Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Zderzenie cywilizacji, albo kilka uwag na marginesie afery genewskiej

Michał Centkowski komentuje w tygodniku „Przegląd” dyskusję wokół niedoszłej premiery Krystiana Lupy w Genewie

W sprawie afery wokół niedoszłej premiery Krystiana Lupy powiedziano i napisano już wiele. W większości tych emocjonalnych głosów, tak broniących wielkiego reżysera, jak i krytykujących na jego przykładzie systemowe patologie rodzimego życia teatralnego, czy też wieszczących zmierzch epoki mistrzów, umyka, jeśli nie sedno, to przynajmniej jeden z fundamentalnych kontekstów sprawy. Tłumaczący także nadspodziewanie wysoką temperaturę sporu. W interesującej i bardzo potrzebnej w naszym kraju dyskusji wywołanej „incydentem genewskim”, pojawiają się coraz częściej dość egzotyczne głosy zdziwienia czy też zaskoczenia innymi, nieraz skrajnie innymi standardami pracy, czy też w ogóle funkcjonowania zachodnich teatrów – szerzej instytucji kultury – tak w Szwajcarii, jak i w Niemczech czy Francji. Słowem, wielu ludzi w naszym kraju, także ludzi w kulturze skądinąd zorientowanych, ze zdziwieniem odkrywa, że w krajach nieco bardziej od Polski cywilizowanych praca, także praca w najwyższych sferach ducha, może wyglądać inaczej.

Że wybierani zwykle w ramach merytorycznych postępowań konkursowych, rzadko przyspawani na dekady do tego samego stołka dyrektorki i dyrektorzy działają według jasnych procedur i dbają o standardy pracy. Że właśnie owe wypracowane standardy i procedury, a nie klientelizm dyrektorsko- reżyserski, uznaniowość i folwarczny styl zarządzania są tam cenione. Że awanturowanie się pod wpływem alkoholu, nie jest w miejscu pracy akceptowane, bez względu na to, jak wybitnym jest się artystą. Że produkcja jednego spektaklu nie może destabilizować pracy całej instytucji, przez kilkanaście miesięcy oraz nadwyrężać jej budżetu, jakkolwiek duży by nie był. Wreszcie, co wielu przedstawicieli tak bliskich mi środowisk progresywnych zdaje się odkrywać dopiero teraz, że szacunek i podmiotowe traktowanie, bezpieczeństwo i higiena pracy, oraz godne wynagrodzenie i warunki zatrudnienia, a nie skandaliczny wyzysk, należą się nie tylko przedstawicielom pionu artystycznego, ale także na przykład pracownikom technicznym.

To dobrze. Może przy tej okazji odkryjemy również, że dla przykładu w krajach niemieckojęzycznych istnieją tzw. widełki wynagrodzeń. Różne rzecz jasna, w zależności od dorobku twórców, ale wciąż mieszczące się w ramach przyzwoitości. Tymczasem u nas, jak ujawniła niedawna afera w jednym ze stołecznych teatrów, za podobną pracę jednym płaci się dwieście tysięcy, a innym dwa.

A właśnie z chorego systemu, w którym zasobów jest za mało, a te które są, dzieli się w sposób skrajnie niesprawiedliwy i nieprzejrzysty, rodzi się tak chętnie przez część komentatorów piętnowany w kontekście afery z Lupą rewanżyzm, złość i frustracja tych, którzy w polskim, niedofinansowanym teatrze są pariasami. Czyli znakomitej większości spauperyzowanego środowiska teatralnego. I trudno się temu dziwić. W świecie kurczących się i niesprawiedliwie, często według politycznego klucza lub środowiskowych koterii dystrybuowanych środków, gniewu i frustracji będzie coraz więcej. A walka o zasoby stanie się jeszcze bardziej drapieżna.

Może więc, zamiast kurczowej obrony przemocowego pod każdym względem status quo – systemu hołdującego patologiczno-folwarcznemu zarządzaniu, nieszanującego pracy i godności innych, pełnego przemocy i wyzysku, wspólnie powinniśmy zastanowić się, jak wypracować podobne tym zachodnim, bardziej przejrzyste, bardziej sprawiedliwe i merytoryczne zasady (współ)pracy i podziału publicznych przecież środków.

Wracając zaś do Krystiana Lupy, smuci obraz wielkiego artysty wyraźnie zdziwionego tym, że w jego własnym mniemaniu, nagle potępia się go za coś, co dotychczas nie tylko tolerowano, ale wręcz uważano za magiczny, nieodzowny składnik twórczej metody, czy też uprawiania sztuki w ogóle, a co tyleż szumnie, co mętnie nazywa się „przekroczeniem”. Ale w tym ludzkim i jednostkowym wymiarze, także i tej sprawy, ważniejsze pozostaje chyba pytanie o to, czy jakakolwiek „sztuka” usprawiedliwia przemoc fizyczną, seksualną, symboliczną, czy też ekonomiczną.

Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam, w miarę własnych kwalifikacji intelektualnych i etycznych. Przed tymi zaś, którym owych kwalifikacji mogłoby zabraknąć, przynajmniej w jakimś stopniu, chronić nas mogą jako wspólnotę, tak w świecie kultury, jak i w życiu społecznym, jedynie precyzyjne, mądre, merytorycznie wypracowane procedury, standardy i metody pracy. Na przykład psychologowie, mediatorzy czy konsultantki i konsultanci ds. scen intymnych, zatrudniani w teatrach i uczestniczący w twórczych procesach, tak jak dzieje się to już dziś w wielu teatrach niemieckich, w których, wbrew obawom miłośników systemu mistrzowskiego, wciąż powstają wybitne spektakle uznanych twórców. Pomimo, w mniejszym stopniu, acz wciąż pewnie występujących nadużyć, a nie dzięki nim.

Michał Centkowski

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.