Mam serdeczną przyjaciółkę, która głosuje na PiS. To brzmi jak oksymoron i przeważnie nim jest, ale nic na to nie mogę poradzić – znamy się już 60 lat i nie w takich sprawach się różniliśmy. Przyjaciółka nie mieszka na zapadłym zatylu, nie jest odgrodzona od świata barierą jedynej dostępnej telewizji państwowej, skończyła porządne studia na Uniwersytecie Warszawskim, widziała sporo świata, pracowała w zagranicznej korporacji. Jej wybór polityczny nastąpił świadomie, widziały gały co brały. Nie ma dzieci, więc nie kupiono jej za 500 plus, a po studiach z dziedziny nauk ścisłych umie liczyć i zdaje sobie sprawę, że 13 i 14 emerytura nie są żadnymi emeryturami, a fakt obniżenia wieku emerytalnego świetnie interpretuje jako obniżenie tychże emerytur w przyszłości. Jest bezwzględnie uczciwa, kulturalna, oczytana, empatyczna, większość czasu zajmuje jej bezinteresowne pomaganie innym, jest naprawdę prawa i sprawiedliwa. Od nowej władzy nie dostała nic, nic w jej życiu po tzw. dobrej zmianie się nie zmieniło. Dlaczego więc, warum, pourquoi, taki wybór?
Stoją za tym dwie rzeczy, które różnią nas fundamentalnie: podejście do historii i rola religii w państwie. Ona uważa, że w życiu prawdziwego patrioty (no, tu jest trzecia sprawa, która nas różni: ja uważam, że od machania biało-czerwonymi chorągiewkami Polska nie robi się ważniejsza) najistotniejsza jest cześć dla historii. Odwiedzanie pola bitwy nad Bzurą jest naszym hołdem, złożonym naszej Ojczyźnie. Kochamy Puszczę Kampinoską nie dlatego, że jest piękna i są w niej łosie, tylko dlatego, że tam leżą nasi umarli. Nowoczesność i spojrzenie w przyszłość przez instrumenty Centrum Kopernikańskiego nie jest istotne, bo nasza przyszłość jest zdeterminowana i leży w rękach Stwórcy. Rozwój techniki jest nam potrzebny dlatego, żeby dogonić Niemców, z którymi tyle razy przegraliśmy, a Mierzeję Wiślaną przekopaliśmy po to, żeby dokuczyć bolszewikom, którzy zabili naszych dziadów w Katyniu. Oglądamy TVP dlatego, żeby wesprzeć nasz rząd, który zbuduje Łuk Triumfalny na cześć Matki Bożej, księdza Skorupki, Józefa Piłsudskiego i jego Kasztanki. Moje sugestie na temat tego, że idąc naprzód z głową odwróconą do tyłu niezawodnie wyrżniemy o najbliższą latarnię i że może by warto zająć się tym, gdzie i jak przyjdzie nam i naszym następcom żyć nie w przyszłej kadencji, tylko za sto lat – nie są podejmowane. Dodatkowy paradoks polega na tym, że moja przyjaciółka pracowała z najnowszymi technologiami jako cybernetyk, ja zaś z wykształcenia mam wiedzę o tym, co było na Ziemi 50 wieków temu.
Religia jest, zdaję sobie z tego sprawę, trwale obecna w życiu większości społeczeństw, choć wiem także i to, że katolicyzm, jako najliczniej deklarowane wyznanie na świecie, obejmuje swoim zasięgiem – według źródeł kościelnych – ok. miliard trzysta milionów ludzi. Czyli 18,5 procent światowej populacji. I odsetek ten codziennie maleje. Ilu wśród statystycznych katolików jest osób praktykujących – nie wiadomo. Jeszcze mniej wiadomo na temat tego, ilu ludzi chce, by kościół katolicki był jednym z ogniw władzy panującej w ich krajach. W Polsce nawet rozmowa na ten temat jest może nie tyle zabroniona, ile źle widziana. A między mną i moją przyjaciółką ta rafa jest starannie w rozmowach omijana.
Zapatrzenie w przeszłość, pod szyldem wiary, tradycji i anty… – no, właśnie nie wiem co anty: antykomunizmu w czasach gdy w Polsce w przeciwieństwie do większości krajów komunizm jest prawnie zakazany? Antyliberalizmu? Antyglobalizmu? Antyrosyjskości, antyniemieckości, antyislamizmu, antyreligijności innej niż ortodoksyjnie katolicka? Antykoncepcji? No, antykoncepcji to na pewno. – A więc życie pod sztandarami tego antyku na co dzień jest zapewne dość uciążliwe, bo ani się do taksówki nie da wsiąść ze skrzydłami husarskimi na plecach, ani jakoś nie przyjęło się – jak przyjęło się w islamie – publiczne pięciokrotne modlenie się z głową na wschód, na wschodzie jest Białoruś, Rosja i Ukraina, to u nas nie przejdzie, a codzienne pielgrzymowanie na cmentarze jest uciążliwe w sytuacji, gdy jednak trzeba pracować, robić zakupy, coś jeść i oglądać rządową telewizję.
I w tej sytuacji jedyną radą na te uciążliwości jest to, żeby cmentarze przyszły do nas.
Młody reporter krakowskiej TVP, skądinąd gej – nie ma to większego znaczenia dla całej opowieści, ale to teraz modne, a w dodatku zapewne konieczne dla podkreślenia tożsamości autora – zamiast robić wywiad z dawną gwiazdą operową (pracuje w dziale kulturalnym) – zostaje wysłany w tzw. teren, gdzie został zdewastowany cmentarz. W trakcie nagrania okazuje się, że dewastacji dokonano nie z zewnątrz, tylko od środka. A nawet – z głębi. Po prostu grób się otworzył i nieboszczyk go opuścił, niszcząc nagrobek, krzyż i wazony z kwiatami. I to nie jakiś tam świeży, który mógłby być w letargu, nie – mocno już zleżały, a może wręcz sfatygowany przez czas, chemię i biologię. Co łatwo można stwierdzić gołym okiem, a tym bardziej okiem usytuowanym za kamerą, bo dewastator stoi sobie pod cmentarzem, niepewnie chwiejąc się na nogach, posuwając się tam i sam.
Strach, strach, strach, rany boskie, rany boskie. Niebawem okazuje się, że groby otwierają się niemal wszędzie, i w podkrakowskich wioskach, i na Salwatorze, i na Rakowickim, potem i w Warszawie, i w Łodzi, i wszędzie. Zaczyna nam to już powszednieć. Już nie wystarczają odniesienia do Nocy żywych trupów, no bo zombim można nazwać jednego, dwóch czy dwudziestu anonimowych umrzyków, czy może – byłych umrzyków – z Cikowic pod Bochnią, ale lada dzień okazuje się, że zmartwychwstaje cały Wawel, od króla Jagiełły, przez Kościuszkę i Piłsudskiego po – no, sami wiecie kogo. I święta Jadwiga, i święty Stanisław ze Szczepanowa i kardynał Wyszyński… Sami Polacy i tylko w Polsce zjawisko to ma miejsce, nagle z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień cała nasza historia staje nam przed oczami, może w niepięknej postaci, ale zawsze. Popękane czaszki, wyłupione oczy, zardzewiałe szyszaki, spleśniałe aksamity, wyżarta przez robaki Kasztanka… Umarlaki, które z czasem zaczynają być nazywane zmartwychwstańcami, czy bardziej familiarnie – antenatami, chodzą sobie powolutku, przelewają się przez szosy i ulice, kupią wokół co znaczniejszych – nie wiadomo czym żyją, bo nic nie jedzą, nic nie mówią, porozumieć się z nimi się nie da, niemrawo reagują czasem na święte obrazy, niekiedy daje się słyszeć pomruk, jakby Rotą czy Bogurodzicą brzęczeli. Krzywdy nikomu nie robią, po prostu są. I tylko u nas, więc z czasem stają się atrakcją turystyczną dla całego świata, który przyjeżdża tłumnie, robi sobie z nimi selfie, podziwia Polaków, że mają tylu wspaniałych ożywionych umrzyków, którzy powoli opanowują całe miasta i wsie.
Aż któregoś dnia jacyś Chinole chcą wymodelować jakiegoś zombiaka do efektowniejszego zdjęcia, ten wyszczerza przegniłe zęby i gryzie turystów w szyję i w bark. I Chińczycy sami zmieniają się w zombie, tracą swoją chińskość i zostają umarłymi Polakami. A potem polskie zombie ruszają w świat i każdego niepolaka zmieniają w naszego rodaka. Byłego rodaka, ale zawsze. I tak cały świat staje się byłą Polską – po czym zombie wracają do stron ojczystych, do tych pól malowanych zbożem rozmaitem i rozprawiają się z jeszcze żywymi Polakami.
Jacek Dehnel napisał książkę genialną w swej obrazoburczości, wdeptując w błoto największe polskie świętości, kult historii, lekceważenie dla zasad obowiązujących w normalnym świecie, rysując grubą kreską te polskie wady narodowe, które jeszcze do niedawna w Polsce – a dziś niemal w całym świecie – były traktowane niepoważnie, jako folklor, margines czy obsesję, całą naszą patriotyczną, może raczej pseudopatriotyczną tromtadrację, elephantiasis historii, obowiązkowość kultu prawicowych idoli, monumentalizację obłudy, chamstwa i głupoty. Dawno żadna książka mnie tak nie wkurzyła, niemal na każdej stronie znajdywałem coś, co mnie wprost zmuszało do wrzasku: nie, dość tego, to już nie do wytrzymania, tego już za dużo… Aż wreszcie zrozumiałem, że ten pastisz to rozpaczliwy krzyk protestu, groteskowa przestroga przed czymś, do czego dajemy się zaciągać – bezwiednie, lub z pełną świadomością, chroniąc się przed czymś, czego w masie nie rozumiemy – przed przyszłością – i uciekamy w historię i religię, a raczej w coś co już dawno umarło, a my wyciągamy to coś z grobów, ubieramy w kostiumy, przy których przebranie Michaela Myersa z Halloween jest wyjściowym frakiem. Historii też nie rozumiemy, religię ekshumujemy z kart Sienkiewicza i uważamy, że nasi umarli poprowadzą nas w słoneczną przyszłość, podbiją dla nas świat, a my posiedzimy na przyzbie, szeleszcząc orlimi piórami na kurzych grzędach.
To powieść lecznicza, ale to lekarstwo jest gorzkie, a rany, zadane przez lekturę bolą długo. Motto z Marii Janion, pokazujące obciążenia, z jakimi Polska idzie do Europy, zostało tu zilustrowane treścią, która jest jak sól, sypana na rany. Czteropak piwa, dobry wytrawny shiraz, pół litra czystej czy szklanka absyntu, a w ostateczności pudełko czekoladek – i do lektury. Ale z naszymi umarłymi nie jest lekturą na kilka pogodnych weekendowych godzin pod szumiącą polską gruszą, jednak przeczytać to trzeba. Opublikowana w 2019 roku, dziś – kiedy znów stoimy przed wyborami i przed osobistym wyborem, co robić z życiem, jeśli na dłużej zamkną nas w tym statku szaleńców – jest jeszcze bardziej aktualna, niż trzy lata temu. Nie będzie łatwo, będzie okropnie, ale zanurzymy się w tę polskość do urzygu i może z opróżnionym żołądkiem i załzawionymi oczami zobaczymy wreszcie to, gdzieśmy to zaszli. Przetrzyjmy oczy, zanim wszyscy zamienimy się w antenatów, zmartwychwstańców, polskie zombie.
Maciej Pinkwart
———————
Jacek Dehnel, Ale z naszymi umarłymi, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019, 233 strony.
