Przejdź do treści
tinder polska

Kilka słów o spektaklu „Jentl” w Teatrze Żydowskim w Warszawie i o Aleksandrze Idkowskiej w roli głównej bohaterki spektaklu

Przed killkoma dniami, 1 kwietnia (ale to nie prima aprilis) miałem przyjemność oglądać Aleksandrę Idkowską w głównej roli musicalu „Jentl” w Teatrze Żydowskim w Warszawie. Idkowska, niezwykle uzdolniona wokalistka i pianistka jest w tej chwili studentką III roku Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie i już zdążyła zdobyć m.in. II nagrodę w finałowej edycji Ogólnopolskiego Festiwalu „Pamiętajmy o Osieckiej” (Poznań 2022) i I nagrodę 27 marca br. w drugiej edycji Międzyuczelnianego Konkursu Musicalowego.

W polskim spektaklu (wyraźnie różniącym się od powszechnie znanej wersji filmowej z Barbarą Streisand), w reżyserii Roberta Talarczyka i z jego tekstami piosenek, z muzyką Hadriana F. Tabęckiego, oglądaliśmy świat pieczołowicie skonstruowany, choć w musicalowo skrótowym ujęciu – chwilami może nawet za mało skrótowym – świat tradycyjnej kultury żydowskiej. Jest to świat Singerowskiej prozy, świat dla przeciętnego polskiego odbiorcy kolorowy, specyficzny, niecodzienny, ale ciekawy, bo oryginalny z mnóstwem charakterystycznych obyczajajów, rytuałów, strojów, które mają swoje znaczenie, które dla wierzącego i praktykujacego Żyda są oczywiste, nieodłączne i konieczne, jak Tora. Jentl pała pragnieniem zgłębienia ukrytych w niej idei, całej jej mądrości. Nie zamierza być rewolucjonistką, ale pod pewnym względem się nią staje. Przeciwstawia się, i to w absolutnie zdecydowany sposób, panującej tradycji ortodoksyjnej, w której rola kobiety – dziewczyny jest społecznie zbyt ograniczona. Ta odwieczna dyskryminacja kobiet uniemożliwia jej studiowanie Tory, dochodzenie przez poznanie do prawdy. Dlatego ta pełna animuszu „buntowniczka” , pałająca żądzą wiedzy niedostępnej dla kobiet, musi się przedzierzgnąć w chłopaka. I Ola Idkowska staje się na scenie chłopakiem, choć pełnym ukrytego wdzięku. Tego się nie da z siebie wyrzucić. Ale to właśnie daje spotęgowanie pozytywnego wrażenia, jeszcze bardziej przyciąga widza do bohatera/bohaterki sztuki. Aktorska wyrazistość Aleksandry Idkowskiej i ów magnetyzm wdzięku, a przy tym pełnia umiejętności wokalnych, sprawiają, że nie odczuwa się nawet w pewnych sekwencjach spowolnionego tempa akcji , wynikającego z pozytywnych skąd innąd skłonności twórców spektaklu do wierności autentyzmowi budowanego modelu świata, bardzo wyraźnie i szczegółowo zakorzenionego w charakterystycznej, tradycyjnej rodzajowości. Świat przedstawiony przez Roberta Talarczyka, wydobyty oczywiście z wyobraźni wybitnego amerykańskiego pisarza żydowskiego pochodzenia, noblisty, Isaaka Bashevisa Singera, jest kolorowy, estetycznie intensywny, kostiumowo bogaty, tworząc całość logicznie zasadną, jak zresztą cała scenografia i warstwa fabularna. Zrównoważone są w spektaklu fragmentami wokalnymi momenty uspokojenia – tego, co można by potraktować jako spowolnienie akcji wobec sytuacji dramatycznego wzmożenia. I jeszcze jedno: trudno porównywać znany muzyczny klasyk filmowy – „Jentl” – z propozycją teatralnego przedstawienia, które się rządzi zupełnie innymi prawami. Teatr wnosi zawsze większą umowność oglądanego obrazu, pewien skrót wyobrażeniowy, skondensowany na mniejszej i też bardziej symbolicznej przestrzeni niż jest to w filmie, zazwyczaj skazanym na bardziej dosłowny i szczegółowy przekaz fragmentu rzeczywistości. Muzyka w warszawskim spektaklu jest też całkiem inna niż w filmie, zresztą w moim przekonaniu bardzo ciekawa, całości spektaklu nadająca właściwego charakteru, a także w odpowiednich momentach podbijająca dramaturgię sytuacyjną. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że jak na mój gust, proporcje scen dialogowych – mówionych i muzycznych – wokalnych rozszerzyłbym na korzyść tych drugich. Chciałbym jeszcze więcej muzyki Tabęckiego, jeszcze więcej partii śpiewanych w sztuce musicalowej przy jednoczesnym ograniczeniu narracji pozamuzycznych. Może to jednak zbyt subiektywne widzenie. Jedną z zasadniczych dla mnie zalet spektaklu jest zwrócenie się twórców tego muzycznego spektaklu w kierunku źródła głębszego niż to zazwyczaj bywa przy musicalowych wyborach – do prawdziwej literatury, która nie tylko w swym oryginale stanowi klasę światową (choć nie musi to być zaraz literatura noblisty), ale która podejmuje rzeczywiste, znaczące problemy, a nie operuje typowym miałkim, banalnym tematem jak większość niewybitnych musicali czy starodawnych operetek. I za to też chwała reżyserowi i dyrekcji Teatru. W konkluzji cały spektakl jak i Jentl Idkowskiej są warte grzechu, grzechu, za który czai się gdzieś u powały bicz kary niczym plagi zawieszone nad Sodomą i Gomorą. Ja bym jednak zaryzykował. Dla smaków dobrej sztuki warto się narażać wszelkim bogom.

Grzegorz Walczak

__________________________

Jentl” Isaaka Bashevisa Singera i Leah Napolin (na podstawie opowiadania I. B. Singera), tłumaczenie – Remigiusz Grzela,

reżyseria i teksty piosenek – Robert Talarczyk, muzyka – Hadrian Filip Tabęcki, scenografia i kostiumy – Katarzyna Borkowska, choreografia- Jakub Lewandowski.

Spektakl 1.04. 2023 r. Teatr Żydowski w Warszawie.

[Fot. archiwum Teatru Żydowskiego]

Leave a Reply