Półtora roku temu polska pomoc dla ukraińskich uchodźców zyskała nam miano najlepszego przyjaciela tego narodu. Dziś nam jakby trochę przeszło, a kwestia ukraińskiego zboża jest bardziej pretekstem do awantury (choć jest też obrazem nieudolności działań strony polskiej, a może nawet unijnej) niż jej powodem. Kilkaset kilometrów dalej na północ na granicy polsko-białoruskiej polskie służby na rozkaz polskich polityków przy poparciu ze strony wielu Polaków robiły to co robiły, a czego nie nazwę wobec możliwości zastosowania wobec mnie procedury karnej. Eksponowana jest nielegalność uchodźców muzułmańskich, przedzierających się przez lasy i rzeki i życzliwość dla tych prawosławnych, witanych chlebem i zupą na przejściach granicznych. Kwestie szwindlów wizowych celowo na razie pomijam.
Mam wrażenie, że nasza spontaniczna pomoc dla Ukrainy wynikała z tego, że na kraj ten napadła Rosja. Czy gdyby na Ukrainę najechali – przypuśćmy – Węgrzy, Turcy czy Ormianie, bylibyśmy tak samo empatyczni? Siedzą w nas zarówno ta antyrosyjskość, opierająca się na wielowiekowych doświadczeniach, jak i echa federalistycznych koncepcji politycznych Piłsudskiego i projektów wschodnich Giedroycia, a sprowadzających się do marzeń o odsunięciu Rosji jak najdalej od naszych granic i naszej polityki. Uważamy, że co złe dla Rosji, to dobre dla nas, i odwrotnie. Popieraliśmy niepodległość Bałtów, potem Gruzję w jej wojnie przeciw rosyjskim najeźdźcom (kiedy to Lechowi Kaczyńskiemu nad głową kule gwizdały po rosyjsku), popieraliśmy bunt Czeczenii, popieraliśmy usamodzielnianie się postrosyjskiego Kaukazu, popieramy Ukrainę. To rozsądne, a nawet szlachetne. Ale federacja państw antyrosyjskich nie powstanie, niewiele też wyniknie z szarpania Rosji za nogawki przez jej sąsiadów. Wojna w Ukrainie musi się skończyć, ale obawiam się, że nie skończy się bez strat terytorialnych dla naszych sąsiadów. A potem musimy, niestety, usiąść i zastanowić się nad wyższością realizmu nad III częścią „Dziadów”.
Maciej Pinkwart
