Myślę, że większość zwolenników coraz wcześniejszego przechodzenia na emeryturę wyobraża sobie, że po prostu będą coraz krócej pracować, a coraz dłużej dostawać pieniądze bez pracy i tak jak emeryci z krajów zachodnich mając wolny czas i pieniądze „od państwa” – będą kupować wille na Florydzie czy Wyspach Kanaryjskich, popijać cocktaile z palemkami, a w wolnych od odpoczynku chwilach zajmować się wnukami, fundując im z emerytury nowe smartfony i markowe ciuchy. Ale emerytury nie biorą się z marzeń i dobrych chęci, tylko z ciężkiej pracy. I to pracy naszej, a nie Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych. Kiedyś wyliczano je przy pomocy specjalnego współczynnika w stosunku do zarobków z kolejnych dziesięciu lat zatrudnienia, w których pracownik zarabiał najlepiej. Dziś jest poniekąd prościej (a ja to jeszcze upraszczam): przez cały okres zatrudnienia odprowadzają nam składki na ZUS, a w momencie przejścia na emeryturę sumę tych składek dzieli się przez liczbę lat dzielących nas od statystycznej długości życia w Polsce. A wynik tego ilorazu dzieli się przez 12 miesięcy. Potem jeszcze od uzyskanej sumy odlicza się obowiązkowe potrącenia i już możemy się cieszyć bez pracy comiesięczną sumką na koncie. Ale im krócej pracujemy, tym mniej mamy naskładane w ZUS, i tym więcej lat szczęśliwej starości przed nami. Im mniejsza suma w liczniku (suma składek), tym mniejszy iloraz. Im większy mianownik (liczba lat potencjalnego przeżycia), tym mniejszy iloraz. Czyli nasza emerytura. Im krócej pracujemy, tym mniej mamy na kontach ZUS. W dodatku im mniej ludzi pracuje tym ogólny majątek państwa jest mniejszy. A więc mniej na oświatę, obronę kraju, sport i kulturę, no i na zdrowie. I mniej szans na długie życie na emeryturze.
Maciej Pinkwart
