Teatr się nie klika, więc dziś będzie o nienawiści. Kilka dni temu przeczytałem w Onecie, że rozwścieczony dwudziestosześciolatek z Bielawy, chcąc rozprawić się ze swoim znajomym, który podobno niepochlebnie się o nim wyraził, wziął maczetę (!) i… przez pomyłkę zabił niewinnego piłkarza miejscowej drużyny. Historia jak z tragedii antycznej lub hollywoodzkiego filmu, ale mnie przyszła na myśl Czarodziejska góra Tomasza Manna i nagle, w środku lata, powiało chłodem.
W jednym z końcowych rozdziałów powieści dowiadujemy się, że kiedy tak mijały latka, w zakładzie poczęło się dziać coś dziwnego, powiał nowy duch; Hans Castorp zauważył zaś ze strachem, że ilekroć przestawał się pilnować, zaczynał w słowach, w wyrazie twarzy i w całym zachowaniu ulegać infekcji, od której nikt w jego zachowaniu nie był wolny. (…) Co wisiało w powietrzu?– zapytuje narrator. Kłótliwość. Rozdrażnienie dochodzące do punktu szczytowego. Niewypowiedziana niecierpliwość. Ogólna skłonność do zjadliwych sprzeczek, wybuchów wściekłości, nawet bijatyk.
Tu następuje szereg przykładów rozkręcającej się spirali agresji i przemocy. Mamy więc damę z Mińska, która tak się pokłóciła ze sprzedawczynią we francuskim magazynie konfekcji, że wróciwszy do domu w najwyższym zdenerwowaniu, dostała krwotoku oraz ucznia w okrągłych okularach, który wpadł w atak szału, gdy podano mu zimną herbatę. Dalej dowiadujemy się o konflikcie antysemity Wiedemanna z żydowskim kupcem Sonnenscheinem, zakończonym regularną bijatyką: tłukli się jak mali chłopcy, ale z zapamiętaniem ludzi dorosłych, którzy są zdecydowani na wszystko, paznokciami orali sobie twarze, chwytali się za nosy i gardła, okładając się na oślep pięściami, ciasno spleceni tarzali się ze straszliwą i najwyższą powagą po ziemi, opluwali się, deptali i kopali, szarpali się i z pianą na ustach nawzajem grzmocili. Napięcie rośnie jak u Hitchcocka, kolejny bowiem przypadek dotyczy już sporu zbiorowego: głośnego honorowego zatargu powstałego w łonie grupy polskiej (a jakże!),siedzącej przy lepszym stole rosyjskim (czy dziś byłoby to w ogóle możliwe?). Zaczęła się ona od tego, że jeden z panów wyraził się (…) przy szampanie, wobec dwu innych panów, w sposób nie nadający się do powtórzenia o małżonce pana Żuławskiego oraz o jeszcze jednej pannie Kryłow. Choć sprawa wydawała się niezwykle honorowa, o czym świadczyła kaskada uprzejmych, oficjalnych oświadczeń, i tu nie obeszło się bez ordynarnego mordobicia (tej sprawie poświęcę kolejny felieton).
Owe przykłady agresji i przemocy w Berghof (czyli Europie pod mikroskopem) pokazują, w jaki sposób proces brutalizacji sfery publicznej na całym kontynencie pogłębiał się, rozszerzał i przyspieszał. W pewnym momencie stał się nie do zatrzymania, wymknął się spod kontroli. Jego ukoronowaniem w powieści stał się finał intelektualnego dotąd sporu konserwatysty Naphty z postępowcem Settembrinim, zakończony śmiercią jednego z nich. Argumenty się skończyły, trzeba więc było się strzelać. Pierwszy trup pociągnął za sobą kolejne, bo następna w tym procesie była już wojna, opisywana w ostatnim podrozdziale Grom. Hans Castorp zostaje wyleczony, „naprawiony” tylko po to, by móc zginąć w kolejnym bezsensownym konflikcie, który pochłonie miliony podobnych mu ofiar. Można powiedzieć, że należy do pokolenia hodowanego na cywilizacyjną, stadną rzeź, pierwszą światową hekatombę.
Zdałem sobie sprawę, że jesteśmy dziś w podobnej sytuacji, co bohaterowie powieści Manna sto dziesięć lat temu. Na rubieżach kontynentu czai się wojna, a my nienawidzimy się, jak jeszcze nigdy za mojego dorosłego życia. Jeśli ktoś ma wątpliwości, polecam internetowe dyskusje na byle jaki temat, bądź godzinę jazdy samochodem po dowolnym mieście. Nienawiść leje się zewsząd: ze sklepu, z radia, telewizji ale też z miejsc, które powinny być od niej wolne – z kościoła i teatru. Skąd się wzięła? Kto ją nam zaszczepił? Kto się dzisiaj na niej pasie? Kto jątrzy rany, infekuje nienawiścią, szczuje na innych dla własnych celów i korzyści? Warto się nad tym zastanowić, gdyż pukająca do naszego świata wojna zmiecie nas wszystkich, a w pierwszym rzędzie młodych. Nie zapominajmy, że Hans Castorp, zamieniając wygody Berghof na pole walki, miał niespełna trzydzieści lat.
Osobiście zastanawiałem się, czy można w tych brutalnych igrzyskach śmierci po prostu nie brać udziału. Nie dać się poprowadzić na rzeź. Wysiąść z tego pociągu i pójść w swoją stronę. Hans Castorp w normalnych czasach, w obliczu konfliktów wybuchał śmiechem, w ten sposób rozładowując napięcie. W epoce „nowego ducha” znamienny był jednak fakt, że osoby niezainteresowane, zamiast odczuwać wstręt do uczestników kłótni lub chęć pogodzenia poróżnionych stron, uczuciowo brały udział w zatargach i same dawały się porywać w wir ogólnego podniecenia. Ludzie bledli i drżeli na całym ciele. Oczy błyskały napastliwością, usta wykrzywiała namiętność. W przypadku sprawy polskiej bohater powieści zdał sobie sprawę, że nie jest już w stanie się śmiać, nie pozwoliła mu bowiem na to jego wewnętrzna sytuacja. Castorp zadrżał, przeczytawszy wszystko, co zostało o sprawie napisane. Łuski spadły mu z oczu, a chwilę później był już na polu walki. Przyznam się, że również zadrżałem, gdy rozproszone dotąd kawałki rzeczywistości złożyły mi się na chwilę w upiorną całość, ale nie mam na razie żadnego pomysłu, jak przerwać ten zaklęty krąg agresji i przemocy, jak wstrząsnąć naszymi sumieniami… spróbuję więc zacząć od siebie. Tyle mogę. Na początek przestanę się obrażać, spróbuję nie dać się wciągać w cudze konflikty i rozmawiać nawet wtedy, gdy instynkt mówi, że to bezcelowe. To tylko małe kamyczki na wielkiej drodze, ale przecież każda lawina zaczyna się właśnie od nich.
W nocy po informacjach z Bielawy śnił mi się koszmar, z którego zapamiętałem tylko tablicę odjazdów z jakiegoś kolejowego dworca. Na niej zaś nazwy docelowych miast: Bielawa, Bucza, Srebrenica, Treblinka…
Tomasz Domagała
[Fot. Weronika Krupa]
