Krzysztof Lubczyński o książce Tomasza Kizwaltera „Polska nowoczesność” pisze w „Dzienniku Trybuna”:
Nie oznacza to jednak, że nowoczesność (rozumiana jako stan mentalności społecznej, a nie obecność nowoczesnych technologii) do Polski jednak w ogóle nie dotarła. Dotarła i dociera ciągle, choć zapewne w warunkach znacznie silniejszego oporu materii niż ma to miejsce w Europie Zachodniej, do której w 2004 roku Polska przystąpiła instytucjonalnie.
Taki też wniosek wyciągam ze studium profesora Tomasza Kizwaltera, „Polska nowoczesność. Genealogia”. Swoje pisanie o „polskiej nowoczesności” poprzedza Kizwalter deklaracją wątpliwości: „Czy można mieć dziś nadzieję, że napisze się coś oryginalnego i sensownego o nowoczesności? Coś ujmującego problem możliwie całościowo, a zarazem konkretnie, niepoprzestającego na abstrakcyjnych formułach, ale nie gubiącego się w odmętach faktografii? Samo postawienie takiego pytania wydaje się świadczyć o naiwności i niewiedzy pytającego. Czyż nowoczesnością nie zajmowały się już tysiące autorów, w tym także umysły najwybitniejsze? (…) Gdybym nie sądził, że mimo wszystko zdołam dodać choć trochę do tego, co już istnieje, nie zabierałbym się do pisania tej książki”. Autor zwraca też w dalszym wywodzie uwagę na metodologiczne problemy z pisaniem o nowoczesności, włącznie z problemem, jakim jest trudność w zdefiniowaniu pojęcia „nowoczesność”.
Mimo pokusy zastosowania słynnej formuły księdza Benedykta Chmielowskiego, „Koń jaki jest każdy widzi”, Kizwalter zdecydował się na swoją definicję „nowoczesności”, którą widzi jako „połączenie ideowego wpływu Oświecenia i gospodarczego oddziaływania kapitalizmu”. I choć Autor nie uznaje tej definicji za zadowalającą, to postanowił potraktować ją jako punkt odniesienia w swoich rozważaniach. Jak na historyka przystało, a tym bardziej na historyka idei XIX i XX wieku, pokazuje Tomasz Kizwalter genealogię polskiej nowoczesności w chronologicznym porządku dziejów. Nie pomija przy tym kontekstu, jakim jest obecny w myśli europejskiej i silnie zauważalny w Polsce spór między entuzjastami nowoczesności i idei postępu jako dziedzictwa Oświecenia. A przeciwnikami Oświecenia, postępu i nowoczesności, traktowanych jako źródła współczesnych schorzeń ludzkości.
Ci pierwsi ciągle wierzą w postęp, ci drudzy wypatrują „trupa nowoczesności”. Ci ostatni otrzymali zresztą silny argument w postaci hitleryzmu, stalinizmu, polpotyzmu czy maoizmu, w których zobaczyli „chore dziedzictwo Oświecenia”, a niektórzy posuwają się nawet do poglądu, że Hitler był wręcz (nieświadomym, ale jednak) uczniem Jean-Jacquesa Rousseau.
Wrogowie Oświecenia zaakceptowali przy tym dokonania materialne i technologiczne nowoczesności, za ideał uznając współistnienie nowoczesnej techniki z nie-nowoczesnością duchową, prawną, instytucjonalną i obyczajową. Smartfon i różaniec w jednych rękach, używane niemal symultanicznie, to przecież ideał praktykowany przez ultrakonserwatywne, fundamentalistyczne środowiska katolickie w rodzaju Ordo Iuris. Łączenie tych dwóch jakości, reakcyjności obyczajowej i nowoczesności technologicznej ma zresztą metrykę sięgającą początków nowoczesności. Napięcie między nimi polegało np. na tym, że już w XIX wieku obawiano się, że postęp technologiczny, sam w sobie pozytywny, rodzi niebezpieczeństwo, że jego nieuchronnym następstwem będzie niepożądany postęp społeczny, mentalny, świadomościowy, kulturowy, emancypacyjny, kult materializmu i „złotego cielca”, upadek moralny i zanik uczuć narodowych.
Niektóre lęki skrajnych konserwatystów przyjmowały czasem postać wręcz obsesyjną i karykaturalną, jak w przypadku Henryka Rzewuskiego, który w „Mieszaninach obyczajowych” pisał: „Wolałbym cukier cokolwiek większym kosztem nabywać, podróże odbywać mniej szybko, mieć mniejszy wydatek w gorzelni i widzieć dzieci mniej biegłymi w chronologii świata”. Swoją drogą – bardzo interesujący psychologicznie jest ten fenomen krańcowej abominacji do nowoczesności ze strony człowieka XIX wieku, żyjącego życiem posesjonata ziemiańskiego. Taki wstręt do nowoczesności można zrozumieć u naszych współczesnych, często zmęczonych szaleńczym tempem cywilizacji, ale u człowieka epoki, w której nowoczesność była jeszcze rzadką nowalijką – znacznie trudniej. Inna sprawa, że choć podobne obawy były z punktu widzenia tradycjonalistów zasadne, to przykład radykalnego islamizmu z jego skrajną reakcyjnością obyczajową (np. w zakresie pozycji kobiet) pokazuje, że można ją skutecznie uprawiać czerpiąc pełną garścią z dokonań współczesnych technologii.
Historycznym momentem, w którym pojawił się w Polsce imperatyw modernizacyjny był kryzys szlacheckiej Rzeczypospolitej. Ślady tego imperatywu można znaleźć bardzo wcześnie, u progu epoki nowożytnej, choćby w „Odprawie posłów greckich” Jana Kochanowskiego, w myśli Jana Zamoyskiego, a dużo później, w Oświeceniu, w pismach Hugona Kołłątaja czy Stanisława Staszica, w dziele Konstytucji 3 Maja.
Kiedy jednak już pookresie Księstwa Warszawskiego, w którym pojawiły się pierwsze delikatne zarysy modernizacji instytucjonalnej kraju, idee modernizacyjne stawały się coraz silniej obecne w życiu – pojawiła się, zwłaszcza jako efekt masywnej emigracji po upadku Powstania Listopadowego, kontrakcja w postaci kwestionowania zachodniego źródła modernizacji. Sformułowano pogląd, że modernizacja jest potrzebna, ale nie przez naśladowanie wzorców zachodnioeuropejskich, szczególne francuskich i że powinna opierać się na tradycji rodzimej, „swojskiej”. Wprowadzenie do swojego studium kończy profesor Kizwalter trochę zaskakująco, „rzutem oka na PKB”.
Chodzi oczywiście o jak najbardziej współczesny PKB, bo przecież od 2018 roku, z którego pochodzą przytoczone przez uczonego dane z Eurostatu, nie upłynęło aż tak wiele czasu, by zmienić zasadnicze proporcje. Odurzona trochę przez propagandę sukcesu PiS opinia publiczna, nawet ta jej część, która usposobiona jest krytycznie czy nawet wrogo w stosunku do obecnej władzy, skłonna jest ulegać „skrzydlatym” deklaracjom, że Polska swoim poziomem życia i poziomem cywilizacyjnym bardzo zbliżyła się do krajów Zachodu. W odpowiedzi na to autor przytacza dane, które pokazują, że jeśli wśród 28 państw UE za średnią wartość PKB przyjąć 100, to np. Szwajcaria ma 157, Niemcy – 123, Francja – 104, Czechy – 90, a Polska – 71. Nawet Litwa ma 81, a Słowacja – 78. I nie chodzi o samobiczowanie się i żywienie kompleksów, ale o pamiętanie w jakim miejscu Polska realnie się znajduje.
W kolejnych dziesięciu rozdziałach Kizwalter pokazuje poszczególne zagadnienia związane z modernizacją, pojawianiem się pra-zalążków nowoczesności. Rozpoczyna od „antycznych zalążków zacofania” (ziemie polskie nigdy nie znalazły się w orbicie oddziaływania cywilizacji starożytnego Rzymu) i omawia wiele aspektów państwowości polskiej i jej ustroju w XVI i XVII wieku, powołując się min. na ujęcie tej kwestii w „Fantomowym ciele króla” (2011) Jana Sowy. Rozdział ten kończy autor wzmianką o tezie Przemysława Czaplińskiego zawartej w jego eseistycznej książce „Resztki nowoczesności” (2011).
Odnosząc się do okresu Oświecenia, Kizwalter dotyka i takich dziwactw jak „mianowanie” biskupa Jana Pawła Woronicza na „pierwszego proroka nowoczesnej Polski” przez Ryszarda Przybylskiego w jego „Klasycyzmie, albo Prawdziwym końcu Królestwa Polskiego” (1983).
Wplata też w narrację poglądy szkoły frankfurckiej (Theodor Adorno, Max Horkheimer, Herbert Macuse) jako przejaw krytyki dziedzictwa Oświecenia z powojennej perspektywy zachodnioeuropejskiej. Na przykładzie Józefa Kalasantego Szaniawskiego, radykalnego jakobina 1794 roku, który pod wpływem rozczarowania modernizacją napoleońską (Księstwo Warszawskie) skończył jako skrajny konserwatysta i uosobienie czarnej reakcji, zilustrował też Kizwalter procesy regresji i zmiany postaw w tym względzie. Autor „Polskiej nowoczesności” zarysował również udział państw zaborczych w polskiej modernizacji, szereg razy bardziej pozytywny niż głosi potoczny przekaz.
Analizuje też Kizwalter kolejne mutacje, modele projektów polskiej modernizacji: liberalno-szlachecki (zrodzony w kręgu „Kaliszan” Niemojowskich przed rokiem 1830), nacjonalistyczny (narodowa demokracja), socjalistyczny, choć akurat kwestię modernizacji w epoce realnego socjalizmu jedynie zasygnalizował.
„Kończyć, kiedy wszystko dopiero się zaczyna? Kiedy polska nowoczesność dopiero nabierze rozpędu i żwawiej podąży w nieznane swą wyboistą (…) drogą? Kiedy dopiero zaczną się zdaniem wielu – rzeczy ciekawe?” – tak w zakończeniu usprawiedliwia Tomasz Kizwalter fakt, że kończy swoją narrację u progu Wielkiej Wojny.
Kto wie jednak, czy te „rzeczy naprawdę ciekawe” wiążące się z polską drogą do nowoczesności, zaczynają się znacznie – przeszło sto dziesięć lat – później, w naszych czasach, tu i teraz, w drugiej dekadzie XXI wieku.
Jedno tylko jest niezmienne – polska droga do nowoczesności jest niezmiennie wyboista, choć osławione polskie drogi są dziś o wiele, wiele lepsze niż trzydzieści lat temu, nie mówiąc o czasach wcześniejszych. Polskie drogi są już niemal europejskie, ale nasza droga do nowoczesności jest nadal wyboista wybojami mentalnymi takimi, które tkwią w polskich mózgach. W sumie jednak, mimo wszystko można być chyba coraz lepszej myśli.
Krzysztof Lubczyński
