Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

TAŃCZĄC Z ANDREW BOVELLEM

Jagoda Opalińska o spektaklu To wiem na pewno w Teatrze Ateneum:

Jest to w pewnym stopniu dance macabre. Ale również wybijany kadencją psychologizmu rytm chodzonego. Materii pomieszanie wibrujące na planie rodzinnych zdjęć. Fotoplastikon, który się nie tylko kręci, lecz autentycznie rozkręca. Formę oraz efekt widać wśród rozmaitych narracyjnych motywów sztuki Things I Know to Be True (prapremiera The State Theatre Company South Australia, maj 2016). Pytanie dla kogo i po co cały ten kreacyjny błysk.

Andrew Bovell szczególnego rodzaju choreografię teatralną uprawia od lat, wpisując swój tryb przekazu w rzetelny warsztat dramatopisarski. Australijczyk z krwi i kości. Fakt ważny dla naturalistycznych zbliżeń, które twórca nasyca pospołu i zapachem, i kolorem Australii Południowej. Jednak nie nazwałabym Go pejzażystą, ale tropicielem odrzucanych intencji, tragicznie splątanych słów bez pokrycia. Bovellowski opis świata trzyma się więc konkretu a szerokim łukiem wciąż okrąża strefę ciszy i niedopowiedzenia. Czuć tam dwugłos dramatopisarza i scenarzysty, który dialog puentuje kadrem, zaś kadr uzasadnia dialogiem. Mocne strukturalne fundamenty oraz konsekwentny narracyjny ład zaowocowały ilością teatralnych premier. Popularny, ceniony autor ma dziś wierną publiczność oraz cały szereg prestiżowych wyróżnień – m.in. Australians Writer’s Guild Award. Natomiast idąc kiedyś szlakiem filmowym, obejrzałam Strictly Ballrroom Baza Luhmana. Choć romantyczno-komediowy ton historii tancerza buntownika (sic!) nie porywa, jednak zostaje smak żywiołowych kwestii odbijanych żartobliwym mimochodem, gdzie można się domyślać bezpośredniego udziału współautora scenariusza Andrew Bovella.

Właśnie trop australijskich realiów oraz uniwersalny drogowskaz są obecne w przestrzeniach tekstu Things I Know to Be True (polski tytuł: To wiem na pewno – premiera Ateneum Scena 20, 21 V 2022). Zwięzły, ostry, chwilami wręcz rwany przekład Rubi Birden bardzo dobrze się odnajduje w trybach opowiadanej historii. Zwłaszcza, że towarzyszy mu inscenizatorski rygor. Iwona Kempa (reżyseria, opracowanie muzyczne) z uwagą i rozwagą przedstawia, a równocześnie formatuje rodzinny konterfekt. Stop klatka pojawia się obok zbiorowego ujęcia. Taka perspektywa krok po kroku odsłania specyficzną wspólnotową dysharmonię. Nie ma winnych. Są pokiereszowane nadzieje, zakleszczone wybory. Do tej cholernej szamotaniny argumentów: za i przeciw – sam autor wprowadził znamienny komentarz:

„Gdy zmarła moja mama, stałem się «niczyim dzieckiem». Kiedy moje najmłodsze dziecko opuściło dom (…) «jakbym został niczyim ojcem». Chciałem zbadać, co to znaczy. (…) Myślę też, że opisałem historię uniwersalną. Kiedy sztuka trafiła na deski teatralne w Londynie,zachowano co prawda scenerię australijskich przedmieść, ale przecież nie każdy musi utożsamiać się z takim akurad otoczeniem; każdy za to może znależć siebie w temacie sztuki – rzeczy o miłości w rodzinie i tym, co ją podtrzymuje i chroni, a czasem hamuje i niszczy.”

Przesłanie jasne, choć nieco zbyt deklaratywne. Syndrom opuszczonego gniazda. Więź, która spajając, rani. Summa summarum diagnozy na pograniczu oczywistej oczywistości. Ale uwaga, uwaga, bo coś, gdzieś zaczyna się żarzyć. Ten żar, kumulowany wśród wyraziście kształtowanych przez Iwonę Kempę obrazów, nabiera mocy ognia dzięki aktorskiemu chórowi.

Wszystkich razem i z osobna autentycznie stymuluje emocjoalna determinacja scenicznych portretów. Wszystkich, czyli: Agatę Kuleszę (Matka), Przemysława Bluszcza (Ojciec) oraz czwórkę latorośli – Paulinę Gałązkę (Pola), Pawła Gasztolda-Wierzbickiego (Marek), Jana Wieteskę (Beniamin), Walerię Gorobets (Róża). Mocny, soczysty wielogłos pod niekwestionowanym przywódctwem osoby, która per fas et nefas strzeże domowego ogniska.

Już od dawna podejrzewałam, że Agata Kulesza każdą dialogową mieliznę przerobi na odruch prawdy. Kiedy trzeba wzmocnić kwestię, podepnie gest. Kiedy należy stłumić siup-ekspresję, osadzi w strzemionach ruch. A tu tak właśnie jest. Usytuowanej na osi krzyżujących się zdarzeń postaci Matki często groził wizerunkowy truizm, któremu Kulesza po prostu ukręca łeb… No cóż, po prostu mistrzowska klasa, znakomite rzemiosło oraz cudownie dawkowana ekspresyjna fantazja. Szkoda, że tej ostatniej zabrakło w roli Ojca. Przemysław Bluszcz – ciekawy artysta, którego bardzo cenię za odwagę w balansowaniu na krawędzi sięgającego trzewi mentalnego kamuflażu – tym razem zbyt dosłownie potraktował literacką materię zero-jedynkowej charakterystyki bohatera. Uciekły intencje, a został nie uzewnętrzniany tylko zewnętrzny opis.

Rodzicielski azymut konstytuuje się, gubi, wraca. Andrew Bovell umieścił ten mechanizm, wędrując tropem młodego pokolenia. Wskazywał drogi donikąd i na przekór. Trasy w stronę zmiany i wyzwania. Lecz szczerze powiedziawszy, rzadko sięgał genezy. Więcej gadał, niż dociekał. Natomiast aktorski kwartet, w trzech czwartych jeszcze studencki (!), zrealizował wyjątkowo starannie uszyte role. Mocny szew, żadnych zbędnych ozdóbek. Świetna robota, a co zwłaszcza istotne, ambitna próba sięgnięcia strefy trudnych, bolesnych przemilczeń. Tak ze scenicznym wdziękiem i przytupem wkracza w słodko-gorzką dojrzałość Pola Pauliny Gałązki. Tak precyzyjnie owinięty celofanem infantylizmu i neurozy staje wobec ceny za życiowe matactwo Beniamin Jana Wieteski.

Dostrzegając indywidualny rys czterech postaci, chciałabym wydobyć zwłaszcza dwie kontrastowe role. Żywiołowa, wielobarwna, na przemian śmiała i nieśmiała Róża Walerii Gorobets oraz powściągliwy, chwilami ascetyczny a jednocześnie generowany siłą uwalnianych prawd o sobie Marek Pawła Gasztolda-Wierzbickiego.

Klarowny reżyserski zamysł. Silne aktorstwo. Stąd należne spektaklowi brawa.

Jednak tańcząc wedle Bovellowskiej miary słowa, zbyt często ślizgamy się po powierzchni i zdawkowych, i przewidywalnych pisarskich konstatacji. Dlatego proszę Państwa, skoro już ma być na anglosaską nutę, polecam taniec z Haroldem Pinterem. On bowiem słyszał w każdym werbalno-sytuacyjnym segmencie głęboko skrywany dźwięk tajemnicy. I tędy droga.

Jagoda Opalińska

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.