Właśnie przypadkowo przewinęły mi się na Fejsie zdjęcia z lutego, 2018 roku, rozmowa z Lucy, rozmowa z Magdą. Śmiechy, chichy. Osiem miesięcy później nie było już Lucy.
Lato, Letnia Akademia Filmowy – i filmy, i słońce, i że wszystko dobrze, nie mówiłem o tym Lucy, co ja będę, po co, o słońcu, o filmach, o tym, że wszystko dobrze.
Skoro u niej nie.
Moment, kiedy skręcałem z Domu Wypoczynkowego „Sonata” w stronę Biura Organizacyjnego, wtedy zatelefonowałem do Lucynki, wtedy powiedziała mi zdanie, które zapamiętałem: „Gdybym wiedziała. Łukaszu, gdybym wiedziała, że wy będziecie dla mnie tacy dobrzy, że wy mnie kochacie, gdybym wiedziała”.
Kochaliśmy, a na pewno byliśmy przywiązani. Funkcjonując w ramach relacji służbowych, bo wiele z tych dobrych relacji, to jednak również, a czasami przede wszystkim były relacje służbowe, otóż funkcjonując w takich relacjach, z czasem okazuje się, że ważniejsze były momenty, kiedy nie było mowy o terminach, festiwalach, o ludziach dobrych, o ludziach złych, bo zawsze i tacy, i tacy, ale nie potrzeba o tym rozmawiać.
Lucy, Lucyna Kobierzycka.
Postać o tyle ważna, że była u nas jedną z pierwszych agentek aktorskich w Polsce, i ze wszyscy chcieli być u niej, chcieli z nią pracować, i że wielu pracowało. Agentka aktorska z powołania. Pewnie na początku trochę przez przypadek, przecierała szlaki, ale potem już z powołania.
I oni, jej podopieczni to czuli, i my, niezwiązani z jej agencją, czuliśmy również.
To wszystko było bardzo ważne, pewnie często najważniejsze, w efekcie Lucy podporządkowywała pracy i życie zawodowe, i życie prywatne, a jedno przenikało się z drugim, ale w końcu, rzecz znamienna, zostają inne opowieści, właśnie te, które niekoniecznie były o pracy.
Rozmowy papuzie (kochała papugi), i papuzie, kolorowe śmiechy (nosiła się zawsze w ciemnych kolorach, nie chciała się wyróżniać absolutnie), ale Lucy lubiła się śmiać, była zabawna, złośliwa, dowcipna. Mniej udawała, albo wcale, kiedy opowiadała o kiepskich ludziach w kiepskich czasach, albo z uśmiechem opowieści, pamiętam je do dzisiaj, z czasów pracy Lucynki w Teatrze Narodowym, o Wichłaczu, Siemionie, o robiącym przepięknie na drutach swetry Arturze Barcisiu.
Na wakacje jeździła sama, na krótko, nie było czasu na dłużej (a może powinien być ten czas), zabierała książki, zostawiała w hotelach. Chciała przez moment tylko być, tylko czytać, mniej zwiedzać, ale czytać. Jak dobrze teraz Lucy rozumiem.
Poznaliśmy się w Gdyni, byłem wtedy studentem, albo tuż po. Mówili: szorstka, mówili: ostra. Negocjowanie kontraktów wymaga szczególnych umiejętności. Ale ja tego nie widziałem, dla mnie
Lucy była dobra.
Dziwne słowo, prawda? Bardzo dziwne. Tak rzadko używane. Z zawstydzeniem. Jak to dobry. Tak po prostu, bez kontekstu? Tak po prostu i bez kontekstu. Była dobra, zainteresowana tym, co u mnie, a nie tylko tym, co u niej.
Nie miałem wątpliwości, że agencję przejmie po mamie Magda Kobierzycka, Lucy tego chciała, aktorzy również. Magda, Ania, Dawid, kontynuują wspaniale to, co zaczęła Lucynka. Robią to świetnie i pięknie. Nikt nie odszedł z agencji, pojawili się nowi aktorzy, choćby Ogrodnik czy Marysią Dębska, Lucy spodobałyby się te transfery.
Dużo paliła, za dużo, to nie było potrzebne, w jej gabinecie na Chełmskiej, zawsze paliły się aromatyczne świece, zabijające zapach tytoniu, czy pałeczki aromatyzowane.
Znamienne, kiedy tak gdzieś mocno pachnie, często myślę o Lucy.
Ona tam jest. W tym zapachu.
To chyba przyjaźń.
Łukasz Maciejewski
