Nie, nie chodzi mi wcale o nieudane, niezrealizowane czy zgoła niepodjęte inwestycje: Centralny Port Komunikacyjny, Przekop Mierzejski, lotnisko w Radomiu, elektrownię w Ostrołęce, fabrykę samochodów elektrycznych, świnoujski prom, z którego ostała się jeno zardzewiała stępka, dziurawy płot na granicy białoruskiej. Bynajmniej. Chodzi mi o przedwyborcze pomyje, wylewane na opozycję, a szczególnie lidera Koalicji Obywatelskiej. Teraz nie ma już działacza PiS, który by nie szafował określeniami: zdrajca, agent, złodziej, kłamca, sprzedawczyk – w odniesieniu do Donalda Tuska, i innych ważnych postaci opozycji czy twórczości. Parodią samego siebie był premier Mateusz Morawiecki, który na konwencji PiS-u w katowickim Spodku paradował z tekturową czarną teczką i opowiadał, jakie to porażające dowody na przestępczą działalność Tuska ma w środku. Starszym z Państwa z pewnością przypomniał się słynny pruszkowsko-kanadyjsko-peruwiański kandydat na polskiego prezydenta Stan Tymiński, który podczas kampanii w 1990 r. też pojawiał się z czarną teczką (ale porządną, skórzaną i grubą), w której rzekomo miał dowody, kompromitujące Lecha Wałęsę. Zawartość teczki Tymińskiego nie została ujawniona, a on sam wybory prezydenckie z Wałęsą przegrał. Ale nie o powtarzanie tamtego chwytu – w wersji jeszcze bardziej kuriozalnej – tutaj chodzi, tylko o fakt, że jeśli szef rządu zdobył jakieś dowody na przestępczą działalność Tuska, czy kogokolwiek, to dlaczego nie przedłożył ich w prokuraturze? Dlaczego żadne z oskarżeń, którymi szafuje się teraz w kampanii nie zostało wcześniej oficjalnie zgłoszone przez policję czy służby specjalne? Dlaczego na początku kadencji 2015 roku nowi ministrowie zajęli całe posiedzenie Sejmu na opowiadanie o tym, jakie dowody na przestępstwa, korupcję czy niegospodarność swoich poprzedników znaleźli w ich teczkach i mimo upływu ośmiu lat nikomu nie postawiono żadnych zarzutów? Dlaczego trzeba było powołać pozaparlamentarną i w istocie pozaprawną komisję do zbadania rosyjskich wpływów, co dowodzi, że wpływów takich nie znalazły – a może nie szukały – oficjalne organa rządowe? I kto stanął przed sądem, oskarżony o zamach smoleński, o którym z granitową pewnością mówił nie tylko Antoni Macierewicz, ale i Jarosław Kaczyński i ich współpracownicy?
Nie potrafili znaleźć dowodów? Nie było ich, czy wolą je zachować dla czasów, kiedy znikną ostatnie wolne sądy, albo gdy będą chcieli odzyskać utraconą w tym roku władzę?
Chciałem zatytułować ten tekst „Rząd nieudaczników”, co jest w zasadzie rusycyzmem, no a to mogłoby być za bardzo aluzyjne. Tytuł podpowiedział mi wczoraj prezes Kaczyński, przezywający w ten sposób współpracowników Tuska. Kto się przezywa…
Maciej Pinkwart, 2 października 2023
