Irena Jun: Powrót do „Starej kobiety”

Tomasz Miłkowski o sztuce monodramu IRENY JUN

Powiadają koledzy, że jak Irena Jun zacznie chodzić wokół jakiegoś tekstu, to już nigdy go nie porzuci. Tak było też z Różewiczem.

W bogatej twórczości jednoosobowej Ireny Jun – jej monoteatr to co najmniej kilkanaście znaczących premier – Tadeusz Różewicz i jego poezja długo nie znajdowały dla siebie miejsca. Dopiero „Stara kobieta wysiaduje” wzbudziła jej zainteresowanie aktorskie i zapewne z tego powodu powstał przed laty monodram oparty na tym dramacie (1988), którego premiera miała miejsce w Teatrze Studio. Jednak aktorka nie była zadowolona rezultatem, nadal nad nim pracowała, zmieniając nie tylko scenografię, ale szukając innych sposobów poprowadzenia tekstu. Publiczność i krytycy przyjęli spektakl dobrze, a mimo to przepadł w repertuarze jednoosobowego teatru Ireny Jun. To dość rzadkie, bo aktorka całymi latami wraca do swoich monodramów, ale Różewicz poszedł jakoś w zapomnienie.

Dopiero Wiesław Geras, niezawodny guru polskiego teatru jednego aktora zdołał namówić aktorkę do powrotu do tego tekstu i odłożonego na lata monodramu. Minęło jednak trzydzieści parę lat i ten powrót musiał prowadzić do nowych rozwiązań. Okazję po temu stwarzał projekt gdańskiego Teatru w Oknie, ukochanego dziecka Jerzego Limona, aby w Roku Różewicza przedstawić najciekawsze monodramy Różewiczowskie, przejrzeć archiwa, sięgnąć po nagrania telewizyjne, a także porozmawiać o Różewiczu w świecie monodramu. Wznowienie monodramu Ireny Jun miało być jednym z rarytasów tego przeglądu „Okna na Różewicza” przygotowanego przez Dorotę Sentkowską i Aleksandrę Dacyl przy kuratorskim wsparciu Wiesława Gerasa.

I tak się stało. Powstał spektakl wyjątkowy, o wielu odniesieniach i warstwach, rozmawiający sam ze sobą i poświadczający głębię refleksji Tadeusza Różewicza. Byłem świadkiem tego zdarzenia w dniu setnych urodzin Tadeusza Różewicza w maleńkim teatrzyku przy gdańskim Długim Targu i ośmielę się odnotować, że był to wielki teatr, niezwykły wzlot poetycki, w którym splotła się poezja, teatr i rozmowa. Rozmowa w wielorakim rozumieniu. Nie tylko chodzi o rozmowę z artystką, którą po spektaklu prowadziłem, ale jej rozmowę z Różewiczem sprzed lat, której nagranie na szczęście się zachowało. Irena Jun zaprezentowała tę rozmowę, podczas której Poeta i Aktorka szukali najlepszych sprzęgnięć tekstu, najlepszych ścieżek interpretacji i znajdowali porozumienie. Ciekawe, że Różewicz w tej rozmowie (choć bywał kategoryczny, kiedy nie chciał wyraźnie jakiegoś wiersza w tym spektaklu) przede wszystkim stawiał pytania, O to, kim jest Kobieta, jakie ma doświadczenia, do czego dąży? Raczej mnożył zagadki niż rozwiązywał rebusy. Trzeci wymiar tych rozmów stwarzała obecność widzów zarówno w salce Teatru, jak i za oknem – to bodaj dla Ireny Jun było fascynujące: ruchoma fala przechodniów, którzy zatrzymywali się na chwilkę albo i dłużej, aby wsłuchać się w niespodziewane słowa Poety.

Scenariusz spektaklu jest taki sam, jak tego przed laty, ale spektakl już nie jest taki sam. Po pierwsze dlatego, że zmieniła się perspektywa czasu. Kiedy Irena Jun grała Starą Kobietę w roku 1988, była tak naprawdę kobietą młodą, w pełnym rozkwicie życia, daleko jej było do starości. I choć dzisiaj po wielu latach psychicznie nie brak jej młodzieńczej siły, to fizycznie spotkała się z postacią Starej Kobiety, z innego brzegu powołuje ją teraz do życia. Nie zmieniła się jednak koncepcja, dość odległa od typowego odbioru dramatu Różewicza, który „wydobywa jego satyryczny i alegoryczny charakter”, jak to trafnie ujął Grzegorz Niziołek. Satyryczny wydźwięk utworu rzuca się w oczy, podobnie jak alegoria Starej Kobiety na wysypisku cywilizacji – ale Niziołek przestrzegał przed tak oczywistą interpretacją, proponując poszukiwanie sensów na pierwszy rzut oka ukrytych, ale bodaj ważniejszych od prześmiewczych zabiegów autora zarówno wobec proroków nadciągającej apokalipsy, jak i jej sprawców, niszczących naturę. Stara Kobieta to widzi, obserwuje niszczejący świat, przygląda się jego degradacji, ale przecież trwa przy swoim. To ona niesie ogień istnienia niczym ogień olimpijski. Nic więc dziwnego, że w scenariuszu musiał pojawić się fragment z „Opowiadania o starych kobietach”, poematu, w którym Różewicz dawał wyraz nie tylko swemu szacunkowi dla starych kobiet, ale i przekonaniu, że w ich rękach, ciałach cała nadzieja ludzkości. Stara Kobieta Ireny Jun, zmagając się ze swoją samotnością, pozostaje w zgodzie ze swoim ciałem, w nim odnajduje siłę nie tylko do trwania ale i dawania życia. Stare kobiety, jak pisał Poeta:

„są jajem

są tajemnicą bez tajemnicy

są kulą , która się toczy”

Wygląda to na triumfalną pieśń śpiewaną mimo wszystko, pełną złośliwych uwag, starczego gderania, erotycznych chwytów nie w porę i napomnień, ale w swej istocie skupiającą niezniszczalną energię.

To przesłanie zyskuje w spektaklu Ireny Jun sugestywną wiarygodność – władcza siła jej glosu, moc przekazywania sensu wymusza posłuszeństwo, ale budzi też lęk, jaki świat chce ocalić, jaki stworzyć albo unicestwić (bo tego też nie wiadomo do końca) Stara Kobieta. To przecież wciąż dramat otwarty, którego sens wytwarza się jednorazowo.

W gdańskim Teatrze w Oknie wznowiony monodram miał jeszcze kształt szkicu, ale ta szkicowość nadawała mu dodatkowej energii. Irena Jun częściowo tekst czytała, częściowo mówiła, Czytała obszerne didaskalia z dramatu Różewicza, odgraniczając postać Starej Kobiety, którą powoływała do istnienia klkoma wyrazistymi znakami, od opisu scenerii i działań wobec niej zewnętrznych, od niej samej niezależnych. Było to czytelne i dawało możliwość obserwowania bohaterki z dwóch perspektyw – tego, co mówi i robi sama, i tego, co się dzieje wokół, a wobec czego musi się jakoś ustosunkować.

Drugi pokaz monodramu w Domu Kultury Węglin w Lublinie miał już inny charakter. Zniknęła szkicowość, zniknął ten podział, zwyciężyła jednorodna forma monodramu, ale pojawiły się nowe pytania – jak zaznaczyć granicę między Starą Kobietą a przywoływanymi przez nią w dialogach postaciami, zwłaszcza Kelnerem, gońcem Apokalipsy. Potwierdziła się więc metoda Ireny Jun, której wszystkie monodramy są w pewnej mierze „in progress”, wciąż przekształcane, uzupełniane, zmieniane. Warto wspomnieć, że właśnie od odrodzonego monodramu wedle dramatu „Stara kobieta wysiaduje” w Instytucie Teatralnym zainaugurowany został cykl „Mono w Instytucie” (zaprojektowany przez Mateusza Nowaka), w którym pojawi się wiele innych spektakli.

Trudno za artystką nadążyć, ale jest dobry moment, aby zapisać jej poszukiwania monodramatyczne i stworzyć kolekcję jej mono spektakli. Warszawski Teatr Studio (teatroterapia Studio), z którym związana jest od samego początku obchodzi jubileusz 50-lecia. Byłoby nie tylko pięknym gestem, ale zadaniem na miarę ambicji tego teatru zapisać na wideo spektakle jednoosobowe Ireny Jun, których bardzo wiele powstawało w tym teatrze (m.in. cykl Beckett owski ). Powstałaby w ten sposób trudna od przecenienia opowieść o formie monodramu, o jego możliwościach poznawczych i estetycznych w realizacji mistrzyni tego gatunku. Irena Jun odwołuje się bowiem do istoty sceny jednoosobowej, która spełnia się pod warunkiem, że sens wypowiedzi artystycznej zostanie napisany na scenie ciałem, ruchem, gestem, głosem aktora i wspomagającymi go niezbędnymi rekwizytami, że zrodzi się atmosfera poetyckiego porozumienia, animowania wyobraźni, niemal fizycznego przekraczania ograniczeń, jakie wynikają z braku partnera i obcowania sam na sam z widzem. To wszystko – z wielką precyzją i kunsztem – ucieleśnia sztuka jednoosobowa Ireny Jun.

Tomasz Miłkowski

„STARA KOBIETA WYSIADUJE”, monodram wg Stanisława Różewicza, scenariusz i wykonanie – Irena Jun, reżyseria – Marek Chojnacki / Irena Jun, premiera 9 października 2021, Teatr w Oknie, Gdańsk.