Iluzja jedynek i miejsc biorących. Wciąż dajemy się wkręcać w narrację wokół spraw nieistotnych, a odwracających uwagę od ważnych. Tak jak ekscytacja na temat tego, kto w prezencie od Kaczyńskiego, Tuska, Hołowni, Kamysza, czy Mentzena dostał „jedynkę” i inne „miejsca biorące” na listach wyborczych. Nie ma czegoś takiego jak miejsca biorące: nasza obecna ordynacja wyborcza stanowi, że mandaty przypadają tym, na których zagłosuje najwięcej ludzi, bez względu na to, na którym miejscu listy byli umieszczeni. O tym, ile mandatów poselskich przypadnie której partii decyduje suma głosów oddanych na jej listę, plus ewentualna premia za pierwsze miejsce w wyścigu wyborczym (d’Hondt). Ta dążność do bycia na szczycie listy to z jednej strony próżność kandydatów, z drugiej – pozostałość po okresie PRL-u, kiedy to władze apelowały o „głosowanie bez skreśleń”, skutkiem czego do Sejmu wchodziły osoby z początku listy. Dziś głosowanie polega na postawieniu krzyżyka przy nazwisku tylko jednego kandydata, który nam się podoba. A że jest wielu ludzi, którzy na listach zauważa tylko liderów i postacie znane z telewizji i na nich głosuje – to nie jest zasada wyborcza, tylko socjotechniczna. Warto głosować zgodnie z własnymi preferencjami, a nie na to, co nam narzucają. Inna rzecz, że zgodnie z zasadą inżyniera Mamonia z „Rejsu” – ludziom podoba się to, co najlepiej znają. No, ale nie musimy być Mamoniami.
Maciej Pinkwart
7 września 2023
