Teatr się nie klika, więc dziś będzie o Taylor Swift (liczę na tysiące lajków!). Otóż amerykańska gwiazda wydała właśnie płytę Midnights (Północe), tłumacząc, że każda piosenka to intymna opowieść, będąca wynikiem mariażu trudnych doświadczeń i nocy. Brzmi to dość banalnie, zwłaszcza gdy się ma w pamięci różne wymyślne kampanie wielkich wytwórni płytowych, promujące płyty innych gwiazd. Że wspomnę tylko żałobną nostalgię Adele, towarzyszącą kampanii jej płyty 25, w ramach której młoda dziewczyna została „opakowana” wizerunkowo „w papier” z napisem nostalgiczna matrona, rozprawiająca nad ulotnością życia (cóż za teatr!).
Swift niczego nie udaje i pod nikogo się nie podszywa. Pisze naprawdę ambitne teksty z osobistej z perspektywy trzydziestolatki. I choć naprawdę nie są one łatwe, znajdują wśród amerykańskich nastolatków i posłuch, i poklask. I to masowy! Świadczy o tym fakt, że jako jedna z nielicznych artystek za oceanem sprzedała w pierwszym tygodniu dystrybucji płyty 1,5 mln kopii – wynik dla innych artystów w tej chwili nieosiągalny. Piszę o tym, bo jakoś bardzo mnie cieszy wiadomość ukryta gdzieś pod podszewką sukcesu Swift: sztuka ambitna, dobra i o czymś zawsze znajdzie swojego nabywcę, nawet w tak skomercjalizowanym świecie jak amerykański show biznes. I tego się trzymajmy!
Tomasz Domagała
[Fot. Weronika Krupa]
