Teatr się nie klika, więc nie muszę się za bardzo przejmować lajkami i czytelnictwem. Dziś będzie zatem o nowym typie aktorstwa w spektaklu Łukasza Twarkowskiego „Employee”, bo zdarzyło się tu coś, co może bardzo zmienić relację aktor-reżyser, a w efekcie – konwencję teatralną, czyli umowę między artystami a widzami. Wszystko to oczywiście z powodu rozwoju technologii. Samo przedstawienie Twarkowskiego nie jest warte szczególnej uwagi, głównie ze względu na intelektualną miałkość tej wypowiedzi, stanowiącej niby to adaptację powieści Olgi Ravn (jeśli jest tak zła jak tekst sceniczny, to radzę obchodzić ją szerokim łukiem), w rzeczywistości zaś będącej niczym więcej niż popłuczyną po Solaris Stanisława Lema. Do tego nieumiejętnie opowiedzianą. Oczywiście spektakl Twarkowskiego to zawsze feeria technologi, forma więc ratuje przynajmniej część wieczoru, poświęconego wizycie w Studio TEATRGALERII.
Tym, co jednak wydaje się tu najciekawsze, a co mogło umknąć zwykłemu widzowi, jest zderzenie operatorskiej reżyserii z tradycyjnym aktorstwem. Zespół bowiem tworzy dość wyraziste role, oparte na literackich pierwowzorach, próbując w gruncie rzeczy tego, co zawsze, czyli zbudować postaci, ich relacje ze sobą, światem i innymi. Szkopuł w tym, że w pewnym momencie tej pracy Twarkowski zamyka ich w wielkim kubiku, oddając ich pracę na pastwę działań operatorów i ich wszechobecnych kamer. I tu zaczynają się rzeczy arcyciekawe, bo przecież widzowie nie oglądają właściwych postaci i ich scenicznych dróg, stworzonych przez aktorów na próbach, a tylko wybrane przez reżysera momenty z całej ich pracy, układające się w zupełnie inne narracje. Co ciekawe, mogą one być zupełnie dla aktorów nieczytelne i pozbawione ich kontroli, władzę bowiem w tym teatrze niepodzielnie sprawuje kreator, rządzący tym teatralnym światem za pomocą kamer i reżyserii obrazów, które nam serwuje. Oczywiście, my, widzowie, mamy niby możliwość spacerowania po przestrzeni spektaklu, ale przecież większość z nas siedzi na czterech literach i wpatruje się w ekrany jak sroka w gnat, nie zadając sobie trudu, żeby dopatrzeć się czegoś więcej w otwartym częściowo dla publiczności kubiku.
Powie ktoś, że to tak samo jak w filmie, a jednak niekoniecznie. W filmie bowiem aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More na etapie scenariusza już wie, ile i jakie sceny będzie miał jego bohater, w jakimś sensie więc panuje nad całością swojego występu. W spektaklu Twarkowskiego jest inaczej: aktor tworzy swoją postać, przeprowadza ją przez świat i zdarzenia od momentu pojawienia się do ostatniego momentu scenicznej obecności, ale w tym świecie rządzonym przez wysokiej jakości technologię, nie tylko nie ma żadnej kontroli nad całością świata spektaklu (co jest dość powszechne), ale nie ma jej też nad całością swojej roli (absolutne novum). I to, uważam, jest w teatrze Twarkowskiego obecnie najciekawsze. Zwłaszcza w czasach, w których do znudzenia opowiada się o kolektywnej pracy całego zespołu i wagi, jaką ma się przykładać do tego, żeby każdy, łącznie ze sprzątaczką w teatrze, czuł się stuprocentowym twórcą danego spektaklu. Jak będzie dalej, czas pokaże.
Tomasz Domagała
[Fot. Weronika Krupa]
