiężne love story. Pierwsza część dłuży się, w drugiej następuje szybka apokalipsa. Findesieclową dekadencję Berlina reprezentuje jeden groteskowo przerysowany bohater w damskich ciuchach. W finale zaś postacie krążą nerwowo, z groźnymi minami wypowiadając urywki zdań. Miał być bal na „Titanicu”, wyszedł zgrzebny teatr sprzed lat. Najmocniejszym punktem bielskiego spektaklu jest duet konferansjerów w wykonaniu Marty Gzowskiej-Sawickiej i Adama Myrczka, zwłaszcza w numerze „Money, money”. Z kolei Grzegorz Margas w roli Cliffa Bradshawa jest, oględnie mówiąc, wokalno-aktorską pomyłką. Filmowy „Kabaret” chwytał za gardło. Ten, poza kilkoma scenami, zwyczajnie nuży.
Źródło:
„Przegląd” nr 44
Autor:
[fot. Dorota Koperska/mat. teatru]
