Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Gustaw Holoubek – epoka w polskim aktorstwie

Z Notesu Krystyny Gucewicz

Klasa w życiu. Metrum ja w Sèvres pod Paryżem w sprawach każdych. Spotykałam go w najróżniejszych sytuacjach życiowych i zawodowych – zawsze był perfekt. Znałam jako postać spiżową i frywolną, zasadniczą i pobłażliwą, a nade wszystko potwornie inteligentną. Zdarzyło się, że nie znajdując odwrotu, stałam się mimowolnym, niezauważonym świadkiem rozmowy Holoubka dyrektora z aktorem, któremu powinęła się noga. Bez taktu, roztropności i stanowczości było w tym, co mówił, jak dyplomatycznie zmierzał do wybaczenia. Bo szanował, cenił, a może nawet kochał swoich aktorów, czuł się za nich odpowiedzialny.

W teatrach, które prowadził, panował klimat nie do odtworzenia. Z wielu powodów. Także dlatego, że nie ma dziś czasu na celebrowanie wspólnego bycia ze sobą, teatry stały się peronami jakiegoś ogromnego dworca – można pomylić pociąg. W Dramatycznym w Ateneum koledzy grali w kości, aktorki zabierały do domu pyszne obiady z bufetu Babci. Ktoś komuś zrobił szalik na drutach albo koleżeńskiego psikusa.

Holoubek cenił żart, dowcip, urodę uśmiechu. Bez mrugnięcia okiem zgodził się na udział w naszym zwariowanym przedsięwzięciu Artyści – dzieciom i związane z tym wyczerpujące niebezpieczne treningi. Aktor debiutował jako treser lwa. Numer mrożący krew w żyłach, paszcza dzikiej bestii raczej bez uśmiechu: sęk w tym, że do dnia premiery Gustaw ani razu nie wszedł do klatki zwierzęcia. Trzymał wszystkich w napięciu, a wieczorem podczas gali stało się! Udało się. Kiedy aktor zamknął za sobą drzwi ogromnej klatki, ktoś rzucił teatralnym szeptem:

Smacznego!

*

Holoubek sam był mistrzem kunsztownie opowiadanych anegdot, bon motów, ironijek. Nigdy nie stracił potrzeby puentowania życia inteligentnym żartem. Czasem mitygował się, wiedząc, że słuchacz to już zna, że to już z było. Ale tym hipnotycznym głosem, z uwodzicielskim spojrzeniem, jakby mimochodem – opowiadał. Nawet wówczas, kiedy był już bardzo chory i siadywał przy maciupieńkim stoliku przy filarze w ulubionej kawiarni Czytelnika na Wiejskiej. Obok, pod ścianą, przy takim samym Tadeusz Konwicki czekał na Andrzeja Łapickiego. Świat, który przeminął…

Holoubek kochał sport, piłkę nożną i muzykę, której był prawdziwym koneserem. Magda Zawadzka, jego owdowiała żona, rokrocznie zaprasza przyjaciół na chwile refleksji, zadumy, dobrych wspomnień, na kunsztowne koncerty in memoriam. Magiczny wieczór w operze: słuchamy odtworzenia Canticum Canticorum szesnastowiecznego geniusza Palestriny w wykonaniu Chóru Polskiego Radia. Płynie Salomonowa Pieśń nad pieśniami i ten głos, magnetyczny głos Gustawa, którego przecież nie ma, a jest. Godzina wszechświata, iluzja, czas staje na moment, jakoś się jaśniej robi na sercu.

Magda, wszechstronna aktorka, odnalazła się jako kustosz pamięci Gustawa. Z imponującą konsekwencją przypomina niezapominanego. Także przez zdarzenia zabawne i anegdotyczne. Toteż powołuję się na Magdę i z jej opowieści przytaczam. Moja ulubiona to ta ze szpitala.

Kiedy zachorował Tadeusz Konwicki, a – jak wiadomo – panowie byli prawdziwie zaprzyjaźnieni, państwo Holoubkowie wybrali się w odwiedziny.

– Do pana Konwickiego – zapytał portier i zaanonsował gości: – Przyszła pani Zawadzka z panem Zawadzkim.

Cóż, najwyraźniej nie był teatromanem, a Magda zawsze była na topie jako Basia Wołodyjowska.

Takich historyjek znam bez liku. Chociażby ta ze wspomnień Witka Sadowego z Haliną Friedmannową, mamą Stefana Friedmanna w roli głównej. Pani Halina była świetną suflerką, prywatnie zaprzyjaźnioną z Holoubkami.

Przed przedstawieniem umówili się z Gustawem, że kiedy on zapomni tekst, zasygnalizuje to, stukając palcem w cyferblat zegarka. I wtedy suflerka podrzuci, jak to się mówi w żargonie teatralnym. Spektakl rusza. Holoubek rzeczywiście zapomina, a więc w umówiony sposób pokazuje na swój zegarek. I słyszy:

– Kwadrans po ósmej, panie dyrektorze.

*

Wszyscy pamiętają jego charme, błyskotliwą inteligencję, ironiczny dystans, skłonność do facecji, często pieprznych i dosadnych, ale zawsze à propos. W ten sposób puentował mnóstwo zdarzeń, sytuacji. Palił jak parowóz. W maleńkim sekretariacie Ateneum, gdzie urzędował siedząc na krześle w kąciku, widoczność była znacznie ograniczona, totalny smog. Zdziwionym odpowiadał:

– W końcu jesteśmy w teatrze Jaracza.

*

Koledzy żartują, że Holoubek, zamiast reżyserować, opowiadał dowcipy. No… opowiadał. Jak nikt! Wyzwania podejmowali jedynie Piotr Fronczewski i Marek Kondrat, znakomici facecjoniści. Wszyscy w jednym teatrze!

Opowiadał nawet w okrutnej chorobie, kiedy zjawiał się przy okrągłym stoliczku Czytelnika, u Janeczki Dróżdż, na Wiejskie, w Warszawie. Nie, nie przy „tym stoliku” (obok dawno nieistniejącej księgarenki, pod oknem południowym), bo ten się rozwiązał po niedyskrecjach ujawnionych w gazetowej rozmowie Jacka Żakowskiego z Ireną Szymańską, co członkowie klanu uznali za zdradę tajemnic rodzinnych. Zatem: Holoubek przy malutkim stoliczku, obok bufetu, czekając na samochód, który go zawiezie na regularne zabiegi szpitalne, jadł obiad, obdarzając znajomych swoim dobrym uśmiechem, przemądrym komentarzem dnia, refleksją nad „żywotem człowieka poczciwego”. Do dziś myślę, że dlaczegoś opowiedział ten właśnie dowcip z przecudnej serii o lordzie Penbroke.

Lord zażywa kąpieli. Pływa w morzu, a obok niego pojawia się niespodziewanie jakiś nieznany typ.

– Pan wybaczy, że spytam, ale czy to tak wygodnie pływać w smokingu i w lakierkach?

Na to lord:

– Pan pływa, ja tonę.

*

Słyszę czasami Guciowe opowieści włączane do programów kabaretowych. Jak ta o obywatelach nigdzie niezatrudnionych, bo po co. Znana i dziś scenka: patrol milicyjny legitymuje takiego fenola pod budką z piwem.

– Imię, nazwisko? Miejsce pracy obywatela?

– Nie pracuję – pada szczera odpowiedź.

– Dlaczego?

– Nie ma dla mnie roboty.

– Szukaliście?

– Jak Boga kocham, nie ma.

– A jaki macie zawód.

– Torreador!

*

Holoubek był kimś nadzwyczaj skromnym, nie wygłaszał tyrad o życiu, wszechświecie czy aktorstwie, chociaż filozofem teatru był z pewnością. Studentom powtarzał, że w dialogu, często ważniejsze od tego, co mówisz, bywa, jak słuchasz. Gotowa dewiza na życie, czyż nie?

Dawno temu zgodził się na opublikowanie książkowego wywiadu, po latach napisał uroczą książkę o sobie samym. W sprawach istnych zasłaniał się ironią. Pytany o tajemnice zawodu, powtarzał czasami, że przygotowując się do roli, zawsze warto sięgnąć w głąb siebie samego. O ile się tam kogoś zastanie…

Na tytułowej karcie Króla Edypa, w albumie dokumentującym najgłośniejszą premierę u schyłku reżyserskiej twórczości Holoubka, Gustaw napisał; „Krysi, która tak kocha teatr, a właściwie nie wiadomo dlaczego…”

Z tym pytaniem mnie zostawił.

[Fragment z książki „Notes Krystyny Gucewicz, czyli Fołtyn w śmietanie”]

[Na zdj: pomnik Gustawa Holoubka w Międzyzdrojach]

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.