Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Jerzy Szaniawski i pobliża Teatru w Płocku

Gdyby repertuar ograniczyć tylko do covidowych miesięcy, trop Mistrza Jerzego pojawi się zgodnie z cudownie prostą formułą Stanisława Grochowiaka: „I jeśli tu jest niebo, to tylko dlatego, że Szaniawski ma zwyczaj spoglądania w niebo”. Fakt, że płockie niebo sprzyja scenicznej obecności patrona Teatru nie budzi wątpliwości. Pytanie jaki ślad i którędy prowadzi. Najpierw pójdźmy drogą filmu zrealizowanego w ramach projektu Kultura w sieci.

Trafnie wydobyte arkana pisarskie. Artystyczna specyfika niedopowiedzeń oraz zakola szaniawszczyzny. Mazowiecko-Zegrzyńskie plenery. Rozmowy o fenomenie poetyckiej ironii, która krąży wokół psychologicznego konturu i metaforycznych odcieni. Natomiast kluczem do całej narracji są aktorskie kadry. Precyzyjne i czułe wobec materii słowa. Bowiem to one tłumaczą porządek scenariusza. Cztery części, które reżyser Marek Mokrowiecki spiął plastyczną klamrą postaci Szaniawskim malowanych. Aktorzy nie tyle wychodzą, co wyłaniają się z lasu. Niesie ich pospołu przyroda oraz sztuka. Idą w stronę życiowego pędu i scenicznej iluzji. Idą schodami do spalonego dworku… Idą rytmem Jego wyobraźni. Szlachetna synteza i czytelny drogowskaz dla kolejnych filmowych kadrów.

Jako prolog: zegrzynecka ojcowizna i matczyzna. Przywołują te miejsca nauczycielki ze szkoły w Jadwisinie oraz pracownicy Miejskiego Ośrodka Kultury w Legionowie. Bez cienia zadęcia, z głęboką troską nie tylko o trwałą pamięć Wielkiego Krajana, ale przede wszystkim o program, który nazwałabym Szaniawski – Redivivus. Stąd m.in. wizja odbudowy rodzinnego domu i trzy edycje legionowskiego Festiwalu. Fakt wstydliwej repertuarowej nieobecności oraz postulat Szaniawski – Redivivus mocno wybrzmiewają też w wypowiedziach badaczy. Tryb rozmowy, którą precyzyjnie poszerza o kolejne motywy Mokrowiecki, stanowi istotną oprawę dla kształtujących plan filmowy teatralnych cytatów. Murzyn, Papierowy Kochanek, Ewa, Lekkoduch, Dwa Teatry. Znakomicie doprawiona mozaika sytuacyjnych zbliżeń, wśród której słychać szczególne – bo jakże inaczej – postscriptum Profesora Tutki. Staranność inscenizatorsko-aktorska trafiona w sedno literackiego tworzywa!

Skoro już jesteśmy na linii egzemplifikacji, zatrzymajmy się przy Dwóch Teatrach. Film wprowadza bowiem metodą „sceny w scenie” ujęcia sygnalizujące tylko niektóre ścieżki dramatopisarskiego wędrowania. Lecz akurat w wypadku tej sztuki reżyser sięgnął fragmentów spektaklu zrealizowanego wiosną 1919. I słusznie! Rzecz miała bowiem i ton, i wdzięk. Formę niósł czysty poetycki cudzysłów osadzony w oszczędnych obyczajowych realiach. Żadnego gadulstwa. Żadnych strukturalnych wygibasów. Zaś u podstaw sens oraz metafora dialogu trzymanego w rygorach starannego aktorstwa, że wymienię tylko kilka nazwisk: Sylwia Krawiec, Barbara Misiun, Hanna Zientara-Mokrowiecka, Magdalena Tomaszewska, Krzysztof Bień, Mariusz Pogonowski, Marek Walczak, Szymon Kołodziejczyk. Zresztą cały zespół szedł rytmem autorskich wypowiedzi i niedopowiedzi. Sceniczną przestrzeń pospołu zarysowali, kierując się wymogiem konsekwentnej ekspresyjnej ascezy: Aleksandra Szempruch (scenografia), Agata Wałachowska (instalacja video), Krzysztof Misiak (muzyka). Natomiast inscenizacyjny fundament dla kluczowej współobecności dwu oczywisto-nieoczywistych prawd zbudował Marek Mokrowiecki. Zrobił to z plastycznym rozmachem i myślową dyscypliną. Jest tam liryzm, wzruszenie, refleksja. Ba, powiedziałabym, że wibruje Herbertowski smak, który zbliża rejony historyczno-stylistycznych zawirowań, nie bojąc się ani dotyku serca, ani odblasku autoironii. Stąd ukryty w półmroku finałowych sekwencji fotel Dyrektora Małego Zwierciadła, na którym siada szaniawskim zbiegiem okoliczności reżyser. Summa summarum świetna teatralna robota. Brawo!

A teraz przechodząc do repertuarowych aktualiów. Jesień 2021 – Papierowy Kochanek w reżyserii Pawła Paszty. I tu mam kłopot. Wybór tytułu budzi zachwyt, inscenizacja – zdziwienie. Komedia ujawnia szczególnej miary poczucie humoru, zabawę w stylizatorskie metamorfozy, grę pionkami prawdy, prawdusi i prawdopodobnych fantasmagorii. Ale uwaga, uwaga! Wszystko razem dotknąwszy absurdu, zmierza w stronę nieuchronnie realistycznej tęsknoty za miłością… Złożona budowla, sieć różnorakich tropów. Ledwo muśniętych, finezyjnie niedookreślonych. Tym bardziej szkoda, że tekst o takich symbolicznych współrzędnych jest dziś właściwie zapomniany. Tym bardziej ważne drzwi otwiera repertuarowy comeback. Szczerze mówiąc, uchyla i przymyka. Bardzo ciekawe, drobiazgowo skomponowane pod kątem wizji, ramy wypełniają elementy opery buffa, stylistyki dada, ekspresjonistycznych asocjacji. Materii pomieszanie, które intryguje zarówno udziałem stylistycznych quasi- modeli, jak też mocnego aktorstwa (Dorota Cempura, Sylwia Krawiec, Magdalena Tomaszewska, Mariusz Pogonowski, Marek Walczak). Żal, że w inkrustowanych z autentyczną wyobraźnią ramach ukrywa się sprowadzony do formalnego obrotu samej formy dialog. Efektowne, nota bene świetnie skrojone, męskie garnitury (scen. Ewelina Brudnicka) rezonują w Gombrowiczowskich oparach (sic!). Pytanie, co tam robi Szaniawski. Ano niewiele. Reżyser zapowiadał odważny drenaż słowa, lecz poprzestał na fasadowych werbalnych starciach. Stąd osadzony w próżni spór o gest. Bogu dzięki, że wyłamuje się z tego wizerunek Pierrota (Bogumił Karbowski). Tu już status figury uruchomił myślową prowokację, obyczajowy kontekst, metaforyczny cudzysłów. Nie przeszkodził temu nawet garniturowy zawrót formy. Charakterny rys konfrontowany „przez pół drwiąco, przez pół serio” z uczuciowym huraganem dodaje autorskiego kolorytu postaci Nelly (Maja Rybicka). Poetycko-ironicznym duktem pięknie roznosi brzmienie muzyka (Piotr Misiak). I takie klimaty odsłania obecna wśród inscenizatorskich planów orkiestra (D. Poleszak-Hass, Sz. Kolodziejczyk, K. Wieczorek, P. Bała, H. Jóźwiak, Sz. Cempura). No cóż, były duże artystyczne moce, jednak pusty segment je stłumił. Dlatego, oszczędzając nazwiska wykonawców, powiem, że chwyt w znacznym stopniu unieruchomił cały szereg aktorskich wypowiedzi.

Dramaturgię Szaniawskiego tworzy splot strukturalnych inspiracji. Można się z nimi i o nie kłócić. Ale trzeba usłyszeć puls myśli, zdiagnozować realistyczne przepływy. Inaczej mina zastąpi funkcję metafory, a słowa dopadnie syndrom nieuzasadnionej atrofii…

Zostawmy jednak krytyczne narzekalstwo, bowiem zbliża się pełen uroku happy end. To efekt artystycznej wspólnoty scenariusza (Lena Szatkowska, Marta Kunavar), reżyserii (Karol Suszka), scenografii (Dorota Cempura), choreografii (Jan Łosakiewicz), muzycznych opracowań (Edward Bogdan) oraz wizualizacji (Mariusz Pogonowski). W tym entourage`u błyszczy Ona. Wielka Mira Zimińska, której wizerunkowi Magdalena Tomaszewska nadała piękny artystyczny sznyt. Żadnej minoderyjnej mgiełki, żadnych estradowych buzi-buzi. Wartki monolog. Piosenki poza imitacją, choć na szlaku pierwowzoru. Kabaretowe smaki międzwojnia, okupacyjny mrok i słodko-kwaśne plenery wykołysanego przez Nią Mazowsza. Kolorystyka Miry, aranżacje Magdaleny. Perfekcyjny duet. Zaś w twórczym scenicznym sąsiedztwie Zespół Instrumentalny: Dwu Krawczyków (Jakub, Tomasz) i Jeden Bogdan (Edward). Projekt zrealizowano w 120. rocznicę urodzin Wybitnej Płocczanki. Pytacie Państwo, gdzie tu ślad Mistrza Jerzego. Po trzykroć jest. Bo i wspólnota mazowiecka, i wspólnota Dwudziestolecia, i wspólnota teatrem pisanych emocji. Proszę o bis!

Jagoda Opalińska

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.