Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Wariacje na temat emocji

Minęły kolejne Warszawskie Spotkania Teatralne. Okres pełen ożywczej wrzawy na portalach teatralnych i w mediach społecznościowych. Gorących dyskusji. Wszystko jest rozbierane na części, analizowane, wielokrotnie przetwarzane. A ja nie mogę się zabrać do pisania, bo co tu powiedzieć więcej? Tyle mądrych słów i spostrzeżeń padło. Pod wieloma bym się podpisała.

Opowiem zatem o emocjach. Może nie tych, które towarzyszą ogólnie festiwalowi, bo to mieszkanka wielu nienazwanych uczuć, prawdziwe święto Teatru, ale tych, których nie można było zlekceważyć po obejrzeniu wybranych spektakli. Wspomnę o dwóch spektaklach, które najbardziej mnie zaskoczyły pod kątem sprzeczności emocji i odczuć.

Podopieczni Narodowego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie grany w Teatrze Polskim w Warszawie

Na scenie woda. Ciemna, mroczna. Po wodzie przesuwa się tratwa przepełniona ludźmi. Uchodźcy.

Narasta we mnie niepokój. Tak trudno nie strywializować tego tematu. Mimo zaufania do zespołu Starego Teatru i reżysera ziarno zostało zasiane i cały spektakl siedzę jak na szpilkach. No więc ta woda. Ciemna, sprawia wrażenie jakiejś otchłani. Ciecz przez którą nie da się przejść nie mocząc się, nie brudząc. Zajmuje całą przestrzeń. Jest jak zasadzka. Aktorzy brodzą w wodzie, upadają. Tratwa, którą przypływają do nas ludzie, jest tratwą pełną problemów. Z nimi, z nami, ze sobą…

Problemy mają moc jednoczenia. Jednak nie w tym przypadku. Antagonizmy pogłębiają się. Do przydomka „nielegalny” dochodzi wrastający już na stałe „obcy”. Powstaje studium osamotnienia.

Rozpisane na głosy oskarżenie.

I pod tym kątem nie zawiódł. Trafił do pewnej zbiorowej wrażliwości. Zjawisko jest zbyt trudne do prostego rozwiązania. Reżyser nie uzurpuje sobie prawa, aby teatr rozwiązywał problemy społeczne, wskazywał konkretne możliwości działania. Bardziej interesuje go, by poszerzał wiedzę o zjawiskach i kruszył stereotypy w postrzeganiu tych zjawisk. Interesuje go polaryzacja opinii. Aktorzy nie identyfikują się jednoznacznie z problemem. Mimo iż sam tekst Jelinek wybrzmiewa oskarżycielskim tonem wobec Europy, na scenie przyjmuje on nieco inną płaszczyznę. Wieloznaczność i wieloznaczeniowość tworzy pewną kakofonię. Trudno w tym wszystkim wyłuskać aktorów. Tworzą podmiot zbiorowy. Ale czy nie tak samo patrzymy na uchodźców? Nie dostrzegamy pojedynczych historii. Traktujemy ich jako pewną zbiorowość, niepokojąca masę. A tłum zawsze przeraża.

Omotani mnóstwem przemyśleń jesteśmy niewolnikami pewnej konwencji. Aktorzy nie pozwalają nam na przerwę, nie wychodząc ze swych ról wśród odpływającej widowni. Słusznie. Tego tematu nie można zostawić wraz z końcem części pierwszej, pójść do bufetu, napić się kawy, zjeść ciastka i wrócić na drugą część. Nie można od niego odpocząć, przez co tracimy naszą strefę komfortu. Czujemy się niewygodnie. Przemiela się to wszystko we mnie już kilka dni i nie może nabrać kształtu. Bo mimo wspaniałej scenografii i tego, co udało się tym spektaklem osiągnąć, tkwi jak zadzior we mnie rozczarowanie. Jelinek pisała tekst w jakimś transie, wielokrotnie nie panując nad myślą, co czyni tekst nieco mętnym. I ta mętność pozostała na scenie. Nieznośnie rozciągnięte w czasie sceniczne miotania nie wnoszą wraz z jego upływem nic nowego. Słowa, które nie docierały do widowni, czy to za sprawą wymagającej sceny Teatru Polskiego, czy zabudowanej widowni gubiącej akustykę, czy może braku warsztatu młodego pokolenia aktorów – trudno dochodzić, zlewają się w tym chaosie w monotonny hałas. Słychać wyłącznie Jana Peszka. Irytacja we mnie rosła niwecząc wszelkie dobre intencje. Nasza wrażliwość była wciąż uciskana, nie znajdując oczyszczenia. Właściwie, z upływającym czasem jestem co do tego coraz bardziej przekonana, nic nie znajdując…

Punk zero. Łaskawe. Teatru Provisorium z Lublina grany w Teatrze Dramatycznym w Warszawie

Nie bądź taki dumny z siebie. Masz więcej szczęścia niż ja, bo przyszło ci żyć w czasach pokoju. Nie wiesz, do czego jesteś zdolny – to przesłanie płynące ze sceny rozgościło się we mnie na dobre. Wraz z końcowym memento: „Czy jesteście przekonani, jak byście się zachowali na moim miejscu?” – rozsiadło gdzieś między śledzioną a sercem i nie pozwala o sobie zapomnieć.

Ciemność jest w nas. Nie tylko w Maksie Aue, bohaterze „Łaskawych”, wykształconym homoseksualiście zwerbowanym do SS, kacie naznaczonym kazirodczą przeszłością i edypalnymi kompleksami. A nasze szczęście miałoby polegać na tym, iż nie mieliśmy okazji jej uwolnić. Przewrotność tej konstatacji nie dawała mi spokoju. Bo przecież już na widowni zauważyłam, że nieświadomie ulegam pewnemu relatywizmowi. Odpowiedzialności za zagładę przeniesionej na każdego (wszak w proces zaangażowani byli nie tylko żołnierze, ale i lekarze, ekonomiści, prawnicy, urzędnicy czy jak próbuje przedstawić to Max – zwrotnicowi przepuszczający pociągi z transportem, budowniczowie pieców i sprzedawcy drutów). Rozmyciu winy. Bo czy zasugerowanie tezy, iż moralność jest kwestią urodzenia w lepszych czasach nie jest budowaniem empatii względem zbrodniarza?

Max Aue, grany przez Łukasza Lewandowskiego wychodzi na scenę spośród nas, z widowni. Jeden z tysiąca, niewyróżniający się niczym. Zaczyna swój monolog, krygując się i przymilając, aby nie być od startu oskarżonym. Nie przypomina aktora, tylko przypadkowego mówcę. Wraz z toczoną opowieścią rozluźnia się, a my tracimy czujność i nie zauważamy, kiedy zaczyna nas przerażać, a kiedy zaczynamy go wręcz lubić. Ba! Kiedy zaczynami go nawet rozumieć. Nosicielem zła jest bowiem każdy, my, nasz szef, sąsiad z teatralnego fotela, konsumenci sztuki. Wszak naziści to także esteci, wrażliwi na muzykę Brahmsa, literaturę, filozofów i myślicieli, cytujący Tertuliana i Mistrza Eckharta. Ta przejmująca figura rozciąga się dalej na spektakl – rozkaz eksterminacji Żydów wydany przez Hitlera przekazany jest podczas korporacyjnej imprezy integracyjnej, suto zakrapianej alkoholem i przyjęty entuzjastycznie. Więc my też mamy swoje etaty, awanse, kredyty, uzależnienia społeczne wymagające aprobaty i pochlebstw. Schemat wymordowania narodu i intryg na korpodrabinie jest zatem ten sam?

Janusz Opryński w swojej adaptacji głośnej powieści Jonathana Littella „Łaskawe” (wykorzystane zostały również cytaty z Grossmana) stara się nam wmówić, że nic się nie zmieniło co do istoty człowieka i zasad jego przetrwania. Albo jest on ofiarą, albo udoskonalanym wciąż brakiem empatii czy strachem katem. Wojna w pewnym sensie nigdy się nie kończy. Nie ma zatem miejsca na indywidualność? A przecież i dziś, i w historii są i byli ci lepsi. Obudowani teologiami, doktrynami, masą skomplikowanych wartości, kierujący się niejednoznacznymi pobudkami. Nie wszyscy jesteśmy Maksami!

Holokaust, powtarzając za Imre Kerteszém w jego słynnej przemowie jest „punktem zero”. „W końcu Auschwitz nie zdarzył się w pustce, ale na gruncie zachodniej kultury i cywilizacji []. W płomieniach zginęło to wszystko, co dotychczas uznawaliśmy za europejskie wartości, i w tym etycznym punkcie zero, w tych moralnych i duchowych ciemnościach jedynym punktem, od którego można wszystko zacząć, jest to, co ów mrok spowodowało: Holokaust […]” Ta moralna pustka powinna być zatem punktem wyjścia dla twórców, a nie Constans. Jeśli przyjmiemy, że nic się w nas nie zmieniło, nasza kondycja jest wciąż taka sama, to jesteśmy martwi.

Być może to właśnie ta fala przemyśleń i sprzecznych emocji jest siłą obu spektakli. Jest nią również w obu wypadkach doskonała scenografia. W przypadku „Punktu zero. Łaskawych” wzmocniona wizualizacjami, które operując symbolem ilustrują i dopowiadają, ogrywana światłem zamienia się sugestywnie w pokój konferencyjny czy komorę gazową. Wielka narracja zamknięta w teatralnej rzeczywistości nie traci nic ze swej mocy także dzięki wspaniałemu aktorstwu. Łukasz Lewandowski nosi w sobie całe piekło Aue, jest perwersyjny, ekstrawertyczny, groteskowy, rozhisteryzowany i pokaleczony. Sławomir Grzymkowski jest niemal demoniczny w swoim cynicznym studium zła, konstruując mechanizm zagłady z dehumanizująca precyzją. Cała szóstka tworzy świetne kreacje, brawurowo kondensuje ten moralitet w lekkiej narracji i przemyślanej kompozycji.

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.