Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Reguła dietetyczna

Na półkach księgarskich dostępna jest już książka AMANTKA Z PIEPRZEM – wywiad rzeka Grzegorza Ćwiertniewicza z GRAŻYNĄ BARSZCZEWSKĄ opublikowany przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka. Dla zaostrzenia apetytu na lekturę całości publikujemy fragment zatytułowany przewrotnie „Reguła dietetyczna”. Smacznego:

Twój mąż mówi: „Gdyby Grażyna tyle nie jadła, tobyśmy się czegoś dorobili!”. Ale rzeczywiście można tylko pozazdrościć, patrząc na ciebie.

Nie moja w tym zasługa. Geny. Do tej pory mogłam się objadać właściwie bezkarnie. Dużo spalam. A jedzenie to dla mnie wielki smak życia. I jeśli ktoś jak mój mąż potrafi z pustej lodówki wyczarować smaczną kolację… trudno się oprzeć. Ale „najtrudniejsza w publicznych występach wydaje mi się reguła dietetyczna: skończyć przed zaspokojeniem apetytu”. To Stefania Grodzieńska. I myślę, że warto wziąć sobie to do serca, choć to niełatwe i nad talerzem, i na scenie czy przed kamerą.

Mam nadzieję, że nie adresujesz tego do siebie… Jeszcze się nam nie przejadłaś!

Z propozycji zawodowych jednak czasem rezygnuję. Są trzy powody: terminowe, kiedy propozycja kusząca, a nie ma gdzie jej upchnąć w czasie. Drugi powód: kiedy intuicja podpowiada, że to nie dla mnie rola, i trzeci, kiedy nie chcę firmować swoim nazwiskiem takiego czy innego przedsięwzięcia. Te wybory oczywiście mogą być chybione, ale nie pamiętam, żebym żałowała tego, czego świadomie odmówiłam. „Ja już nic nie muszę” – znów powtarzam za Stefanią Grodzieńską i to, przyznam, sytuacja komfortowa, na której może tylko stracić moja kieszeń.

Dorobkiem satyrycznym Grodzieńskiej zajęłaś się kilka lat temu.

Właśnie ze złości i niezgody na rozrywkę, którą karmią nas popularne media, na dosadne niepoczucie humoru – jak je nazywam, bo nieśmieszne, niezabawne, prostackie i żałosne – pomyślałam: nie!

Admiratorką Grodzieńskiej jestem od dawna. Poznałam całą jej twórczość, zanim napisałam scenariusz spektaklu Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej… bo małżeństwo, jak każda sztuka, nie może się obyć bez scen…

I grasz w tym spektaklu z niesłabnącym powodzeniem od 2011 roku w warszawskim Teatrze Ateneum. To właściwie kabaretowa opowieść o mężczyźnie i kobiecie z pięknymi piosenkami Jerzego Jurandota.

Mijają lata, a w relacjach bohaterów nic się nie zmienia, nawet w zaświatach! Te same zazdrości, pretensje o głupstwa. To pewna historia małżeńska, z którą widzowie bardzo się utożsamiają. Widzimy to i słyszymy.

To nagroda za naszą pracę i sygnał, że trafiło! Andrzej Mularczyk mówi, że prawdziwa komedia to po prostu tragedia, która przydarza się innym…

Groteska, abstrakcyjny żart rozśmieszają i rozczulają. Lubię tę scenę, kiedy opuszczona przez mężczyznę, śpiewasz do wigilijnego karpia w wannie: „Nikt mnie nie rozumie tak jak ty…”. Tym mężczyzną jest Grzegorz Damięcki. Długo namawiałaś go na współpracę?

Wcześniej nie znałam go bliżej. Wysłałam mu SMS: „Czy chciałby Pan ze mną mieć coś wspólnego?”. „Ja z panią? Zawsze! Z ogromną przyjemnością” – odpowiedział.

Całe szczęście! Moja żona uwielbia go w tym spektaklu.

Nie ona jedna… Grzesiek jest fantastyczny. Już po pierwszej próbie wiedziałam, że mój nos mnie nie zawiódł.

*****

Grzegorz Damięcki: Grażyna, chociaż jest postrzegana jako aktorka stricte dramatyczna, doskonale sprawdza się w literackim kabarecie. Bardzo lubię humor angielski, czarny, który wydaje mi się pokrewny z humorem Grodzieńskiej i Jurandota. Zorientowałem się, że i Grażyna również bardzo tę abstrakcję lubi. Natychmiast złapaliśmy

nić porozumienia. Często powtarzam Grażynie, za co bardzo się na mnie wścieka, że jest o wiele śmieszniejsza w tych wszystkich momentach, kiedy gra z kamienną twarzą i pełną powagą. Wtedy jest genialna. Jest osobą niezwykle pracowitą, skrupulatną jak mróweczka, bardzo ambitną. Kiedy przyszła na nasze pierwsze spotkanie, miała ze sobą pięć ton egzemplarzy i przeróżnych kartek… To było przerażające! (śmiech)

Grażyna, co dzisiaj jest rzadkością, potrafi słuchać. Nie jest uparta. Często rozmawiamy o naszej pracy, o tym, co poszło dobrze, a co trzeba poprawić. Mimo tak niezwykłej biografii artystycznej traktuje zawód z pokorą. Chętnie też eksperymentuje, co zresztą widać po tym, z kim współpracuje. Nie spaceruje z transparentem: „Jestem wielka i proszę mnie nie reżyserować”. Uwielbia, kiedy ktoś wymaga od niej czegoś nowego. To mi imponuje. Zawsze znajduje czas dla teatralnej młodzieży. Wytykając nieumiejętność, potrafi wskazać wiele zalet, a osoba, do której się zwraca, wie, co należy poprawić. To niezwykle cenna umiejętność. Wydaje mi się, że nie naucza w żadnej szkole teatralnej, ale może powinna?

*****

Na tym spektaklu można nie tylko się ubawić, ale i wzruszyć. Bardzo zależało mi, by tych różnych kolorów w przedstawieniu nie zabrakło. Scena przywitania z cieniami artystów, którzy odeszli, to ukłon dla wszystkich dobrych duchów teatru. Także moich duchów… towarzyszących mi i w życiu teatralnym, i prywatnym…

Bo Sceny… są waszym rodzinnym przedsięwzięciem.

Tak. Produkcją zajęła się, wkładając w to całe serce, moja synowa Magda, a Jarek, mój syn, który jest operatorem filmowym, odpowiada za reżyserię świateł. Chyba mogę powiedzieć, że Sceny… to takie nasze

wspólne dziecko. Udane i kochane. Ale kiedy wysupłaliśmy wszystkie własne zaskórniaki i kieszenie zostały puste, bardzo wspomogła nas Grażyna Kulczyk, wierząc w sens tego przedsięwzięcia, a wydawniczo – Adam Marszałek. Na szczęście zdarzają się jeszcze tacy cudowni „wariaci”, którzy bezinteresownie pomagają sztuce.

Wyreżyserowałaś też telewizyjną wersję Scen… z Andrzejem Poniedzielskim.

Andrzejowi wiele zawdzięczam. On od początku był gwarancją dobrego smaku i wysokiej próby tej naszej teatralnej zabawy, wyrafinowanego poczucia humoru, pod którym podpisuję się obiema rękami. Bo w komedii nie może być żadnej taryfy ulgowej. Wszystko musi być świadome, dopracowane, precyzyjne i… lekkie. Widz powinien mieć wrażenie, że nic to nas nie kosztuje. Ot, bawimy się razem. Mamy już nawet

swój „fanklub”. Niektórzy widzowie widzieli Sceny… kilkanaście razy! Żartujemy, że mogą już robić za nas zastępstwa, bo znają wszystkie teksty, piosenki, wyłapują każdy niuans.

Reżyserzy chcą ciągle z tobą pracować…

Grzechem byłoby narzekać. Choćby w minionym sezonie pracowałam z takimi tuzami, że tylko pozazdrościć: Opalski, Walczak, Smolar, Strzępka, Wojtyszko. Ale zdaję sobie też sprawę, że aktorki o porównywalnych z moimi możliwościach zawodowych grzeją ławkę rezerwowych albo są wręcz zapomniane. Bardzo więc cenię to, co mnie spotyka. Powiem bez fałszywej skromności: coś wiem o tym zawodzie, coś umiem, ale ciągle się uczę i rozwijam. I nie stawiam sobie granic.

*****

Maciej Wojtyszko, reżyser teatralny: Będę banalny. Grażyna jest piękna, mądra i znakomicie współpracuje. Jeśli chodzi o Deprawatora, była pierwszą osobą, która nauczyła się tekstu na pamięć. Wyprzedziła nawet Seweryna! (śmiech) A Andrzej jest pod tym względem niesamowity i uchodzi za człowieka bardzo pracowitego. Trochę się więc ścigali. Dla reżysera to sama radość!

Zwykle u aktorów jest tak, że albo wychodzą od pytań à la Stanisławski („Do czego ja zmierzam?”) i dochodzą do formy, albo najpierw szukają formy, a następnie ją wypełniają. Grażyna, ponieważ ma doskonały słuch muzyczny, formę potrafi znaleźć od razu, ale też i momentalnie ją wypełnia. Nie dziwię się kultowi Grażyny Barszczewskiej w radiu. Jej słuch na frazę, muzykalność, sposób natychmiastowego trafiania czy w poezję, czy w rolę realistyczną jest rewelacyjny. Ma bardzo rzadki słuch absolutny.

Kiedyś Konrad Swinarski, mówiąc o Annie Polony, powiedział, że jak się ma stradivariusa, to trzeba dobrze grać. Grażynka to właśnie taki stradivarius. Pytanie tylko, komu ten instrument dajemy do ręki. Udało się Grażynie pozostać instrumentem niepopsutym. To nie jest wcale takie łatwe. Ona nie należy do aktorek, które za wszelką cenę muszą wepchnąć się na pierwszy plan i grać coraz więcej i więcej. To jest sprawa pewnej kultury i estetyki. Gra w przedstawieniach, które wymagają śpiewu, tańca, popisów formalnych i nagle wejścia w bardzo solidną prawdę psychologiczną. To osobna sztuka i wielki talent. Jest kilkoro takich aktorów, ale to ścisła czołówka.

*****

Maciej Wojtyszko nie prowadzi za rączkę. Daje dużo wolności. Patrzy i słucha, ale z wielu propozycji aktora zawsze wybiera te najlepsze. Świetnie się z nim pracuje. A w przerwach między próbami kochamy słuchać jego refleksji, wspomnień, anegdot.

W jednej z ostatnich edycji Pożaru w Burdelu w reżyserii Michała Walczaka jesteś… Burdelmamą…

Lepiej późno niż później…

Zaskakujesz taką metamorfozą, że trudno cię poznać. Ta gigantyczna pupa i taakich rozmiarów biust! Przytoczę pewną scenę z twojej garderoby…

Może być szokująca dla kogoś spoza branży…

Ale i bardzo zabawna. Wchodzimy do twojej garderoby w teatrze. Rozglądasz się. Czegoś szukasz. Dzwonisz. „Panie Tomku, zostawiłam wczoraj moją dupę w garderobie. Czy pan jej nie zabrał? Aha… Już pan ją poprawia? Dobrze. Dziękuję”. No… wymiękłem, nie przeczę.

Gwoli wyjaśnienia, jeżeli to ma pójść… Mój sceniczny zadek, by nie powiedzieć: zad, zrobiony w modelatorni trochę mi na premierze w tańcu opadał, trzeba było go poprawić. Ale na szczęście mamy wspaniałych fachowców w teatrze, wyczyniają takie cuda, że sama siebie czasem nie mogę poznać. I jeśli scenograf, kostiumolog ma jakieś śmiałe, szalone pomysły, idę w to, jak w dym. Kręci mnie zabawa formą.

Tak pracę z tobą wspomina Michał Walczak: „Byłem zaskoczony, że pani Grażyna przy takim naszym frywolnym podejściu do teatru, czasem prowokacyjnym języku, którego używamy, nie daje się zaklasyfikować jako taka diwa czy pomnikowa aktorka. Ma wręcz w sobie młodą i prowokacyjną osobowość, która otwiera u niej przestrzeń żartu, ironii, seksapilu. Pani Grażyna daje też możliwość grania nowoczesnego, ale dzięki jej klasie figura wodzirejki Burdelmamy bardzo do niej pasowała, stanowiła swego rodzaju wewnętrzny żart. Wnosiła inny kontekst niż ten współczesny. Poza tym scena ta wymagała niemałej odwagi scenicznej”.

Lubię to szaleństwo Walczaka i Łubieńskiego. Szaleństwo poparte nie tylko talentem i wiedzą, ale bardzo rzetelną teatralną robotą wszystkich twórców i całego zespołu. I poza tym, że są utalentowani, to jeszcze dobrze wychowani! Jakie to miłe!

Podpytałem o ciebie Julię Wyszyńską, aktorkę młodego pokolenia, która gra z tobą w spektaklu Duchy. Musical spirytystyczny. Mówiła o podziwie koleżanek, kiedy wchodziłaś na scenę: „To kobieta rakieta, pełna seksapilu i szaleństwa”.

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.