Teatr się nie klika, więc dziś będzie o wybitym polskim aktorze, Marianie Opani, a właściwie o jednej jego roli, która – niczym w soczewce – pokazuje
jego mistrzostwo! A wszystko to z okazji jubileuszu, który świętowaliśmy kilka dni temu.
Sztuka „Ojciec” Floriana Zellera w Teatrze Ateneum ma w miarę prostą fabułę: opowiada o André – starym, cierpiącym na alzheimera człowieku, jego życiu w chorobie oraz relacjach z bliskimi mu ludźmi z jego własnej perspektywy. Ma ona formę kolażu scen, wyłaniających się zgodnie z logiką objawów choroby bohatera z oceanu jego niepamięci. Owe obrazy tworzą szarpaną, nielinearną opowieść, której narrator jest zarazem głównym bohaterem. Proces zapadania się André w niebyt został tu pokazany za pomocą zmian pozornie neutralnej i ascetycznej scenografii Justyny Elminowskiej. Oto w miarę postępowania procesu chorobowego bohatera ze sceny znikają kolejne elementy, żeby w finale pozostawić go w całkowicie zimnej i pustej niczym kostnica przestrzeni, symbolizującej to, czego nie da się już wypowiedzieć słowami. Warto też dodać, że cały ten proces oglądamy tu poprzez czwartą, zrobioną ze szkła ścianę, która – niczym choroba – odgradza nas i od bohatera, i od jego świata.
W tak misternie skonstruowaną rzeczywistość wchodzi Marian Opania (André), całkowicie ją anektując. Tworzy niezwykle poruszający portret nieszczęśliwego człowieka, który niczym Król Lear z alzheimerem, szamocząc się między różnymi wyimaginowanymi postaciami wciąż tej samej, kochającej go w głębi duszy córki, stopniowo zapada się we własną niepamięć, przechodząc od skrajnego szaleństwa do pełnego rezygnacji zdziecinnienia. Przez pierwsze kilkanaście minut spektaklu udaje się Opani nas oszukać – mamy wrażenie, że to bliscy mu ludzie i otaczająca go rzeczywistość są w jakimś kryzysie. Aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More prowadzi swoją postać lekko, z humorem, grając stereotypową ofiarę „złej” córki. W miarę upływu czasu, gdy dostrzegamy, że istotą jego egzystencji jest uwięzienie w szklanej pułapce własnej choroby, atmosfera na widowni tężeje, żarty André przestają nas śmieszyć, a on sam staje się coraz bardziej przestraszony i bezradny. W finale poddaje się całkowicie, nie widząc sensu w dalszym opieraniu się brutalnej chorobie, która z dnia na dzień wymazuje kolejne połacie jego życia. W tej fazie spektaklu Opania jest najlepszy: wytraca impet, zaburza rytmy, jego rola – tak jak życie André – traci logiczną ciągłość, rozpadając się na aktorskie okruchy, mini-etiudy, niebędące już częścią większej całości, ale reakcją na to, co tu i teraz.
Tak skonstruowany spektakl jest oczywiście szansą na znakomite one man show, które – niczym podobna oscarowa rola Julianne Moore – staje się w tym przypadku popisem Mariana Opani, aktora przede wszystkim skutecznego. A rozumiem przez ten przymiotnik filozofię aktorstwa, o której niedawno mówił na jakimś spotkaniu Jan Peszek. Według niego aktor jest albo skuteczny, gdy widzowie w całej rozciągłości jego roli mu wierzą i za nim idą, albo nieskuteczny, czyli nabywają wątpliwości, odgradzając się od postaci, tworząc między nią a sobą chłodny dystans. Kilkadziesiąt lat wspaniałej kariery Mariana Opani oraz uwielbienie ze strony widzów świadczy o tym, że nie jest on już aktorem skutecznym, lecz owej aktorskiej skuteczności wcieleniem. Za to mu w imieniu własnym oraz publiczności dziękuję, życząc kolejnych pięknych lat w zdrowiu i artystycznym spełnieniu!
Tomasz Domagała
[Fot. Weronika Krupa]
