Maciej Pinkwart o biografii Marii Rodziewiczówny
Długo nie wiedziałem, że można kochać osobę tej samej płci. Wmawiano mi co prawda, że muszę kochać ojca, Pana Jezusa, Władysława Gomułkę i Adama Mickiewicza, ale ja i tak wolałem kochać mamę, siostrę Danielę, Ojczyznę i Elę Kunicką z klasy maturalnej. Prowadzałem się po polach z chłopakami, paliłem papierosy w męskiej toalecie, piłem na strychu wino truskawkowe „Strawberry”, biłem się z nimi o Jolę Łacińską i zwierzałem z innych nieszczęśliwych miłości, ale to byli koledzy, kumple. Jeśli ktoś stronił od kobiet i nie lubił dzieci, to zostawał starym kawalerem, któremu może mniej się współczuło niż starej pannie, bo on zwykle poświęcał się nauce czy polityce, a one roniły łzy samotności nad wystygłą zupą jarzynową, albo zamieszkiwały z innymi starymi pannami. Pedał kojarzył się tylko z rowerem, ciotka z siostrą mamy albo z comiesięczną przypadłością koleżanki, a gej z Josephem Gay-Lussakiem i jego prawem o stałości stosunku objętości gazu do jego temperatury. Miałem zostać chemikiem.
Chyba dopiero na studiach przeczytałem z wypiekami książkę Jamesa Baldwina Inny kraj i dowiedziałem się, że istnieje miłość homoseksualna i biseksualna, że Murzyn to taki sam Amerykanin jak Polak czy Chińczyk, tylko bardziej i że to, co wiem o miłości jest dobre na Milanówek, no, może nawet Mokotów, ale na nowojorski Harlem to już nie. To był rzeczywiście inny kraj, z którym nie miałem i nie będę miał nic wspólnego, ale istniejący obiektywnie, tak jak Nowa Zelandia czy Nowy Targ, więc jego istnienie muszę zaakceptować. Potem, po latach, obejrzałem filmy o homoseksualistach Filadelfia, którą pokochałem i Tajemnica Brokeback Mountain, który mnie znudził, a w Nowym Targu zamieszkałem. Przez 37 lat pracowałem w Muzeum Karola Szymanowskiego, kłóciłem się z Jerzym Waldorffem, korespondowałem z Jarosławem Iwaszkiewiczem. Nie zmieniło to moich preferencji, niewykluczone, że na to muszę poczekać, aż zamieszkam w Nowej Zelandii.
Z dziewczynami zawsze było inaczej: obejmowały się, chodziły za rączkę, pożyczały sobie ubranie, zawsze były trochę z innego nie tylko kraju, ale wręcz z innego świata. Nawet będąc z nimi tak blisko, jak tylko było można, miało się wrażenie, że się jest w jej ojczyźnie co najwyżej ambasadorem innego państwa. Dziś, nawet wśród moich zupełnie dorosłych znajomych kobiet, jest też jakaś inność: każda z nich co najmniej raz w miesiącu zmienia swoje zdjęcie profilowe na Facebooku, co wywołuje od razu falę komentarzy: Piękna! Ale jesteś śliczna! Moja kochana, gratuluję! – i tak dalej. Wszystkie te komplementy są autorstwa innych kobiet. No to wyobraźcie sobie w naszym już tak dziś wyemancypowanym świecie takie komentarze pod męskimi fotkami zamieszczane przez innych mężczyzn!
Dlatego może w naszym wciąż jeszcze trochę zmaskulinizowanym świecie szerzej aprobowane są związki kobiet z kobietami. Zawsze wiedzieliśmy, że niewiasty, zwłaszcza w starszym wieku, kiedy wyprowadzą się dzieci i pomrą lub porzucą ich mężowie, chętnie zamieszkują razem z innymi wdowami czy rozwódkami, a i wcześniej, na studiach wynajmują wspólnie kwaterę, zresztą zwykle w kilka osób, tej samej płci.
Długo, długo potem zaczęły się przebijać do mojej świadomości wiadomości o związkach Marii Konopnickiej z malarką Marią Dulębianką i Marii Dąbrowskiej z Anną Kowalską. Konopnickiej, skądinąd matki ośmiorga dzieci, osoby w której kochali się mężczyźni, a jeden z nich, odrzucony, zastrzelił się przed hotelem w Grazu, gdzie zamieszkała z Dulębianką, nigdy nie lubiłem. Może to dlatego, że w szkole kazali nam się nauczyć na pamięć fragmentu jednego z jej utworów: Szkapę kochaliśmy niezmiernie…, a nasza surowa profesorka od fizyki nazywana była przez nas pieszczotliwie Kobyłą. Być może, z powodu tej miłości Konopnickiej do szkapy, nic w jej życiu nie wydawało mi się niemożliwe.
Młodsza o przeszło 20 lat Maria Rodziewiczówna, najbardziej poczytna – po Sienkiewiczu – pisarka przełomu XIX i XX wieku, kochała i szkapy, i chłopów, bagnistą ziemię Polesia i Narodową Demokrację, Siostry Niepokalanki z Jazłowca i swoją nieliczną, trudną we współżyciu rodzinę. No i własną twórczość, którą kochali także niemal wszyscy umiejący czytać Polacy. Ale najbardziej kochała kobiety, z którymi wiązała się przez całe życie. I dzieje tych skomplikowanych miłości stały się główną treścią wydanej ostatnio biografii pisarki, którą pod tytułem Rodziewicz-ówna. Gorąca dusza napisała Emilia Padoł.
Najtrudniej jest przebrnąć przez opis dzieciństwa i młodości Rodziewiczówny, bo i jej status jest wówczas mocno niejasny, i czasy okropne (po powstaniu styczniowym), a najtrudniejsza jest kwestia majątkowa. Chyba los zmusił Marię do tego, że po szkole Niepokalanek w Jazłowcu musiała zająć się rodzinnym majątkiem w Hruszowie, a jednocześnie wykorzystać swój nagle objawiony talent literacki – to niejako zdeterminowało jej dalszą rolę życiową. Ostrzygła włosy na krótko, zaczęła nosić koszule z krawatami, męskie marynarki, wysokie buty, świetnie posługiwała się bronią – i zamieszkała najpierw z poznaną w Stowarzyszeniu Ziemianek starszą od siebie Heleną Weychertówną (też krótkie włosy, koszula, krawat, marynarka), a po pierwszej wojnie – z młodszą kuzynką Jadwigą Skirmunttówną. Latem we dwie zarządzały majątkiem na Polesiu, zimę Rodziewicz (tak wolała się podpisywać) spędzała w Warszawie, w mieszkaniu, które kupiły wspólnie z Heleną. A na wszystkich zdjęciach wygląda staro, nieelegancko, okropnie. Męski kostium i męski tryb życia najwidoczniej Rodziewiczównie nie służą.
Skomplikowane? No, niełatwe. Biografia brnie z mozołem przez gąszcz spraw rolnych, polsko-białorusko-ukraińsko-żydowskich, obronę polskości ziem, które polskie były tylko po wierzchu, no i rzecz jasna przez pisarstwo Rodziewiczówny i jego rolę w polskiej literaturze. Paradoksalnie, gdy sprawy się komplikują, w czasie Wielkiej Wojny i po niej, biografię czyta się łatwiej – a może po prostu lektura dopiero wówczas mnie wciągnęła.
Nie jestem, delikatnie mówiąc, ani znawcą, ani nawet sympatykiem twórczości Marii Rodziewicz. Straszny Dziadunio, Dewajtis, Między ustami a brzegiem pucharu, kilka razy czytane (i lubiane) Lato leśnych ludzi – to wszystko, z czym miałem do czynienia do niedawna. Parę lat temu przeczytałem też powieść Atma, oczywiście ze względu na tytuł. Ale gdy o tych samych dziełach myślę teraz, po zapoznaniu się z dokładną biografią pisarki, podziwiam jej pracę o wiele bardziej.
Nie znaczy to, że bardziej podobają mi się te powieści. Książka opisująca życie Rodziewiczówny jest o wiele ciekawsza niż to, co w dorobku polskiej literatury po latach pozostało z jej twórczości.
Maciej Pinkwart
———————————-
Emilia Padoł, Rodziewicz-ówna. Gorąca dusza, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023, 494 strony.
