Tomasz Miłkowski o kolejnym etapie szarży marszałka na Teatr Słowackiego:
Pod koniec czerwca marszałek samorządu małopolskiego wyjawił zamiar ogłoszenia konkursu na stanowisko dyrektora Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.
Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że kontrakt kierującego tym teatrem Krzysztofa Głuchowskiego [naj.] upływa 31 sierpnia 2024, a więc za rok z okładem. Co więcej, marszałek Witold Kozłowski chce rozstrzygnąć konkurs do października tego roku. Oznacza to, że ewentualny kandydat na stanowisko miałby nie więcej niż miesiąc na przygotowanie koncepcji programowej swojej dyrekcji, czyli z góry czyni z konkursu farsę. Skąd ten pośpiech?
Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Próby poskromienia niesfornego Teatru trwają już grubo ponad 500 dni, a ich kalendarium wskazuje na rzadką konsekwencję w dążeniu do pozbycia się dyrektora i przejęcia teatru pod bardziej wygodne dla władzy skrzydła.
Samorząd małopolski, który jest organizatorem Teatru Słowackiego, prawdę mówiąc nie interesował się jego pracą aż do czasu wystawienia Dziadów Adama Mickiewicza w reżyserii Mai Kleczewskiej (premiera 19 listopada 2021 roku, w 120. rocznicę premiery Dziadów pod kierunkiem Stanisława Wyspiańskiego). A ściślej aż do momentu, gdy o tej inscenizacji wyraziła zdecydowanie negatywną opinię małopolska kurator oświaty Barbara Nowak. Wprawdzie pani kurator spektaklu Kleczewskiej nie widziała, ale w niczym to jej nie przeszkodziło w sformułowaniu zalecenia dla szkół (cytuję): „ODRADZAM organizację wyjść szkolnych na spektakl „Dziady” w Teatrze J. Słowackiego. W mojej ocenie, haniebne jest używanie dzieła wieszcza A. Mickiewicza dla celów politycznej walki współczesnej opozycji antyrządowej z polską racją stanu”.
Opinię pani kurator wsparł minister Czarnek, który także Dziadów nie widział, ale uznał, że służą złej sprawie.
Na tym się nie skończyło, bo wkrótce odezwał się minister kultury prof. Piotr Gliński, wówczas jeszcze wicepremier, który wyraził przekonanie, że kontrowersyjność Dziadów (on także ich nie widział) przekroczyła dopuszczalne granice kontrowersyjności i wycofał się ze współfinansowania Słowaka, pozbawiając teatr niebagatelnej dotacji, co postawiło pod znakiem zapytania możliwość przygotowania kolejnych premier w sezonie. Wówczas z pomocą pospieszyli widzowie, którzy w odpowiedzi na apel teatru złożyli się na uzupełnienie brakującej dotacji. Dzięki temu doszło do premiery musicalu 1989, kolejnego wielkiego hitu teatru.
Walka z Teatrem mimo to nasilała się, bez związku zresztą z jego kondycją artystyczną i niebywałym powodzeniem Dziadów, a potem innych spektakli.
Paliwa do trwającej już wendetty przeciw Teatrowi dodała zapowiedź występu a potem koncert Marii Peszek w murach teatru. Wywołało to istny szok marszałka i jego akolitów, poruszonych domniemaną „wulgaryzacją sceny”. Rozsierdzony marszałek zapowiedział rychłe odwołanie Głuchowskiego, odpowiedzialnego za naruszanie teatralnego sanktuarium. Trafiła jednak kosa na kamień i dyrektor nie ustąpił pod groźbą ekspulsji. Ponieważ marszałek nie znalazł sposobu, aby pozbyć się dyrektora za niesubordynację programową – prawo gwarantuje bowiem samodzielność programową dyrekcji – intensywnie szukano haków. Taki „haczek” znaleziono, bo jak się okazało, w okresie pandemii dyrektor wynajął firmę sprzątającą bez przetargu, dzięki czemu, uwaga!, zaoszczędził pieniądze teatru. W opinii marszałka było to wykroczenie o wielkiej wadze, rozpoczął więc procedurę odwoławczą, kierując skargę do odpowiednich organów kontrolnych. Organy nie podzieliły opinii marszałka o wadze domniemanych nadużyć i nie sformułowały wniosku o odwołanie dyrektora, co w niczym nie przeszkodziło marszałkowi w kontynuowaniu tzw. procedury odwoławczej ponad wszelkie przewidziane prawem granice. W zasadzie procedura taka trwać może miesiąc, a w wyjątkowych wypadkach dwa miesiące. Kiedy rozmawiałem z dyrektorem Głuchowskim na początku roku, mijał niemal rok od wszczęcia (teraz mija ponad 500 dni) tego permanentnego stanu odwoławczego, co Krzysztof Głuchowski oceniał jednoznacznie jako dewastujący pracę teatru mobbing: „Fakty są takie: to wciąż trwa – mówił dyrektor – jestem mobbingowany przez organizatora, poddawany codziennej presji. Zmagam się z trudnościami finansowymi, ponieważ pieniądze, które daje organizator, nie są wystarczające. Każdego dnia ktoś może mnie odwołać. Nie znam dnia ani godziny – tak się nie pracuje”.
Ten stan nieustannego napięcia potwierdza Lidia Bogaczówna, aktorka związana z Teatrem Słowackiego niemal od 40 lat: „jesteśmy wykończeni psychicznie, jak w takich warunkach skupić się na grze, skoro dopada nas bolesna prawda życia. Nie znamy naszej przyszłości, przyszłości naszego Teatru, któremu oddaliśmy wszystkie nasze siły i marzenia ostatnich lat. Udało nam się, opłaciło się i teraz politycy, którym teatr jest obojętny, bo nie chodzą, mają to zepsuć w imię… no właśnie, w imię czego. Osobistych ambicji? Nierozumienia misji teatru? Wolności twórczej, która się nie poddaje? Niech się politycy zajmują sobą, tam się kłócą, niszczą, dzielą, wykańczają, a nam niech dadzą w spokoju zajmować się przywarami ludzkimi”.
A jednak dyrektor Gluchowski i cały zespół wciąż pracują pod silną presją. Teraz dodatkowo marszałek rozpoczyna wspomniany konkurs na stanowisko dyrektora. To rodzaj symptomatycznej odpowiedzi na list zespołu Słowaka do marszałka z postulatem przedłużenia kontraktu z Krzysztofem Głuchowskim na kolejną kandencję. Na ten list nie udzielił tak naprawdę odpowiedzi, choć odpowiedzią jest ogłoszony zamiar rozpisania konkursu. Protest zespołu wobec tego nowego pomysłu spotkał się z milczeniem urzędu. Tak jak wyrazy solidarności ze strony innych teatrów, artystów, polityków czy radnych Krakowa.
Lidia Bogaczówna apeluje do marszałka: „Całe środowisko, kolejne teatry apelują o wycofanie się z zaplanowanego konkursu. To nie wstyd wycofać się po tak szerokich „konsultacjach” społecznych – bo apelują również Widzowie. Zmiana decyzji świadczyłaby o Pańskiej mądrości, przezorności i trosce o tę wspaniałe rozwijającą się instytucję kultury. Powinien Pan być z nas dumny, przykro, że Pan tego nie okazuje, bo zdobyliśmy w ciągu ostatnich lat najważniejsze nagrody. Widzowie przyjeżdżają do nas z całej Polski, bilety do nas się zdobywa. Co Pan miał na myśli pisząc, że konkurs przyczyni się do dalszego rozwoju. Jeszcze więcej nagród? Jesteśmy na tej drodze, ale na to trzeba pracować parę lat”.
Agnieszka Przepiórska, aktorka która dołączyła do Słowaka dwa temu (w obsadzie Dziadów jako pani Rolisson, ostatnio w spektalu Szymborska. Kropki, przecinki, papierosy w roli Noblistki) solidaryzuje się z zespołem: „osobiście dołączyłam do Zespołu Teatru Słowackiego właśnie ze względu na Krzysztofa Głuchowskiego. Intuicyjnie czułam, że ten znakomity zespół pod jego przewodnictwem jest na fali wznoszącej. Pracowitość aktorek i aktorów, oddanie teatrowi i sztuce, a z drugiej strony opieka formalna, cały system antyprzemocowy, formularze ewaluacyjne sprawia, że Teatr Słowackiego stał się dla mnie bezpieczną i rozwojową przestrzenią do pracy i spełniania artystycznych marzeń. Krzysztof Głuchowski uzmysłowił mi, że artyści nie mogą być marginalizowani, że nasza praca jest istotna i buduje tkankę społeczną. Mamy prawo mówić donośnym głosem i nasze postulaty powinny być uwzględnione, albo chociaż wzięte pod uwagę. Niepokojąca jest buta i arogancja, z jaką marszałek się do nas odnosi”.
Część artystów i obserwatorów uważa, że to osobista niechęć Kozłowskiego do dyrektora. Może. Ale w gruncie rzeczy to mało istotne, bo jakby nie oceniać tej sytuacji, wpisuje się ona w realizowany przez PIS plan podporządkowania sobie wszystkich instytucji artystycznych, aby za ich pośrednictwem roztaczać swoją jedynie słuszną wizję świata.
A dlaczego konkurs ma odbyć się w trybie ekspresowym? To proste: licho nie śpi, w razie przegranych wyborów przez PIS nowy minister kultury z kręgów dzisiejszej opozycji mógłby konkurs odwołać albo unieważnić. Jeśli dyrektor będzie wybrany i powołany przed wyborami, trudniej będzie to odkręć.
Tomasz Miłkowski
