Film „Zielona granica” obejrzę niechętnie, jak większość filmów Agnieszki Holland, które są dziełami z tezą, a zatem bardziej publicystycznymi, niż artystycznymi. Ale w państwach autorytarnych nic nie jest tylko artystyczne. Problem granicy białoruskiej jest stworzony przez reżimy po obydwu stronach; smutne, że jako instrument wewnętrznej walki politycznej wykorzystywana jest tragedia ludzi, zmuszonych do emigracji – przez wojny, głód, zmiany klimatu. Z całym szacunkiem do tragedii na zielonej granicy – to jest nic w porównaniu z tym, co nastąpi za kilka, najdalej kilkadziesiąt lat, kiedy to do bogatej i klimatycznie jeszcze bezpiecznej Europy ruszą nie tysiące osób, ale dziesiątki milionów. Nie powstrzymają ich ani płoty, ani żyletkowe druty kolczaste, ani mniej czy bardziej operetkowe gesty prezesów, premierów, ministrów, mundurowych siłowników. Zdaje się, że żadna z partii aspirujących do rządzenia Polską problemu tego nie porusza w programach wyborczych, świat też chowa głowę w piasek. Nie wchłoniemy milionów ludzi obcych kulturowo, językowo i religijnie, zdesperowanych, którzy za śmiercią musieli się oswoić. Nie powstrzyma ich jeszcze wyższy, może pancerny płot, ani pushbacki – jak nie powstrzymały dziesiątki tysięcy ofiar Morza Śródziemnego. I co wtedy? Starczy nam amunicji, żeby ich wszystkich wystrzelać? Może trzeba dopisać jeszcze jedno pytanie do pisowskiego referendum: „Czy wyrażasz zgodę na zabijanie wszystkich obcych, którzy będą usiłowali wtargnąć do Europy?”
Maciej Pinkwart
